09 Lis

Wojciech Kaliszewski: Idą słowa

Poeta musi mieć odwagę patrzenia w ciemność, która pochłania słowa, języki i ludzi. Poeta musi w tę ciemność wejść, pokonać ją i odzyskać każdą utraconą sylabę, musi odzyskać każdy znak przywracający nadzieję i promieniujący wizją przyszłości. Wzrok poety musi ogarniać wszystkie góry i doliny, ma dostrzegać źródła i ujścia rzek, musi wznieść się ponad

niebiosa i jeziora i bulgotanie wody
co się pieni w górze i zewsząd naciera
jak w opowieściach które wymyślił już ktoś
z poranionymi
nogami.

Tak mógłby zaczynać się epos mierzony rzeczywistymi krokami i miarą trudu wspinania się na zalesione wzgórza, skąd widać cerkiewne kopuły i dachy ubogich wiosek rozrzuconych po naddunajskiej Wojwodinie. Słowa poety łączą ten krajobraz w całość, szukając dla niego właściwego rytmu, ocalając przeszłość zaplątaną w wiatrach, starych opowieściach i drzewach. Ale wersy eposu biegną tutaj krętymi ścieżkami, urywają się nagle, by po chwili lub dopiero po przejściu całej epoki odnaleźć się i spleść w znaczący węzeł. Tutaj także historia odciska się w formach mitologicznych niczym w snach o niespełnionych dziejach. W tym krajobrazie poeta jest opowiadaczem niczym archaiczny rapsod, który wciąż musi stwarzać świat od początku, wciąż musi zaczynać swoją inwokację, nie wiedząc przecież, dokąd go ona zaprowadzi i jaki koniec pieśni przyjdzie mu wyśpiewać. Poetą tego krajobrazu i jego wędrującym rapsodem jest Jovan Zivlak, autor wielu tomów poetyckich, eseista, krytyk, edytor, ale przede wszystkim ktoś, kto bez wątpienia żyje poezją na co dzień, jeden z najbardziej dostrzegalnych – w sensie dosłownym – poetów Nowego Sadu.
Zivlak ma wyostrzony słuch, zdolny rozpoznać symfonie otaczających go dźwięków. Wsłuchany w świat, jest jakby jego tłumaczem i orędownikiem ukrytego w nim sensu:

głosy z daleka i głosy zza ucha
podobne są jak wnętrze do wnętrza
jedne i drugie słyszysz
jedne przygłuszone drugie niewyraźne.
i jakbyś był nakarmiony
gdy wyłowisz odgłos
potwierdza on że żyjesz.

Dla Zivlaka poezja jest formą życia. Stanowi więc najwyższy i najpełniejszy stopień kształtujący możliwości, które każdy z nas ma w sobie. Poprzez poezję, jako niezwykle subtelną formę, ujawnia się cała skomplikowana natura ludzkiej wrażliwości i wyobraźni. Poezja jest jednak przede wszystkim pomostem łączącym początek i chwilę obecną, pełni zatem rolę świadka i strażnika historii. Bo kiedy Zivlak powiada, że karmi się głosami, to sięga wprost do najgłębszych podstaw istnienia: do stwarzającej siły słowa, do źródła wszelkiego bytu. To stawia Zivlaka w rzędzie poetów metafizycznych, pochylonych nad prawdziwie dociekliwymi pytaniami o sens naszego świata. Słowo wyłowione z morza głosów, wyłaniające się z otchłani, umocowujące czas na osi dziejów i przecinające ciemność stanowi klucz do poetyckiego świata Zivlaka. Ma rację Grzegorz Łatuszyński, kiedy w posłowiu do ułożonego przez siebie i złożonego z przetłumaczonych przez siebie wierszy wyboru poezji Zivlaka pisze: „Poezja Zivlaka dzieje się głównie w języku i słowie, a to znaczy, że nie tyle realna rzeczywistość, co rzeczywistość językowa jest inspiracją i obszarem, w którym buduje on swój świat poetycki niejako autonomiczny wobec świata zewnętrznego”. Autonomia to znak wolności pozwalającej poecie spoglądać na świat w szerokiej perspektywie. Na tyle przecież szerokiej, że to, co realne, nie ginie z pola widzenia. W świetle tej perspektywy ujawniają się prawdziwie twórcze siły, zdolne nie tylko naśladować naturę, ale także rozpoznawać tkwiące w niej narzędzia stwarzające. Dzięki nim obraz świata zbudowanego poetycko nabiera cech trwałych i realnych, poszerzając horyzont rzeczywistości. Zivlak – dzięki wyobraźni i językowej intuicji – odkrywa niewidoczne wcześniej związki i relacje obecne w świecie. Można powiedzieć, że jego wiersze są jak dynamit wybuchający i odsłaniający ukryte w głębi ziemi złoża związków i minerałów. Każda taka eksplozja stanowi opowieść o istnieniu pełnym zmian, zwrotów, upadków i powtórnych narodzin.
Poezja Zivlaka nie jest łatwa w odbiorze. Wymaga na pewno napięcia słuchu i wyobraźni, ale przede wszystkim żąda od czytelnika woli skupionej na poznaniu świata:

czy zechce ktokolwiek podpisać list własną ręką
otworzyć paczkę która przychodzi z daleka
z której już się wydobywa dym i tyka zegar
co nikogo nie obudzi.

