15 Cze

Krzysztof Lipowski: Gaśnięcie

W dniu narodzin Paula pani Wahrsieg, spiesząc się do szpitala ze zmęczenia usiadła na schodach plebanii. Był mroźny, styczniowy poranek i od strony portu zawiewało szklanym chłodem. Przenikliwe nawoływania mew docierały na przedproża porośniętego bluszczem budynku. Stopnie były tego dnia oblodzone i kościelny nie zdążył ich oczyścić. W drzwiach ukazała się postać prałata, który ze zdziwieniem przyglądał się ciężarnej kobiecie. Ponieważ do szpitala było już niedaleko, prałat podprowadził rodzącą.
Wiele lat później Paul siedział w okopie na wschodnim froncie i wywoływał myślami to wydarzenie. W wyobraźni zatrzymywał się tuż obok granitowych schodów, powracał do momentu sprzed narodzin tak, jak się przybywa do miejsca, które nie ma początku i końca, a w którym czas jest dopiero małą kroplą w ręku Stwórcy zastygłą w oczekiwaniu. Słuchając „Lili Marlen” zastanawiał się, o jaką rafę rozbije się niedługo jego powikłane życie.

1.

Paul Wahrsieg zakładał niechętnie szary mundur oficera Wehrmachtu, jakby przeczuwał, że ten kolor nie jest oznaką skromności. Może też nie wierzył w posłannictwo jedynego narodu, tak jak nie wierzył, że jest ciałem jednego  wodza, który ucieleśnia niemiecką duszę i znaczy jedno: „wieczne Niemcy”. Nie potrafił wyobrazić sobie wieczności, nawet po śmierci. Od jakiegoś czasu to słowo przyprawiało go o zawrót głowy, brzmiało groźnie jak obietnica niewzruszonego trwania na przekór śmierci. Cóż dopiero wieczne trwanie odradzającego się narodu, jego tysiącletnie panowanie.
Stał przed lustrem i z niedowierzaniem przyglądał się sobie w mundurze. Zastanawiał się, która część nowej garderoby najbardziej go teraz odmieniła. Oficerskie epolety a może czapka z lekko wygiętym daszkiem? Na pewno nie był tym samym studentem teologii, który w sierpniowy wieczór trzydziestego dziewiątego roku powrócił z Tybingi przez Gdańsk do małego miasta nad zatoką.
Wciąż stał przed lustrem i oglądał siebie w nienagannie skrojonym uniformie. Zrobił parę kroków po korytarzu i niedbale podniósł do góry prawe ramię. Po chwili opuścił je szybko. Na szczęście matka z Lisą i Cecylią wyszły z domu i nie mogły dostrzec wyrazu zażenowania na jego twarzy. Chwilę przypatrywał się sobie, aż wreszcie zdecydowanym ruchem nacisnął klamkę.
Zatrzymał się na rogu głównej ulicy, gdzie w gablocie wisiały rozpostarte strony krzykliwej popołudniówki „Der Stürmer”. Pospiesznie odczytywał drukowane dużą czcionką tytuły i odchodził skrajem chodnika. Obca mu była nowa pedanteria i pruska dbałość o szczegół, która zapanowała we wszystkich urzędach. Dobrze pamiętał, jak w oknie księgarskiej witryny pojawiły się nowe mapy „Grossdeutschland” już w dniu triumfalnej defilady żołnierzy Wehrmachtu.
Powodem, dla którego przerwał studia teologiczne i powrócił do domu, nie była choroba matki. Ten zaledwie kilkumiesięczny pobyt Paula w Tybindze był dla władz Wehrmachtu prowincjonalnego miasteczka rodzajem rekomendacji. Młody Wahrsieg starał się nie dostrzegać zainteresowania swoją osobą i gdy poproszono go o wygłoszenie odczytu w sali ratusza – odmówił. Tak naprawdę rozbawił go i poirytował temat proponowanego wykładu: „Germański renesans czyli nowy duch pokoju”.
Szedł teraz wolno jak dawniej ulicą Prezydenta w stronę Domu Kuracyjnego, w którym mieściła się kawiarnia „Marlena”. Nowa nazwa ulicy nie interesowała go. Brzmiała obco i zbyt szorstko.
Mimo że od przyjazdu minął już prawie miesiąc, z trudem akceptował zmiany i rozporządzenia wydane przez niemieckiego burmistrza. To nie było to samo miasto, do którego powracał myślami, siedząc nad brzegiem Neckaru. Raziła go bezczelność Niemców, wystudiowana powaga i chłód. Z zażenowaniem obserwował ich zachowania i starannie unikał pytających spojrzeń polskich sąsiadów. Nie zdążył wykształcić w sobie umiejętności przywdziania maski pogardy i obojętności.
W kawiarni „Marlena” było cicho o tej porze dnia. Paul usiadł przy stoliku, zdjął oficerską czapkę, do noszenia której jeszcze się nie przyzwyczaił, i zamówił piwo. Po chwili na jego stoliku już stała butelka ze szkła w morskim kolorze z porcelitowym, białym kapslem. Pijąc piwo pocierał palcem tłoczone w butelkowym szkle napisy „Danziger Bierbrauerei”. Myślami powracał do ciemnych lasów Szwabii, które w pośpiechu musiał opuścić.

