10 Lip

Piotr Bednarski: Homer i generał (fragment)

„Argo-Arkę” ustawiono wreszcie na właściwym miejscu, na granicy oddzielającej plażę nudystów od plaży proletariuszy i dewotek; i jedni, i drudzy patrzą na siebie przez siatkę z pogardą. Takie jest wnętrze tego porządku rzeczy. I po jednej stronie siatki, i po drugiej trudno brnąć przez życie z czystym sumieniem.
Rufa łodzi dotyka wydmy, ułożona jest na dębowym rusztowaniu, bardzo solidnym, najmocniejszy sztorm nie ruszy jej z miejsca, a boczne szkwały nie przenikną do jej wnętrza – uszczelniona jest na morsko i po zepchnięciu do wody może swobodnie żeglować, jak każdy jacht.
Natychmiast po ustawieniu „Argo-Arki” pojawił się urzędnik z milicjantem. Wyrośli przy łodzi niczym grzyby po deszczu. Milicjant kiwnął głową i zasalutował jak przed pomnikiem w Dniu Zwycięstwa. Homer popatrzył na niego jak byk na rzeźnika. Funkcjonariusz nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, nie nowina to przecież. Urzędnik podsunął Homerowi papier i pokazał palcem, gdzie ma podpisać.
– Za podpis słono się płaci – powiedział Homer. – Czy nie widzi pan tych rozkoszy wypisanych na mojej twarzy?
Przyjrzał się uważniej Homerowi i zaprzeczył głową. Jeden i drugi.
– Przebaczam ten grzech – mruknął Homer i podpisał, aby mieć spokój.
– A to – urzędnik wskazał palcem na nazwę łodzi – co oznacza? Nie ubliża państwu?
– Nie, nie ubliża. Argo dla proletariuszy, Arka dla nudystów. Każdemu, co jego.
– To beznadziejnie głupie. Jak w telewizyjnym teatrze o śmierci, jakiegoś tam, Tarełkina.
– Nie oglądam TV.
– Dużo obywatel traci – rzucił urzędnik z gorzkim uśmiechem na twarzy i razem oddalili się. Szli tak, jakby mieli co najmniej po dwa promile alkoholu we krwi, ale Homer nie zwracał uwagi na takie subtelności. „Jaki chód, takie państwo” – twierdził zwykle. Poza tym kto nie pił, był niebezpieczny, ponieważ nie zostawał „stukaczem”. Donosicieli było tak dużo, że nawet generał G. bał się własnego cienia. To Homer pamiętał jeszcze ze służby wojskowej. Motłoch połknie wszystko, a spryciarz wymyśli piekło.
Przez niebo wędrował sierpień, więc plaża przypominała mrowisko. Homer przewidział, co będzie się działo, gdy łódź pojawi się na plaży, więc gdy urzędnik z milicjantem oddalili się, przybił do dębowego rusztowania, z jednej i z drugiej strony łodzi, napisy: UWAGA. NIE ZBLIŻAĆ SIĘ. SKŁAD NIEWYPAŁÓW.
– A pan? Mieszka pan tam? – zapytał jeden z ciekawskich, wskazując głową na pokład łodzi.
– Jestem saperem – odrzekł Homer. – Umiem rozbrajać bomby.
– I nie boi się pan? Zawsze mogą wybuchnąć. Nie ma pewności.
– Owszem, nie mam. Proszę zapamiętać, że saper myli się tylko raz. Ja się po prostu nie boję tej pomyłki. Czy to nie mówi samo za siebie.
– Straceniec – powiedział ciekawski, pokiwał głową i oddalił się.
Od tego czasu Homer miał spokój, wokół łodzi przestano się kręcić, trzymano odpowiedni dystans.
Po przybiciu ostrzeżenia Homer poszedł do miasta. W „Czerwonym Fezie” zjadł pizzę fruti de mar, zrobił zakupy i wrócił na łódź. Poukładał wszystko w szafkach, zrobił jako taki „klar”, rozłożył zeszyt na stole, zaparzył dzbanek kawy, usiadł i postanowił, że nie wyjdzie z łodzi dopóty, dopóki nie napisze nowego rozdziału powieści, o tematyce ustalonej w „Jaskini filozofów”.