Obojętność jest znakiem naszego czasu. Jesteśmy obojętni na to, co dzieje się nie tylko z innymi i ze światem, ale także z nami. Wiedza o przeszłości i próby wytyczenia drogi przyszłej nie są czymś atrakcyjnym. Pojawia się więc pytanie:

czy potrafię się cieszyć kiedy
ktoś przybędzie z daleka i powie: przejrzałem
tajemnicę świata, wiem wszystko,
czy będę mógł powiedzieć: pytałem.

Wobec powszechnej obojętności i ucieczki od wszelkiej odpowiedzialności wiersze Zivlaka, przypominające podstawowe zachowania moralne, są awangardowe. Jest to niewątpliwie sytuacja paradoksalna, kiedy stare zasady uzbrajają się w cechy pozwalające wybiec im poza granice obecnego czasu, kiedy zaskakują i zadziwiają. W poezji Zivlaka tradycja sprzymierzyła się z nowatorstwem, trafiając nie tylko w kwestie etyczne, ale odnawiając także samą dykcję poetycką. Tworzenie nowych związków słownych i poetyckie „podsłuchiwanie” lingwistycznego żywiołu rozsadza tradycyjne znaczenia i odświeża nasze własne słowniki. Mowa jest darem niezwykłym, ale stosowana nieustannie zatraca swój cudowny blask. Przestaje być źródłem i światłem, płynie leniwie, jej nurt staje się mętny. Zivlak zmierza więc do początków, do zapomnianych źródeł, starając się oczyścić to, co w mowie najważniejsze z nalotów i osadów bezużytecznych. Zadaniem poezji dzisiaj jest – powinno być – twórcze odkrywanie tego, co zostało wyrzucone z pamięci i zapomniane. Poezja może więc być strażniczką tradycji. I to jest kolejny paradoks sztuki awangardowej, która wyraźnie chce oddzielić to, co istotne od tego, co nieznane i niejasne. To bowiem, co jest nietrwałe, skazane jest na przemijanie. Rolą poezji – tak pojmuje ją Zivlak – jest natomiast chronić i przechowywać treści dla świata najważniejsze. Jeśli sama pamięć nie przypomina o współistnieniu i o współtrwaniu tego, co tworzy porządek świata, to musi uczynić to poezja. Wersy Zivlaka smakują jak grudki soli. Są ostre, ale przez to wyraziste i znaczące, odmieniają rytm codziennej mowy, zmieniają jej bieg i odświeżają brzmienie głosek. Są skarbnicą wszystkiego, co odrzucone i odepchnięte. Zresztą sam poeta, to przecież także często ktoś odepchnięty i odrzucony. Tak czuł się Owidiusz, którego Zivlak przywołuje, traktując go nie tylko jako figurę losu, ale widząc w nim przede wszystkim człowieka i poetę świadomego swojego dramatu. Owidiusz jest być może najbardziej uniwersalnym i najważniejszym poetą europejskiej tradycji. A na pewno tradycji i pamięci kultury słowiańskiej. Mit polskiego Owidiusza przewijał się wyraźnym wątkiem także w kulturze staropolskiej, łącząc ją z dziejami życia i twórczości autora Metamorfoz. To dalekie granice Sarmacji stały się – wedle tej opowieści – miejscem ostatnich dni i grobu Owidiusza. Duch jego poezji szedł rzeczywiście od Rzymu przez południe Europy ku brzegom Morza Czarnego i zapadał w mowę wielu ludów. Ale wszystko to działo się przecież w czasie długim i niełatwym. Jego język trafiał często w pustkę, odbijał się od głuchych uszu, rozpraszał i – zdawało się – ginął na zawsze:

o szara zimo co wymykasz się temu
który twój obraz widzi pośród niepogody
i śmierć błogosławioną wzywa by języka
w ruch nie wprawiała w niemocie.

