15 Cze

Piotr Bednarski: Zło

fragment powieści

1.

Ojciec Homera był żołnierzem. Nie pamiętał wymarszu, tylko jego powrót z wojny. Mieszkał wtedy na wsi. Wyprowadzał właśnie krowy na gromadzkie pastwisko, kiedy przed domem zatrzymała się wojskowa ciężarówka. Po chwili z szoferki wysiadł mężczyzna o jednej nodze. Spojrzał na numer domu, włożył kostury pod pachy i przez otwartą bramę wszedł na podwórko. Był zwalisty, twarz koloru cegły. Chciał iść prosto, ale mu się to nie udawało. Przypominał cyrkowca kroczącego po linie. Kiedy upadł, Homer zostawił krowy i podbiegł . Stwierdził, że jest pijany; już spał, zgrzytając zębami. W parodniowym zaroście słońce wzniecało złote cekiny. Pobiegł do ogrodu po babcię.
– To twój ojciec – powiedziała po chwili, biorąc głębszy oddech i z niezadowoleniem pokiwała głową.
– Przyjrzyj się dokładnie, ludzie są do siebie podobni.
– To on – stwierdziła autorytatywnie. – Niech wytrzeźwieje. Wracamy do roboty.
Po powrocie z ogrodu zastali już ojca siedzącego na ławeczce obok ganku. Przed nim stało wiadro z wodą. Głowę i koszulę miał mokre. Kiedy usłyszał nasze kroki, wstał i oparł się o kostury wysuwając do przodu ich końce.
– Wróciłem!
– Witaj w domu – odparła sucho babcia. – Nieźle cię urządzili.
– To mój syn – wskazał głową na mnie, jego jasnoniebieskie oczy patrzyły twardo, taksując. – Przywitaj się z ojcem – i zwichrzył mu włosy. Nie pocałował, nie przytulił do piersi. – Ostrzyc cię trzeba, na zero. Zrobię z ciebie żołnierza.
– Daj spokój – przerwała babcia. – Tu nie koszary.
– Nie pouczaj – sarknął twardo. – Jestem oficerem.
– Wojna za nami. Trzeba zrobić powitalne przyjęcie. Poradzisz sobie z warchlakiem?
– Zabijać to ja umiem – stwierdził dziarsko. – Pomożesz? – Spojrzał na syna.
Paweł Homer poczułem suchość w ustach. Po zarżnięciu kury przez tydzień miewał wyrzuty sumienia.
– Nie mieszaj go do tego – wtrąciła babcia.
– Mężczyzna musi umieć zabijać.
– Nie musi – odparowała babcia. – Ja pomogę. Chodź!
Zdjęli z babcią drzwi od komórki i zanieśli za stodołę, tuż obok wybiegu dla świń.
Były cztery warchlaki. Każdy miął swoje imię. Babcia przywołała Brysia, ale przybiegły wszystkie. Chwyciła właściwego za ucho i wyprowadziła z zagrody. Zatrzymała się przy ojcu siedzącym na taborecie i zaczęła drapać warchlaka między uszami. Przysiadł na tylne nogi i chrząkał z zadowolenia. Ojciec wyciągnął z plecaka bagnet.
– To za mało – stwierdziła babcia. – Zawołam sąsiada.
– Zabijać potrafię. Nie takie rzeczy się robiło. – Jeszcze raz włożył rękę do plecaka i wyciągnął pistolet. Spojrzał na syna i uśmiechnął się. – Piękne cacko, prawda?
Promienie słońca baraszkowały po oksydowanym metalu. Odbezpieczył i przyłożył lufę do łba. Chłopiec odwrócił się i przycisnął głowę do pnia jabłoni. Rozległ się wystrzał, głuchy, jakby ktoś uderzył młotkiem w mokre drzewo. Kiedy spojrzał znów, bagnet był już wbity w pierś Brysia i do miski sączyła się krew.
Poczuł słabość, ale się przemógł, chciał być użyteczny. Dzień był przecież doniosły – ojciec wrócił z wojny. Nawet babcia, która nie cierpiała żołdaków, jak nazywała wszystkich żołnierzy, zapomniała o swojej fobii. Podszedł bliżej. Ojciec spojrzał na niego i uśmiechnął się. Jego fiołkowe oczy stały się nagle jasnoniebieskie.