Zaczął pogrążać się w sobie. Nie jest to prosta i łatwa wędrówka, prowadzi przez wąwozy, ostępy leśne, zdradliwe przesmyki wodne, niebosiężne szczyty. To nie przelewki, zdąża się przecież nie byle gdzie, pielgrzymuje się do ludzkiego rdzenia, do szczeliny, przez którą przeciska się talent, to nieśmiertelne „coś”, które stworzyło muzykę, taniec, poezję. I to „coś” znajduje się w każdym człowieku, tylko nie każdy z nas wie o tym, a jeśli wie, to nie każdy ma ochotę rezygnować z dóbr tego świata, z piwa i podobnych parafernalii.
Homer siedział niczym głaz, ponieważ nic już nie miał do stracenia, a wszystko do zyskania. Stryczek lub sens życia. To właśnie go determinowało.
Siedział, palił i pił kawę. I dopiero o drugiej po północy przyszło to, co chciał powiedzieć, właśnie to „coś” podyktowało: „Judasz”.

„Od dziecka odczuwał w sobie brak. Nie wiedział, czego mu brakuje, ale był pewny, że urodził się ułomny, nie taki jak jego rówieśnicy. Żegnając dzieciństwo stwierdził, że ma w sobie puste miejsce, które należy wypełnić. Ale czym? Tego właśnie nie wiedział. I, być może, dlatego nie mógł długo mieszkać pod jednym dachem i kochać jednej kobiety. Był więc samotny jak księżyc. Rodzice obumarli go wcześnie. Dom i warsztat tkacki, który otrzymał w spadku, sprzedał natychmiast, by nie mieć dokąd wracać. Od tej chwili wracać znaczyło dla niego iść przed siebie, szukać brakującej cząstki, bez której czuł się nieswojo, wręcz tragicznie.
Wiedział, że jego widok przywodzi na myśl pustynię. Po raz pierwszy powiedziała mu o tym Kleo, stara dziwka z Miletu, potem inne, młodsze, a nawet całkiem młode.
Pustynia dla Judasza nie była złem, lecz czymś niepojętnym, przed czym należy czuć pokorę. Była tym, czym dla żeglarzy jest morze. Prawdę mówiąc, nie widział wielkiej różnicy między pustynią a morzem, znał i tchnienie morza, i zew pustyni. Ale pustynia była mu bliższa. Ten rys jego istoty nakreślił obszar poszukiwań. Judasz udał się na Pustynię Judzką i zamieszkał w grocie. Wyrzekł się świata, aby wyleczyć się z ułomności, wypełnić modlitwą to miejsce, którego dotknął JAHWE jeszcze przed jego poczęciem.
Wiele razy przyglądał się swojej twarzy w miedzianym zwierciadle lub lustrze wody. Mógł, z ręką na sercu, powiedzieć, że nie jest to twarz proroka. Piękne miał tylko oczy, duże, koloru fiołkowego nieba. Ale i one były wadliwe. Błękitna planeta była dla Judasza światem szarym. Ale, mimo to, oczy stały się jego ostoją. Piękno oczu przekonało go, że nie jest zły i że dobry duch go prowadzi. Bo ktokolwiek ma w sobie odrobinę piękna, dostrzegalną czy też nie, należy do Nieba. To trzymało go przy życiu i sprawiało, że był otwarty na oścież, jak weselny dom.
Czekał, modląc się i pokutując. Błagał o ową brakująca cząstkę, o tę łatę, którą można zakryć ową robaczą dziurę.