A jednak mowa Owidiusza nie poszła na marne, jego wersy nie zostały przysypane przez północne śniegi. Jeśli zaś ta mowa przetrwała, to słowa dzisiaj odmieniane i składane też nie pójdą na marne. Tak zdaje się wyrażać logika dziejów poetyckich, wspierająca i potwierdzająca znaczenie tradycji. W niej z kolei, jak w szeroko kreślonej perspektywie trwania, mieści się doświadczenie dzisiejszego człowieka i poety. Ani jeden, ani drugi nie przetrwają bez pamięci. Przeszłość jest dla Zivlaka szeregiem luster, odbijających i przechowujących portrety rzeczywistości. Czasami te obrazy zadziwiają, innym razem budzą sprzeciw, ale nigdy nie są obojętne. Pamięć obrazów to archiwum naszego bytu. Bez jego zasobów zabrakłoby tworzywa dla nowych konstrukcji, tak jak bez zdolności słowotwórczych nasz język zastygłby w swoich formach. Zarówno więc historia jak i język potrzebują ruchu, przestrzeni, stanowią pojęcia otwarte. Zivlak podchwytuje ten ruch, powierzając mu swoje wiersze. Dlatego ich rytm jest tak ważny i – co nie bez znaczenia – zbliżający poezję do tańca. A przecież taniec łączył pierwotnie opowieść z przeżyciem, był i epicki, i liryczny, był sumą najważniejszych wrażeń i doświadczeń ludzkich. Takim doświadczeniem, na zawsze odciśniętym w pamięci i odbitym w wiecznym lustrze przeszłości poety, jest mord kragujevacki popełniony w 1941 roku przez Niemców na cywilnej ludności. Doświadczenie zła pozwala wprawdzie dostrzec dobro, ale infekcja złem wymaga długiej kuracji. Bo jak być obojętnym wobec tego, co się stało, kiedy:

Runęły palisady i wyschły fosy
I burza się wdziera
I ziąb wypełnia nasz oddech
I pustka staje się naszym domem
I wali się dach
I pękają szyby
I butwieją drzwi

Powtórzenia potęgujące grozę wydarzeń, to nie jest tylko typowa poetycka hiperbola, ale – poprzez aliterację – głębokie i pełne zrekonstruowanie autentycznego lęku, który przyszedł wraz z wojennymi mordercami i pozostał w sercach tych, którym udało się przeżyć. Okruchy tych tragicznych wydarzeń wypełniają cykl Oni weszli do naszego domu. Przez tę opowieść biegnie wyraźna granica oddzielająca świat ofiar od świata najeźdźców. To są dwie, jasno etycznie określone i przeciwne sobie perspektywy, które mają wymiar nie tylko historyczny, lecz także uniwersalny. Oto dwa narody stanęły naprzeciwko siebie. Dwa światy starły się w śmiertelnych zapasach. Ale zło przekracza granice konkretnego epizodu, zakorzenia się w świecie ponadetnicznym, pozostaje żywe i obecne także wtedy, kiedy nie słychać wystrzałów. Dlatego tak trudno je rozpoznać i pokonać. Ukryte zło zaraża każdego, wlewa się do każdego serca i sumienia:

Strzał zabija tego co strzela
I tego który głosi śmierć
Ale zabija też tego który milczy i szykuje się
Do spoczynku chcąc odpędzić ból

Bólu nie da się ukoić w świecie, który stał się pustynią. Jak przez nią przejść, jak nie zostać pogrzebanym w jej przerażających piaskach? Zivlak stawia te pytania ponad wyraźnymi granicami czasu. Zadaje je każdemu, przypuszczając szczególny atak na tych, którzy „potrafią zadowolić się byle czym” i nie są zainteresowani żadną formą moralnej odnowy.
Świat podzielony to także świat granic przecinających ludzkie wnętrza. Każdy ma w sobie taką mapę, na której zaznaczone są drogi jego najbardziej intymnych wędrówek, samotnie przebyte ścieżki i trakty, które przemierzył wspólnie z innymi. Siatka dróg i siatka granic to nasza historia, której kluczowe pytanie brzmi: „dlaczego opuściłem to / co opuściłem”. Zivlak pyta więc o wybory, szuka przyczyn i uzasadnień ludzkich decyzji. Ta mapa jest także mapą języka, który może łączyć lub dzielić. Język na Bałkanach był i jest niewątpliwie poddawany wielu sprawdzianom. Ma za sobą niełatwe doświadczenia. Język to śpiew, prośby, pytania, ale również groźby i klątwy. Język to ostatecznie układ znaków rozpoznawczych. Język to zarazem droga i granica, źródło i rzeka, a wiec nieustanne wezwanie do podejmowania prób pokonywania ograniczeń. Przez „szczeliny czasu”, przez wzgórza i naddunajskie łąki dobiega nas głos poety:

wszystko wam pozostawiam.
prócz słów
gdyż jest to moja miłość i moja nieprzemijalność.
gdyż jest to mój kraj i moja pomyłka.
a wy zachowajcie wasze głowy
jak potraficie.

Słowa są dla Zivlaka najcenniejszym skarbem, darem życia, uzasadnieniem bytu i początkiem trwania. Słowa idą swoim jasnym duktem przez ciemność świata. Poetę, który tak ceni sobie język, trzeba czytać uważnie, słowo po słowie i tak też – a nie jest to łatwe – trzeba go, rozumiejąc, tłumaczyć. W przekładzie Grzegorza Łatuszyńskiego język Zivlaka dosłownie „jest istotą trwania. językiem co się mnoży / w języku”. Także dla dróg i granic polszczyzny.