– Podaj kubek!
Postawił garnuszek na ziemi, przechylił miskę i napełnił krwią. Mrugnął i podniósł kubek do ust. Pił małymi łykami, pochylony nieco do przodu, aby się nie ochlapać. Mimo to ciemna, prawie czarna, krew spływała z jednej i z drugiej strony ust, brudząc brodę. Był to tak przerażający dla Homera widok, że osłupiał. Przemógł torsje, ale nie poradził sobie ze słabością, zemdlał.
Kiedy otworzył oczy, zobaczył babcię, trzymała go za rękę. Leżał na słomie, w cieniu jabłoni. Ojciec opalał już warchlaka, siedząc na taborecie. Przerażenie, odraza i wstyd splotły się w jeden węzeł. Bał się poruszyć. Wydawało mu się, że za moment rozpadnie się, niczym domek z kart. Czuł się rozbity. Psim wzrokiem spojrzał na babcie. Pogłaskała po czole. Teraz nie miał już złudzenia, że ojciec jest chory na żołdackie szaleństwo.
– Umyj prosiaka – rzekł ostro. – Tyle to chyba potrafisz.
– Ja to zrobię – odrzekła babcia.
– Jemu poleciłem. Syn oficera, a gały wywraca niczym panienka.
– Krew piłeś, jak wampir. Mnie też zrobiło się słabo. Kto to widział pić krew, w dodatku świńską. Wielki grzech.
– We krwi siła, wypij – posunął kubek. – Nawet diabeł nie będzie straszny.
Nagle zmarszczył brwi. Spojrzał na babcię, wzruszyła ramionami i przyłożyła palec do ust.
– A gdzie moja żona? – Wycedził po chwili, wolno kierując wzrok na Homera. – Gdzie twoja matka?
Homerowi język zesztywniał, usta zaczęły drżeć. Babcia też milczała. Ilekroć ktoś wspominał matkę – łzy same cisnęły się do oczu.
– Gdzie moja żona?! – Krzycząc chwycił leżący obok pistolet i strzelił dwukrotnie. Kule przeleciały obok głowy Homera, z wrażenia skamieniał.
– Wariat! – Wrzasnęła babcia. – Mogłeś zabić dziecko!
– Na pytania należy odpowiadać – zgrzytnął zębami. – Teraz twoja kolej.
– Przynieś butelkę – poprosiła babcia. – Stoi w kredensie.
Kiedy Homer wrócił, nadal był zapatrzony w dal. Babcia ryżową szczotką szorowała warchlaka. Stanął obok niej, czekając, aż skończy. Otarła ręce o fartuch i napełniła szklanki.
– Nie gryź się, wypij.
Paweł domyślił się, że wszystko zostało powiedziane i nie będzie musiał odpowiadać na bolesne pytania. Przed tym nieustannie rozmyślał o matce, teraz nastała odwrotność: zaczął bać się ojca. Wojna wpędziła ojca w obłęd. A może się z tym urodził i dopiero teraz to się wykluło?
– Sierotami jesteśmy – popatrzył na Homera szklistym wzrokiem, chwycił pistolet i strzelił.
Babcia rzuciła się na jego rękę i przechyliła lufę pistoletu w dół.
– Zabijesz dziecko, żołdaku!
– Nie zabiję – odrzekł, otworzył dłoń i oddał pistolet babci. – Bohater jestem, z pierwszych stron gazet – zanurzył rękę w plecaku i wyciągnął inkrustowaną srebrem skrzyneczkę. Wysypał zawartość na ziemię. Były to medale i odznaczenia.- Nie zaprzeczysz, żem bohater. Najwyższych odznaczeń pętakom nie dają!
Babcia ponownie napełniła szklanki. Kiedy pił, Homer zrobił zwrot na pięcie i uciekł w pole. Wrócił dopiero przed północą. W domu jeszcze trwał bal, więc poszedł spać do stodoły. Dach był dziurawy, gwiazdy sypały się do sąsieka. Czuł się podle, guz nadal tkwił w gardle. Przypomniało mu się ciężkie syberyjskie dzieciństwo. Z myślami o Pięknie – swojej matce, usnął, tuląc twarz do suchej, twardej słomy.