Nigdy nie zapominał Judasz o swoich oczach i na klęczkach lub jak płaz wdrapywał się na górę modlitwy, nie jak świątobliwy, lecz jak ludzki śmieć. Dawał z siebie wszystko, jak człowiek broniący się przed śmiercią, jak żołdak odpychający całą siłą woli ostrze miecza, które jest tuż tuż przy gardle. Mimo to modlitwa Judasza nie była skrzydlata, nie wznosiła się do Nieba jak orzeł. Można by ją porównać do owoców dzikiej figi, a wielokroć do zwykłego chwastu. I któregoś dnia dostrzegł Judasz swoimi fiołkowymi oczami własną modlitwę. Zobaczył, jak wychodzi z niego kuglarski potworek, śmieszny, uszminkowany i upudrowany jak ten świat i znika w piaszczystych diunach. Przestraszył się tej zjawy, zadrżał, zemdlał. Przez trzy dni wylizywał się z tej zapaści, trzy dni leżał w grobie. »A może to omam« – pomyślał czwartego dnia. Lecz kiedy ponownie zobaczył kuglarza, zamknął oczy, aby po chwili je otworzyć. Potworek nie zniknął. Gdy zamknął prawe oko – zobaczył Feniksa, ptaka odradzającego się z popiołów. Sprawdził ponownie. Lewym dostrzegł potwora, który nie znikał, gdy on miał oczy otwarte. »A więc lewe oko jest sługą zła« – pomyślał.
Tak był rad ze swojego odkrycia, tak pewny swojej racji, ze nawet nie złożył dziękczynienia, lecz natychmiast skrzesał ogień i włożył do niego klingę noża. A kiedy ostrze nagrzało się do białości, przybliżył je do źrenicy lewego oka i uporczywie wpatrywał się w jego żar. Czynność powtarzał dopóty, dopóki nie oślepło.
Oślepił Judasz swoje lewe oko, ale świat przez to nie stal się radośniejszy. Co prawda nie widział już potworka, wyłaniającego się zeń jak noworodek z niewiasty, lecz nie widział też Feniksa odradzającego się z popiołów. Świat ponownie stał się tak beznadziejny, jak widok wisielca dyndającego na powrozie. Judasz zaczął wyć jak szakal, wył zniżając głos, coraz ciszej z minuty na minutę, aż zapadł w sen.
Kiedy obudził się, zobaczył morze – morze pustynnych żmij. Z niedowierzania przetarł oczy. Nie, nie był to kolejny omam. Strach go sparaliżował. Żmije podpełzły i parę z nich zatopiło kły w jego rękach i nogach. Był to gatunek jadowity, wiec miał pewność, że teraz nic nie uchroni go od śmierci. Jednak nie wpadł w panikę, wyciągnął z torby plaster miodu, zaspokoił głód i położył się na powrót, aby spokojnie umrzeć. Ale śmierć nie nadchodziła, miejsca ukąszeń nie puchły, nie gorączkował, nie tracił świadomości. Żmije jakby czekały na to, aby zrozumiał, że nie chcą go zabić, tylko wygnać z pustyni.
Zrozumiał, podświadomość mu to podpowiedziała. Falujące żmije to znak! Musi opuścić pustynię i wrócić do ludzi, ponieważ czas jego pobytu tutaj został zakończony.
Kiedy szedł w stronę Jordanu, płynęło za nim to przerażające żmijowisko, ale on nie zwracał już na nie uwagi. Czuł nadal w sobie ową nieokreśloną ułomność, ów doskwierający brak, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że został włączony w życiodajny krwiobieg. Ogarnęła go nagle pewność, że wychodząc z pustyni, wkracza w nowy świat
Nie było już w nim niecierpliwości, szedł powoli, jak się idzie w miłosierdzie. Któregoś dnia zobaczył przed sobą tłum tłoczący się wokół człowieka, który grzmiał, niczym wulkan.
– Kto to? – zapytał pierwszego z brzegu.
– Zapowiedziany Eliasz, Jan, który chrzci wodą.
Judasz od pierwszego wejrzenia nie wątpił, że Jan jest prorokiem, lecz jednocześnie coś mu szeptało, że nie dla niego wygnały go żmije z pustyni. To nie był człowiek, którego szuka, to nie był prorok, dla którego się urodził.
Ruszył przed siebie, ale po paru krokach wydało mu się, ze ktoś tknął go w ramię. Odwrócił się i zobaczył przed sobą człowieka w swoim wieku, któremu przez szaty przeświecało serce.
Judasz podążył za święcącym sercem. Wraz z nim wędrowało dwóch młodzieńców, którzy z uwagą słuchali słów tamtego.
Kiedy weszli do domu, nie miał odwagi pójść razem z nimi. Usiadł pod rozłożystą oliwką. Był zdrożony, więc szybko usnął.