2.

Każdego ranka, tuż po śniadaniu Paul schodził kamiennymi schodami do miasta, które rozłożone po obu stronach rzeki, uwalniało się dopiero od mgielnych oparów. Jak zawsze, obrawszy sobie za cel wysokie mury tybindzkiego zamku, mijał pospiesznie Dom Zakonnic, stary kościół św. Jana i Targ Drzewny aż docierał do ulubionego miejsca. Był to niewielki dziedziniec tuż obok Starej Bursy. Aby dojść teraz do wieży Hölderlina, wystarczyło zejść schodami w dół ku rzece. Szybko więc pokonywał kamienne stopnie i już stał pod wieżą. Przyglądając się spękanym murom, szukał wzrokiem okna, w którym niegdyś mieszkańcy miasta rozpoznawali siwą głowę poety.
Od przyjazdu do Tybingi w Wielkanoc trzydziestego dziewiątego roku upłynęło już kilka miesięcy. Niewielkie stypendium, które otrzymał od biskupa, powoli kończyło się. Starał się nie tracić czasu i tuż po otrzymaniu studenckiej książeczki gorliwie uczęszczał na wykłady z historii kościoła, teologii fundamentalnej i dogmatyki. Na seminariach pojawiał się punktualnie. To wtedy właśnie zainteresowały go wykłady z teologii, które prowadził stary profesor Seelemann. Podziwiał go za umiejętność formułowania problemów i ukazywania możliwych rozwiązań. Z niecierpliwością oczekiwał seminaryjnych spotkań, na których często zabierał głos. Mimo że formułował swoje myśli jeszcze nie dość jasno, mimo że jego słowa nie przylegały tak szczelnie do świata refleksji, Seelemann starał się go rozumieć, czasem chwalił i zachęcał do dalszej pracy. Stary profesor często rozwijał genialne myśli, uwodząc przy tym młodych studentów.
Paul studiował w Tybindze bardzo intensywnie i była w tym nadgorliwość studenta z dalekiej prowincji, który znalazł się niespodziewanie w mieście teologów. Sam był zdumiony tym, jak łatwo zachłysnął się wiedzą, jak szybko połykał nowe pojęcia i słowa, jak wnikał w zawiłe meandry teologicznych dysput i jak łatwo dał się pochwycić obietnicy poznania. Szczególnej rozkoszy zażywał obcując z zatęchłą wonią starych bibliotek i zakurzonych tomów. Z niecierpliwością oczekiwał chwili, gdy pracownik biblioteki poda mu zamówioną książkę! Z czcią brał do ręki pożółkłe egzemplarze i radował się, gdy pod palcami wyczuwał tłoczenia na skórze. Z radością otwierał wypożyczony tom. Chwilę zwlekał jeszcze, nim rozpoczął czytanie.
Niemal każde popołudnie Wahrsieg spędzał w pomieszczeniu biblioteki, w gmachu Starej Bursy. Zajmował miejsce przy niewielkim oknie. Niekiedy odrywał wzrok od lektury i spoglądał na wartko płynący Neckar. Jego stół szybko zapełniał się wypożyczonymi książkami, które oddawał bibliotekarzowi dopiero wieczorem.
Nie brał udziału w zebraniach nacjonalistycznych studentów i nie poświęcał czasu nawet tak popularnej szermierce. Raziła go jałowość zainteresowań studenckiej braci, liczne zabawy i potańcówki organizowane przez studenckie korporacje. Stronił od tych przyjemności i przyzwalał, by prąd życia opływał go, podobnie jak wody Neckaru czyniły to z drzewem platanu, które rosło na brzegowej skarpie. Zewsząd słyszał głosy o konieczności zaangażowania się w program odnowy. Ze spokojem  przyjmował nierzadko jadowite uwagi.