2.

Wszystko zostało powiedziane, lecz ojciec nie wynosił się z domu babci. Może nie miał dokąd. Homer wszelkimi sposobami starał się ukryć, że boi się ojca. Nieustannie był poza domem. Po wyjściu ze szkoły gnał krowy na gromadzkie pastwisko. Książki rzucił w kąt, nawet do nich nie zaglądał. Pochłonęła go nagle gra w szachy. Aby zagłuszyć niepokój, wkładał w grę całe serce, więc trud procentował. Ale licho nigdy nie śpi. Kiedy wygrał z mistrzem, chłopakiem starszym od niego o dziesięć lat, stało się to, czego nie oczekiwał. Pokonany przyjrzał mi się uważnie i z powagą stwierdził:
– On pokona każdego, to wariat jak jego ojciec.
Stwierdzenie zaczopowało Homera. Po chwili doszedł do siebie, wziął głęboki oddech i rąbnął przeciwnika w szczękę. Mistrz nawet się nie zachwiał.
– Mówiłem, że wariat – parsknął szyderczo i z kolei jego pięść wylądowała na nosie Homera.
Uderzenie było tak mocne, że stracił przytomność. Kiedy ją odzyskał, poczuł wstyd. I to tak głęboki, że gdyby mógł, zapadłby się pod ziemię. Podniósł się na kolana i usiadł na piętach. Nos pulsował, ale krew już nie ciekła.
– Przepraszam – bąknął.
Zaskoczeni chłopcy pytającym wzrokiem zerkali na siebie. Nie tego się przecież spodziewali. Przeciwnik poczerwieniał i nie wiedząc, jak wybrnąć z sytuacji, pocierał kciukiem wskazujący palec. Homer wstał i ruszył w stronę pobliskiego stawu. Pływał długo, do zmęczenia. Coś mu nieustannie szeptało, że musi odejść z domu. I to natychmiast, bez zwłoki. Posłuchał instynktu. Korzystając z tego, że babcia była w polu, a ojciec u sąsiada, bez przeszkód wrzucił trochę rzeczy do wojskowego plecaka i opuścił obejście. Postanowił zamieszkać u cioci Oli, na drugim krańcu wsi. Była to jedyna bliska mu osoba, resztę rodziny los rozsiał po świecie.
Ciocia Ola była wdową, mieszkała z synem. Wuj Roman, prawie dwumetrowe chłopisko, był inwalidą. W natarciu został trafiony paroma odłamkami szrapnela. Przeżył, ale w mózgu coś umarło. Był silny, pracowity, lecz niezbyt rozgarnięty. Robił tylko to, co mu kazano. Nieustannie się uśmiechał i bardzo dużo palił.
Ciotkę spotkał na podwórku, właśnie wróciła z pola.
– Zamieszkam u cioci – powiedział.
– A co się stało?
– Ojciec strzela do mnie.
– Wiem, nie bierz sobie tego do serca.
– Nie czuję żalu, ale boję się.
– A kto się teraz nie boi. Poucz się, a ja tymczasem przygotuję kolację.
Homer skinął głową i usadowił się pod jabłonią, na niewielkim wzniesieniu rozległego podwórka. Napisał wypracowanie z geografii, zabrał się do rozwiązywania równania z trzema niewiadomymi, kiedy usłyszał wołanie cioci. Podbiegł.
– Masz, znalazłam, może się przyda – podała książkę i uśmiechnęła się znacząco. Był to „Hamlet” Szekspira.
Zaczął czytać i już po pierwszej scenie poczuł gęsią skórkę, po drugiej – świat przestał istnieć. Nie słyszał nawoływań cioci ani pytań wujka. Znaczyły mniej niż brzęczenie komara. Po raz drugi w życiu wszedł, bez reszty, w świat piękna. Demon Lermontowa uskrzydlił, teraz Szekspir odsłaniał dalsze otchłanie ludzkiego ducha. Czytał do zmroku. Gdy skończył, usiadł, opierając plecy o pień jabłoni. Nad dachem domu pulsowała już Wenus. Myśli Hamleta pętały się po głowie i burzyły krew. Ochłonąwszy poczuł lęk. Rozumiał Hamleta do rdzenia istoty, jakby nim był, a więc był zdolny do podobnych czynów. „Hamleta tknęło szaleństwo, a zatem i mnie ono depcze po piętach i kiedyś dopadnie. Hamlet, ojciec i ja – śmiać się czy płakać? Wybrał to drugie. Podniósł głowę i zobaczył wujka. Stał obok.
– Chory jesteś?- Spytał.
– Nie, co ci przyszło do głowy?
– W takim razie zakochany. Śmiejesz się sam do siebie.
Wujek Romek był nieustannie zakochany. Każdemu o tym mówił, ale nigdy nie ujawniał obiektu kolejnej miłości. Kiedy pytano go o to, czerwieniał, spuszczał oczy i przykładał palec do ust.
Wzruszył ramionami. Nie miłość pętała się po sercu Homera, lecz obawa. Strach przed tym, co może wynurzyć się z myśli, lęk przed potworem, który drzemie w podziemiach każdego człowieka.
– Nie powiem nikomu – szepnął, wziął Homera za rękę i zaprowadził do kuchni. – Zakochany jak ja – pochwalił się matce. – Ale o tym nikomu ani słowa, to tajemnica.