Gdy otworzył oczy, zobaczył nad sobą pochylonego człowieka ze świecącym sercem.
– Kim jesteś? – spytał, biorąc w dłonie jego dłonie.
– Nie wiem. Jestem Judaszem z Kariotu.
– Judasz z Kariotu – szepnął Jezus i jego świecące serce zabłysło intensywniej. – Judasz – powtórzył melodyjnie, jakby coś sobie przypominał. – Dokąd zmierzasz?
Nie mam już żadnego dokąd, a więc przyszedłem do ciebie. Masz świecące serce.
– Ty pierwszy to dostrzegłeś. Ty pierwszy pojąłeś, że jestem Synem Bożym. Jesteś pierwszym człowiekiem, który mnie szukał, pierwszym, który powiedział, że znalazł to, czego szukał. A czy ty wiesz, co to znaczy być pierwszym?
– Nie odtrącaj.
– Nie po to przyszedłem.
– Nie odtrącaj – szepnął jeszcze raz. – I tak będę za tobą chodził. Nawet odtrąceni na coś zasłużą.
– Na więcej, niż to komukolwiek się wydaje – odrzekł Jezus i przycisnął Judasza do piersi. Judasz poczuł, że ciałem Jezusa wstrząsnął dreszcz, a wraz z tym zadrżała ziemia.

***

»Dlaczego zdradziłem?« – zadał sobie pytanie, kiedy trzydzieści srebrników, jakie otrzymał, przemieniło się w gniazdo pełne małych żmij, od których nie mógł się uwolnić. Biegał jak opętany to tu, to tam, wciskał je żebrakom, chciwcom, ale wszyscy cofali lub chowali ręce i uciekali złorzecząc. W końcu bezwiednie znalazł się znowu w Świątyni, przed Arcykapłanem i spostrzegł, że żmijki są teraz ponownie srebrnikami.
»Może to te same żmije, które wygnały z pustyni? Jadowite żmije świątynne? Może ja już mam głowę żmii?« Dotknął swojej twarzy i stwierdził, że ludzkie rysy pozostały.
»Dlaczego zdradziłem?«
Nie zrobił tego przecież dla pieniędzy. To, co otrzymał, to nie pieniądze, lecz śmiech, symbol zdrady. »Coś za coś«. A pieniędzy, których nie można było się doliczyć w jego trzosie, tych powierzonych przez słuchaczy Jezusa, nie przywłaszczał sobie, tylko ukradkowo rozdawał je głodnym. »Nasyćcie się i idźcie słuchać Jezusa«. Zaspakajali głód i szli, bo mieli czas, czas wolności od ciała. Dzięki tym wsparciom sunęło za Jezusem coraz więcej śmiecia tego świata: chromych, złodziei, znajd i ulicznic. Szli słuchać, ukradkiem, z filuterną radością lub z nadzieją. Ale szli.
Judasz dawał głodnym chleb, bo nie potrafił ominąć łaknącego, coś go zatrzymywało. Kiedy miał coś przy sobie – dawał, choć wiedział, że to nie jego. Wierzył, że jeśli się coś ma, to to należy do wszystkich potrzebujących. Z powodu biednych sam zaczął żebrać. Pewnego dnia widziano go, jak ze łzami w oczach błagał o starą, wystrzępioną tunikę, mając na sobie nową szatę, którą kupiono mu ze wspólnych pieniędzy. Nie wiedziano, że w zaułku narzucił starą tunikę na siebie, a nową oddał pierwszemu z brzegu obdartusowi.
Szeptano miedzy sobą, że jest oszustem. Tylko Jezus, spostrzegłszy Judasza w starej tunice, uśmiechnął się tak, jak tylko on uśmiechać się potrafił w chwili radości – niebem. Trzos ciążył Judaszowi jak młyński kamień, można rzec, że ranił go. Prosił Judasz parę razy Jezusa, aby ktoś inny go nosił, przyjmował datki i robił zakupy, lecz za każdym razem otrzymywał odmowę: »Każdemu, co jego« – słyszał rzymskie porzekadło.