3.

W soboty i niedziele dźwięk dzwonów kościoła świętego Jana na Starym Rynku odmierzał już inny rytm. Nie był to czas codziennych wykładów i seminariów. Nie był to czas szybko upływających godzin w czytelni, których ciszę przerywało głośne skrzypienie starych desek.
W sobotni ranek dyskutujących przy stoliku studentów  zaskakiwały opadające szybko okienne żaluzje. Ich długie jak Mleczna Droga rozmowy ciągnęły się zwykle przez całą noc i milkły dopiero, gdy zapach świeżo pieczonych rogalików z piekarni przy Kornstrasse otoczył rozmawiających. Aromat wypijanej z pośpiechem ostatniej kawy mieszał się z chłodnym powietrzem poranka a ostry zapach cygaretek towarzyszył siedzącym, którzy niechętnie wstawali od stolików. Rozchodzili się niespiesznie, by dopiero na stancji lub w konwikcie zamilknąć w krótkim lecz mocnym śnie.
Nastawał czas pieszych wycieczek za miasto. W wiejskich gospodach w okolicach Tybingi można było dostać kwaśny chleb wiejski  i kiełbasę, ale tylko w jednej oberży gospodyni piekła dobre andruty. W odległej o dzień drogi starej winiarni z gomółkowymi szybami podawano wino i chłodne piwo. Za niewielką opłatą gospodarz prowadził gości do niewielkich pokoi na górze, gdzie stał już nieduży dzban z wodą. W niedzielny poranek w jadalni pojawiało się ciepłe mleko a na drewnianym stole stał wiklinowy koszyk z bułkami z makiem. W południe schodzili na śniadanie ostatni goście, którzy w pośpiechu i z lekkim zawstydzeniem zajmowali miejsca na długich ławach.
O tej porze dnia cukiernie uniwersyteckiego miasta zapełniały się studentami i profesorami, którzy siedzieli przy małych stolikach z okrągłym blatem. Wiosną i latem niewielka sala cukierni przyozdobiona sztychami powiększała się o ogrodowy taras. W jesienne i zimowe popołudnia nad głowami gości cicho szemrał żyrandol z gazowymi kulami.

4.