3.

Trzy dni trwał spokój. Czwartego dnia ojciec zaczaił się przy szkolnej furtce. Znienacka zacisnął kleszcze swojej dłoni na przegubie Homera i przyciągnął do siebie. Miał już protezę, więc do normalnego chodzenia wystarczała mu już tylko trzcinowa laska.
– Uciekasz z domu jak Cygan! Wstyd!
– Strzelasz do mnie.
– Uczę odwagi. Będziesz oficerem jak ja i twój dziadek.
– Nie będę! – odpowiedział Homer.
– Będziesz! – I zacisnął jeszcze mocniej dłoń na przegubie. – Ormiańska krew nie będzie rządzić w moim domu.
– Nie masz domu.
– Mam ordery. Nie jestem Żydem, oficerem jestem, święciłem zwycięstwo, strzelałem na wiwat – i wyciągnął przed siebie dłoń, jakby miał w niej pistolet.
Mimo woli puścił rękę Homera, więc chłopak uciekł. Nawoływał, ale Homer nawet się nie obejrzał.
Następnego dnia też czekał przy furtce, ale Homer miał się już na baczności i wyszedł bocznym wyjściem. Ojciec nie dał za wygraną. Wieczorem przyjechał do ciotki. Homer siedział pod jabłonią, oparty o jej pień i czytał „Króla Leara”. Brama i furtka były zamknięte na nocne zasuwy. Sam o to zadbał, przewidział wypadki. Ojciec dość długo mocował się z zabezpieczeniem, ale widząc, że nie poradzi, zaczął łomotać.
– Ormiaszka – krzyczał nie zaprzestając szarpania furtki. – Otwieraj, oficer jedzie.
Wujek był w stajni. Usłyszawszy łomot wyszedł i spojrzał na Homera pytająco. Tamten tylko wzruszył tylko ramionami.
– Nie pali się – odkrzyknął Roman.
Poszedł razem z wujkiem. Ojciec zobaczywszy Romana jeszcze mocniej poczerwieniał
– Jestem zakochany, więc nie krzycz – spokojnie wycedził wujek. – Mama doi krowy. Po coś przyjechał?
– Po dezertera – wskazał palcem na Pawła.
– Chwali sobie nasz dom, czyta Szekspira i nikt do niego nie strzela.
– Ty ormiański czubku! – krzyknął i z zanadrza wyciągnął pistolet. Roman nie zważając na nic, błyskawicznie podniósł wózek do góry. Homer zadrżał. Wujek Romek znany był ze swojej krzepy, więc jeśliby grzmotnął uniesionym o ziemię, wynikłoby z tego nieszczęście.
– Nie rzucaj! – krzyknął Homer.
Dotarło. Znieruchomiał. Ojciec, rozpaczliwie wymachując rękami, wypadł, zaś wuj, powolutku, jakby to był kryształowy wazon, postawił wózek na ziemi.
Zjawiła się ciocia.
– Na miłość boską, co tu się dzieje?
Wuj Roman stanął obok Homera, złożył ręce na piersi i schylił głowę jak uczeń przyłapany na niecnym uczynku.
– Przyjechałem po syna – rzekł w miarę spokojnie ojciec, otrzepując mundur ze źdźbeł trawy.
– Ma swoje lata, jego wola.
– Zostaję u cioci – oświadczył twardo Homer.
– Milcz! – Krzyknął ojciec i zaczął grzebać w zanadrzu, ale niczego tam nie znalazł. – Milcz, inaczej zastrzelę – i przyłożył laskę do ramienia, jakby to był karabin. – To wasza ormiańska krew ukradła mi żonę. I ty dziwka, jak twoja siostrzyczka! Ty też byś z kacapem uciekła.
– Romek, wyprowadź tego człowieka za próg – i potrząsnęła dłonią, jakby spędzała muchę z twarzy.
Wujek podszedł do wózka. Ojciec zamierzył się laską. Ale protesty zdały się na nic.
Na niebie świeciły już gwiazdy. Homer spojrzał na nie. Były niewiarygodnie piękne. „Od nich, prawdopodobnie, zależy mój los – pomyślał”. Zagryzł wargi i wszedł do domu. Zapalił nocną lampkę i targany sprzecznymi uczuciami, uciekł w lekturę „Króla Leara”.