Nie brał sobie tych słów do serca, ale pewnego dnia, kiedy wracali do Jerozolimy, przypomniał je sobie, ukradkiem odwiązał trzos i odrzucił od siebie. I trzos wrócił. Grupa wiernych znalazła go i zwróciła. Naruszony w zasobach, ale powrócił. Judasz parokrotnie powtarzał czynność, lecz trzos wracał, raz naruszony, innym razem nietknięty, jednak wracał, jak ptak do gniazda. Zrozumiał, że trzos jest dla niego tym, czym było jarzmo dla Jeremiasza. Trzos przyrósł do jego imienia na zawsze.
»Zdradziłem«.
Ale czy musiał zdradzić? Jezus dał mu wolność, nauczył, jak być i czuć się wolnym, i jak myśleć sercem.
Czy zrobił to bezwiednie? Jezus zapowiadał swoją mękę i śmierć przy każdej nadarzającej się okazji. Przygotowywał uczniów na ten Wielki Dzień. A kiedy Piotr, zapamiętawszy się, zaprotestował, Jezus nazwał go szatanem. A Jezus bardzo rzadko, tylko w wyjątkowym stanie, wpadał w gniew. I chyba tylko Judasz zrozumiał sens posłania Jezusa. Mesjasz musi iść ścieżką JAHWE, a nie ludzkim traktem. »Jeśli Syn Boży zstąpił z niebios, aby umrzeć jako człowiek, to musi nastąpić kres śmierci, bo gdzie wstępuje JAHWE, tam wstępuje też życie« – tak myślał Judasz.
– Jak odchodzi człowiek, który wierzy w Ciebie? – zapytał kiedyś Jezusa na osobności.
– Czy pamiętasz przypowieść o ziarnie wrzuconym w glebę?
– A czy ty jesteś ziarnem?
– Ja jestem Życiem tego ziarna.
– To dlaczego musisz umrzeć w hańbie?
– Boisz się śmierci, bo nie wiesz, czym jest kres. Ja też się boję, choć wiem, że moja śmierć jest cudem.
– Cudem?
Tak, cudem. Nie rozumiesz tego, trudno ci to pojąć, dlatego zło ma dostęp do ciebie. Przyszedłem, aby wyprowadzić świat z obłędu, by zniszczyć obłęd.
– Wszystko jest dla mnie zrozumiałe od naszego pierwszego spotkania. Nie mogę tylko pojąć, dlaczego musisz być wydany i ponieść haniebną śmierć?
– Taki jest los Syna Bożego na tym świecie. Haniebna śmieć musi świadczyć o mnie. Mówię życiem i śmiercią będę mówił.
– Rozumiem, jesteś przecież Bogiem.
– To nie tak. Jestem człowiekiem do szpiku kości, synem człowieczym, który spełnia wolę Ojca. Mesjaszem zostanę przez Znak Jonasza, Cud pokonania śmierci.
– Ale dlaczego ja mam ciebie wydać?
– Kto ci o tym powiedział?
– Twoje świecące serce.
– A więc taka jest wola Ojca. Musisz ją spełnić jak ja, chociaż powiem, mówiąc prawdę, że człowiek, który mnie wyda, lepiej, żeby się nie urodził.
– A jeśli cię nie wydam?
– Przypomnij sobie Jeremiasza. Na co przydał się jego bunt? Poza tym tylko ty jeden widzisz moje świecące serce. Ty, a powinna też widzieć je Maria z Magdali. I tylko ty od razu pojąłeś moje posłanie.
– Czy to kara za to, że widzę twoje świecące serce?
– Nie wiem – odpowiedział Jezus. – To wie tylko Ojciec. Ja wypełniam Jego wolę.

***

»Mimo tylu zachodów i wysiłków, próśb i modlitw, jednak zdradziłem« – pomyślał Judasz i zacisnął pętlę na szyi”.

Kiedy skończył rozdział, zamknął zeszyt, rzucił się na koję i natychmiast zasnął. Już śpiąc naciągnął na siebie koc.

***

Homer spał do godziny szesnastej. Jak widzimy, twórcze pisanie jest bardzo wyczerpującą pracą. Subtelna materia, która umożliwia przekazanie synapsom tego „czegoś”, co każdy nazywa inaczej, najczęściej banalnie, angażuje w proces twórczy cały organizm. Może nie u wszystkich twórców ujawnia się tak aktywnie, „wszystko albo nic”, ale Homer czuł się po ukończeniu rozdziału tak, jak kiedyś po dwudziestogodzinnej wachcie przy sterze w czasie obłędnego sztormu.