Dom Seelemanna znajdował się na końcu miasta, tuż za starym budynkiem gimnazjum. Idąc na spotkanie Paul układał w myślach przebieg rozmowy, próbował odgadnąć pytania, które zapewne zostaną mu zadane. Cieszył się, że stary profesor mieszka na uboczu, z dala od widoku swastyk i brunatnego zgiełku. Bez pośpiechu zbliżał się do drewnianego domu z niewielkim balkonem na poddaszu. Stanął przed masywnymi drzwiami z mosiężną kołatką i nacisnął dzwonek. Drzwi otworzyła jasnowłosa służąca, której wręczył wizytówkę. Odeszła do pracowni, by zaanonsować przybysza. Paul nieco onieśmielony wszedł do rozległego pomieszczenia, którego wnętrze wyłożone było ciemnozieloną tapetą. Róg pokoju zajmowało obszerne biurko i, tak jak się domyślał, z okien pokoju roztaczał się widok na pola i modrzewiowy zagajnik. Tuż przy oknie stały regały z książkami, które pięły się aż pod sufit. Jednak najważniejszym meblem była obita skórą sofa, która zajmowała znaczną część pokoju.
Nie zdążył dokładnie przyjrzeć się wnętrzu, gdy usłyszał kroki. Do salonu wszedł postawny mężczyzna z ogoloną brodą i krótkim wąsikiem. Na nosie miał binokle, przez które patrzyły ciemne i, jak zdawało się Paulowi, dobrotliwe oczy. Profesor powitał go serdecznie nieco szwabskim akcentem i wskazał ręką na fotel. Sam zaś usiadł na sofie, przyglądając się dłuższą chwilę młodemu studentowi przybywającemu z dalekich Prus. Do pokoju weszła służąca niosąc tacę i po chwili zapachniało jaśminową herbatą.
Paul trzymał w ręku spodek z angielską filiżanką pomalowaną w błękitne kwiaty i dość chętnie odpowiadał na pytania. Domowa atmosfera tego miejsca i życzliwy głos Seelemanna sprawiły, że mówił o sobie i o swych planach studiowania teologii, nie dziwiąc się swej szczerości. Gotów był zrzucić to na karb osamotnienia, które doskwierało mu chwilami w Tybindze. W jego szafce uzbierała się dość pokaźna ilość listów, które otrzymał z domu od matki i sióstr. Więc opowiadał dalej tak, jakby miękki fotel, na którym siedział, i nastrój miejsca wymuszały na nim rozmowy o rodzinnym domu. Twarz Seelemanna była życzliwa zaś ton jego głosu łagodny. Od czasu do czasu profesor dyskretnie pocierał skórę dłoni i twarzy.
I może sprawił to zachodniopruski akcent młodego studenta, a może też zapach tytoniu zmieszany z aromatem herbaty stał się tego przyczyną, że Paul odważył się postawić pytanie: „Dlaczego w każdej aptece w Tybindze kupuje się pastę do zębów z hakenkreuz? Dlaczego najładniejsze spinki do koszul i krawatów są także z hakenkreuz? I nawet dzisiaj, w niedzielę do kościoła św. Jakuba z głośnym tupotem weszła grupa chłopców w mundurach Hitlerjugend z tym samym znakiem na rękawie?”
Seelemann wciąż siedział spokojnie i uśmiechał się dobrotliwie, jakby nie słyszał pytania. Po chwili odezwał się: „Proszę popatrzeć na ten obraz”. Paul dopiero teraz zauważył kopię obrazu Matthiasa Grünewalda. Było to „Kuszenie św. Antoniego”. Brązowa rama z afrykańskiego drzewa prawie dotykała siwej głowy rozmówcy. „Grünewald był artystą o monumentalnej wizji” ciągnął dalej Seelemann. „Nasz führer zrezygnował z malarstwa dla wizji potężniejszej. A wracając do spinek i pasty do zębów, ten znak nie jest gorszy od innych”.„Tak pan myśli?” spytał Paul. „Ale czy nie przeszkadza panu, że führer jest człowiekiem niewykształconym?”
„Wykształcenie nie ma znaczenia, proszę popatrzeć na jego cudowne ręce.”
W tej odpowiedzi było tyle niewymuszonej lekkości i pewności, a także nieskrywanej fascynacji, że trzeba było tę część rozmowy uznać za zakończoną. Wahrsieg siedział dalej milcząc i jedynie przez grzeczność udawał zainteresowanie monologiem profesora, który mówił wiele o potrzebie jedności narodu i rozwoju nowego ducha w starym człowieku. Tkał subtelną materię ze słów dobieranych starannie, budował kunsztowny gmach na kształt gotyckiej katedry, jakby znów miał przed sobą akademickie audytorium.
Paul mógł wreszcie z większą uwagą przyjrzeć się obrazowi. Udając, że wciąż słucha, przyglądał się postaci świętego, który leżał na plecach pokonany przez demony. Diabeł szarpał mnicha za białe włosy a inny trzymał go mocno za poły błękitnego płaszcza. Profesorska głowa prawie dotykała postaci trędowatego z monstrualnie wydętym brzuchem.
Należało już teraz cierpliwie doczekać końca profesorskiego wywodu, pożegnać się i opuścić to miejsce. Gabinet Seelemanna wystrojem i atmosferą przypominał pokój, który Paul oglądał niedawno w Weimarze. Przywodził sobie na pamięć, jak w majowy poranek szybko wspinał się na wzgórze do willi, w której Nietzsche spędził ostatnie lata. Nieco zmęczony pieszą wędrówką wszedł do pracowni filozofa. Dość długo stał przed kominkiem, przypatrując się rzędom książek i leżącej na biurku pośmiertnej masce. Na wysokości głowy dostrzegł otoczoną złotym kołem literę „N” i ostatnie zdjęcie chorego Nietzschego. Siedział na sofie w białej koszuli i miał nienaturalnie wyniosłe czoło. Bujny, sumiasty wąs okrywał dolną wargę.
Szaleństwo nie opuściło jeszcze pracowni filozofa i szpitalny nastrój tego miejsca szybko udzielał się Paulowi. Wychodził z willi na wzgórzu z uczuciem przygnębienia i smutku. Pomyślał, że Stwórca pomógł ostygnąć głowie szaleńca, który nie dawał odpocząć swoim myślom.