Po przebudzeniu czuł ból mięśni, szczególnie bolała go głowa, ale musiał wstać, dzień był słoneczny, bezchmurny, więc pomyślał, że Achmad uleczy go swoimi smakołykami. Wyskoczył z koi, zrzucił ubranie, zszedł po trapie i pobiegł do wody. Pływał po niskiej przybojowej fali z prądem i pod prąd, przez prawie godzinę. To go orzeźwiło. Kiedy wrócił na łódź, czuł już w sobie zwykłą codzienność. Wypił szklankę wody mineralnej i poszedł do „Czerwonego Fezu” na kebab. Było to pierwsza zachcianka, która przyszła mu do głowy, kiedy wrócił do świata.
– Co powiesz na temat Judasza? – zapytał, kiedy zjadł to swoje późne śniadanie i zapatrzył się w biedronkę, która usiadła na jego dłoni, a teraz szukała wzgórza, aby móc rozpostrzeć skrzydła i odlecieć w swoją dal.
– W Koranie nie ma Judasza – odrzekł po chwili Achmad.
– Wiem, ale może ktoś podobny do niego?
– Podobni do niego są wśród nas, w każdej knajpie, na każdym dworcu, wszędzie.
– Uniwersalna odpowiedź – uśmiechnął się Homer. – Na piątkę.
– I gdyby nie było generałów, nie byłoby Judaszy, bo komu by donosili?! Tylko ten, który się boi, werbuje Judaszy.
– I za to też dostajesz piątkę – mruknął, widząc już w Achmedzie Poncjusza Piłata. – Niech mi nikt nie przeszkadza – poprosił.
Wyciągnął zeszyt ze swojej ulubionej parcianej torby i zaczął pisać kolejny rozdział: „Poncjusz Piłat”.

„Piłat płacze, z zagryzionych ust płynie krew. Bóle głowy trapiły go od dzieciństwa, od czasu do czasu łzy pojawiały się w oczach, ale warg nie zagryzał i nie miał skłonności do torsji. A tu nagle zwymiotował. Czuł, jak z jego głębin, z tego ciemnego kanionu, pełznie coś obrzydliwego i poprzez duszę wpełza do serca, wbrew sercu, dlatego ono ściska się z odrazy i trwogi.
Zwymiotowało serce Piłata przez żołądek. A kiedy był już w stanie otrzeć usta połą tuniki, mimo woli spojrzał na wymiociny i zadrżał. Zobaczył Hades, Gehennę. Zobaczył siebie, całego, do trzewi, więc krzyknął, zawył jak zdychający wilk.
Niewolnik Ariusz, człowiek o chłonnym i otwartym umyśle, wpadł do komnaty razem z legionistą z Syryjskiej Kohorty, pełniącym odźwierną straż. Rzuciwszy okiem na twarz Poncjusza pojął od razu, że to nie sztylet był przyczyną rozpaczliwego krzyku. Zaczynał promieniować niesprawiedliwy wyrok wydany na Jezusa z Nazaretu.
»Ma za swoje. Nie należy słuchać motłochu« – przemknęło Ariuszowi przez myśl.
Piłat zawsze bał się Żydów, podziwiał ich i jednocześnie nienawidził. Instynktem wyczuwał, że ich Bóg, JAHWE, jest i jego Bogiem, lecz nie potrafił otworzyć się na coś, co w jego administracyjnym umyśle jawiło się jako niedorzeczność i przesąd. Obserwował Kapłanów i każdego dnia czytał Torę. Czytał dopóty, dopóki nie zaspokoił ciekawości. Uważał, że poznał wszystko, i już więcej nie rozwijał papirusu ze świętym tekstem.
Piłat nie potrafił się modlić, bał się ciemności i dużo rzeczy czynił z lęku przed nią. Robił wszystko, aby utrzymać swój urząd, aby być kimś, komu nie zabraknie nigdy światła, kimś, kogo nie wtrąca się do ciemnego lochu. Starał się o to.