Teraz dopijał wolno chłodną herbatę, wyczekując na odpowiedni moment, by się pożegnać. Po jakimś czasie wstał z fotela, a gospodarz odprowadził go do wyjścia. Żegnając się z profesorem, spojrzał na jego dłoń. Była to duża, pulchna ręka nawykła do przewracania kartek i gładzenia skórzanych grzbietów książek.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, odetchnął z ulgą. Zszedł po schodach do ogrodu i pchnął furtkę.

5.

Wykład Seelemanna, odbył się w największej sali wydziału teologicznego. Przewodniczący tybindzkiej braci studenckiej przywitał profesora, który wszedł na salę żwawym krokiem z czerwono-czarną miniaturką swastyki w klapie marynarki. Był wyraźnie odmieniony. Z egzaltacją w głosie mówił o roli nowych zadań duchowych, które stoją przed narodem niemieckim, o rasowych pryncypiach i przenikającej wszystko woli mocy. Wspominał o potrzebie odnowy uniwersytetu w duchu narodowego socjalizmu. Na koniec wykładu wezwał do przebudzenia Niemiec i podniósł energicznie prawe ramię wykrzykując przy tym trzykrotne „sieg!”. Odpowiedzią było gromkie „heil!” tłumu wypełniającego po brzegi salę wykładową.
Paul siedział w pierwszym rzędzie nieporuszony z nogami wyciągniętymi daleko przed siebie. Ręce trzymał w kieszeniach. Już nie analizował znaczenia zdań, które dopiero usłyszał. Pamiętał tylko pojedyncze słowa z usłyszanej przed chwilą ewangelii narodowego socjalizmu. Nie widział siebie w szeregach apostołów nowej wiary i dziwił się krótkowzroczności profesora. I gdy rozległy się trzaski drewnianych siedzeń, wiedział już, że to koniec. „Finis Germaniae” pomyślał, zamykając swój zeszyt. W drzwiach studenci z opaskami na rękawie próbowali mu wcisnąć do ręki bezpłatny egzemplarz „Wille und Macht”. Pragnął już tylko opuścić to miejsce.
Było późne popołudnie, gdy szybkim krokiem szedł w stronę rzeki. Przypomniał sobie, jak w księgarni przy Targu Drzewnym natknął się na niewielką broszurę. „In Memoriam Wilhelm Gustloff”. Ze zdziwieniem odczytał nazwisko autora „Willy Seelemann”. Szybko przekartkował niewielkie dziełko, które przed trzema laty profesor odczytywał nad trumną męczennika. Seelemann pisał w nim o wewnętrznej mocy nieżyjącego, podziwiał jego hart woli i czystość serca. Wzywał do oddania czci niemieckiemu bohaterowi, który umarł dla narodu i Rzeszy. Na koniec propagandowej rozprawki, zaapelował do wszystkich o nieugiętość woli i wezwał do czerpania wzoru z moralnej wielkości Wilhelma Gustloffa.
Paul szybko zszedł po schodach prowadzących nad rzekę i znalazł się przy okrągłej wieży. Tutaj chciał zebrać myśli. Zamknął powieki, jak czynią to niektóre kwiaty przed zapadnięciem zmroku. Pomyślał, że nie po raz pierwszy upadają cicho rajskie drzewa. Widział teraz okno półokrągłego pokoju, przez które Hölderlin spoglądał codziennie na płynący wartko Neckar. Gdy w niedzielne poranki stary poeta kładł wysmukłe dłonie na klawiaturze klawikordu, rozstrojony instrument wydobywał z siebie niespokojne dźwięki. Każdego dnia pod drzwiami znajdował chleb i rozcieńczone wino. Co jakiś czas przychodziła też do niego córka gospodarzy, by przycinać odrastające siwe włosy.
W domu Seelemanna i w wykładowej sali tybindzkiego uniwersytetu Paul przeżył gwałtowne uderzenie w świadomość, jak Szaweł na drodze do Damaszku. Uderzenie było silne i nieoczekiwane. Myślał o chorym Hölderlinie, o tym jak stary poeta poczuł w głowie ukłucie słonecznego światła, gdy wracał pieszo z Bordeaux przez gęste lasy Schwabii. Blask tego słońca musiał być intensywny, skoro jego duch pogrążony był do końca życia w mroku. Pozostawił za sobą święte życie z Diotymą, którą odkrył i otworzył nieoczekiwanie jak księgę.