Prokurator bał się ciemności i samotności, ale w towarzystwie ludzi jako osoba prywatna czuł się bardzo niezręcznie, wiec towarzyszami jego życia były: światło słońca, ogień obozowy, płomień lamp oliwnych. Klaudię Prokulę poślubił też tylko dlatego, że wydawało mu się, iż promieniuje światłem. Nie była piękna jak wschód słońca, ale jak wschód przedziwna i jak słońce wszechobecna i miłosierna. Niewiele żądała od niego. Zawsze marzył, aby go o coś poprosiła. Od lat czekał na prośbę żony, a kiedy ją wreszcie usłyszał – nie spełnił jej. Nie uwolnił Galilejczyka, przeciwnie – skazał na śmierć, choć nie znalazł w nim żadnej winy.
– Ecce Piłat – szepnął, patrząc na wymiociny; parafrazował własne słowa wypowiedziane o Jezusie, którego przywołał na swój balkon, a następnie skazał na ubiczowanie. I nagle zrozumiał, tak mu się przynajmniej wydawało, w czym tkwi jego lęk: kocha światło, a nie zna jego rdzenia, fundamentu, sensu i przeznaczenia.
»Boję się. Troska o jutro czyni ze mnie srogiego Prokuratora. Troszcząc się o jutro, skazuję na śmierć nawet niewinnych. A w dniu dzisiejszym wylałem dziecko z kąpielą«.
– Wody i wina – szepnął do Ariusza.
Opłukał usta i wypił trunek z malachitowego pucharu. Ale wino odmówiło mu swej zwykłej radości. »Śmierć ma chyba przyjemniejszy smak«.
– Podaj sycerę. Wiem, że pijesz to żydowskie świństwo. Szybko! – krzyknął, wstał i pobiegł przed siebie. Biegł i biegł, i nie mógł dobiec do drzwi, były nieustannie daleko, na skraju pustyni. Spojrzał w siebie. I w głębinach swojej istoty nie dostrzegł niczego prócz ciemności, nawet nie ciemności, tylko mazistej czerni. »To straszne. Nie ma mnie w niczym, tylko w wymiocinach« – pomyślał i znowu pobiegł co tchu do wyjścia. Biegł, potykał się i padał, wstawał zlany potem, zagryzał wargi i znowu zaczynał bieg. Po sumienie przecież biegł, po swoje tajemnicze tchnienie. Biegł i w tym szaleńczym pędzie spostrzegł siebie na fotelu. Ariusz stał przy nim z napełnionym po brzegi kielichem sycery. Nie wyciągnął ręki, nie miał odwagi, wiedział, że zadrży mu dłoń, a trunek to jego ratunek, otworzył więc tylko usta. Niewolnik wlał w niego powoli zawartość kielicha i widząc, że usta się nie zamykają, powtórzył czynność. Po drugim wypitym kielichu Piłat zamknął usta i oczy i znów pobiegł przed siebie.
Drzwi już nie uciekały przed nim, więc wybiegł z twierdzy Antonia i drogą skazańców dotarł na Golgotę. Wzgórze było już puste. »Szybko się uwinęli« – pomyślał. Ciężko dysząc usiadł naprzeciw krzyża. Patrząc na napis, który nakazał przybić nad głową Jezusa, na złość Żydom, poczuł żal. »Brakować będzie mi Ciebie. Czułem się pewniejszy, gdy żyłeś, bez przerwy donosili na ciebie, truli tobą głowę. Tak, tak, dziwny byłeś. Jakby nie z tego świata. I takie same były twoje słowa. Nie ma już ciebie, proroku. Ciebie nie ma, a ja jestem. Taki już jest świat. Zawsze morduje tych, którzy odważają się otwierać serca. Ja też nie lubię, gdy ktoś grzebie mi w duszy. Ciebie nie ma, a ja jestem«. Popatrzył jeszcze raz na krzyż, wnikliwie, jakby chciał dodać sobie odwagi, bo zamierzał opuścić wzgórze. I wtedy spostrzegł obok siebie cień.
I ten ktoś, w nadnaturalny sposób, w mgnieniu oka, przybił go do pala, nie do krzyża, lecz do pala. Ból przeszył rdzeń istoty, targnął ciałem, zaczęła się kaźń.
Nie miał ujścia ból Piłata, więc nie opuszczał ciała ani na mgnienie, nie znał przecież drogi do Nieba.
Piłat nie umiał dawać ani rozdawać, nigdy nie doświadczył zatracenia siebie, więc i teraz nie miał komu ofiarować swojego bólu.
»Gdzie jest mój dom?« – pomyślał.
– Nigdy nie miałeś domu, Piłacie – powiedział ktoś, ten cień, który przybił go do pala męki. – I nie umierasz, nawet nie zdychasz, żresz siebie, żresz, a nie trawisz, bo nigdy nie żyłeś. Należy żyć, jak żyje ogień.
I Piłat poczuł, że ten ktoś oblał go czymś wonnym i podpalił. Huczący płomień przyniósł mu ulgę.
»To nie ja wiszę na palu – i otworzył oczy. – Jednak ja, ze wszystkimi swoimi myślami, słowami i czynami. Ohyda i obłęd. Precz!«
Westchnął głęboko i uniósł powieki. Przy nim stał Ariusz.
– Daj jeszcze sycery.
Wypił i ponownie zapadł w siebie.
»Ja piję, a on śpiewa. Krzyżem śpiewa, krzyż w melodię przemienia. A co będzie, jeśli śmierć w poezję przemieni? Jak będzie wyglądać świat, jeśli śmierć stanie się pieśnią? A poeci mogą tego dokonać, z Boga przecież czerpią słowa. Dlatego z poezji wszystko można zaczerpnąć. Dziwne to. Robił wszystko, aby zawisnąć na krzyżu. Wyczułem to z jego słów. Ale bał się śmierci, temu nie zaprzeczę. Zdawał sobie sprawę z tego, w jaką przeraźliwą głębię się spada, umierając. Czy można odmówić poecie śmierci, jeśli o nią prosi? Robiłem, co mogłem, a on leciał w śmierć jak ćma w ogień. Moja wina może nie leży w skazaniu, lecz w biczowaniu. Tak, w tym. Pozwoliłem żołdactwu drwić z niego. A kto pluje na Proroka lub pozwala na to, popełnia zbrodnię przeciwko całej ludzkości. To chyba miała na myśli Klaudia Prokula, która uprzedziła mnie przez posłańca, abym nic złego nie uczynił Galilejczykowi. Anioł powiedział jej przez sen, że jest on sprawiedliwy. Dopiero teraz przejrzałem na oczy. Nawet nie biczowanie i wyrok, ale to zło, które znajduje się w plwocinie, tak mnie męczy. I dlatego płakałem, i dlatego zwymiotowałem. Jak teraz spojrzę w oczy Klaudii Prokuli? Jak ona będzie teraz patrzeć na mnie?«
– Nalej mi jeszcze – szepnął.
Wypił pod rząd trzy kielichy i zażądał następnego.
– Nie pij więcej, panie – poprosił Ariusz. – Nienawykły jesteś do tego napoju. Możesz umrzeć.
– Tacy jak ja nie umierają – odrzekł. – Tacy jak ja – wypił następny kielich i krzywiąc twarz dokończył: – Tacy jak ja zdychają. A teraz pluń mi w twarz. To rozkaz!
– Nie zrobię tego. Nie wiesz, czego żądasz.
– Rzeczywiście nie wiem. – Odrzekł po chwili. – Tracę poczucie rzeczywistości. Jezus, sycera, Żydzi! To wszystko potrafi człowieka doprowadzić do obłędu.
»Jezus wyprowadził mnie na pustynie, ciemną jak Hades. Zostawił mnie na pustyni. A ja tak się boję ciemności. Przepełnia mnie trwoga«.
Ponownie się rozpłakał i wysunął kielich w stronę Ariusza.
– Tak już będzie do ostatniego mojego tchnienia”.

Kiedy skończył pisać, przytulił głowę do zeszytu i zasnął. Obudził go Achmad o dwudziestej, zamykając lokal. Podziękował, zapłacił i wyszedł.
Achmad przez dłuższą chwilę patrzył za nim z uśmiechem. Oczy mu płonęły z radości, on też miał w rodzinie poetę.