6.

Po miesiącach spędzonych w mieście teologów na studiowaniu młody Wahrsieg chętniej przesiadywał teraz pod wieżą. Przyglądał się płynącej rzece i przypominał z jaką radością otwierał kopertę z informacją o stypendium, jak żegnał się z matką i siostrami i jechał prawie dwa dni koleją żelazną do Tybingi. W niektóre dni, siedząc na schodach, rozcierał w dłoni kuchenną sól. Czasami wdychał jej woń i tęsknił do wilgotnego oddechu Małego Morza. Znów szedł ulicą Morską do portowej przystani, spoglądał z Zielonego Mostku na męskie i damskie kąpiele w zatoce, wchodził do składu bławatów Antoniego Miotka i kupował papierosy „Egipskie” w Hotelu Kaszubskim.
W porze, gdy odbywały się wykłady, śledził grę świateł na ruchliwej wodzie. Odtwarzał zabalsamowany w pamięci obraz zielonych wód zatoki i zamykającego horyzont wąskiego półwyspu. Łagodne fale nie miały w sobie siły i energii wciąż płynącej rzeki. Tam nad zatoką Paul obserwował regularne oddechy morza i bezruch plażowego piasku. W tafli wody widział odbijającą się wciąż tę samą sylwetkę miasta z ciężką bryłą kościoła farnego.
Bystre wody Neckaru niosły już w sobie zalążek tego, co w niedługim czasie miało się wydarzyć. Rwący i gwałtowny strumień tybindzkiej rzeki wnosił nieuchronne zmiany w życie Paula. W sierpniu trzydziestego dziewiątego roku w przemówieniach kanclerza Trzeciej Rzeszy często pojawiała się nazwa Prus Zachodnich.
Wahrsieg przyjechał do Tybingi w krzykliwym czasie brunatnego zgiełku. Tu już nie mówiło się jak niegdyś tylko o teologii. Niemal wszyscy pragnęli się umieścić w strumieniu nowego życia, które miało odrodzić Niemcy. Nawet gospodyni, u której mieszkał i która każdego ranka robiła mu śniadanie, z ożywieniem opowiadała w kuchni o upokarzającym Niemcy traktacie wersalskim. Mówiąc to przyglądała się uważnie studentowi, który siedział przy stole i popijał kawę, czasem tylko potakując nieznacznie głową.
Któregoś dnia Paul wszedł do swojego pokoju i dostrzegł wiszący obok krzyża portret mężczyzny z wąsikiem i z nerwowym spojrzeniem. Cofnął się odruchowo i w pierwszej chwili, jakby uderzony obuchem gwałtownej myśli, chciał pobiec do kuchni. Powoli jednak zamknął drewniane drzwi ze szklanym, owalnym witrażykiem. Zdążył się już nauczyć nowej formy bycia i ostrożności. Stał bezradnie na środku pokoju, mając przed sobą krzyż i portret führera. Wreszcie usiadł w fotelu.
„Traktat o wodzie”, który zaczął pisać jeszcze przed wyjazdem do Tybingi, teraz codziennie się powiększał.
Nie zdziwił się, gdy w swojej skrzynce na listy znalazł szarą kopertę z orłem ze swastyką. Było to wezwanie do przerwania studiów z nakazem wyjazdu do Polski. Ze spokojem odłożył list na półkę.