02 Cze

Katarzyna Bieńkowska: Ocalone z kontekstu

Grzegorz Kwiatkowski, Radości. Biuro Literackie, Wrocław 2013.

Kiedy w ubiegłym roku Grzegorz Kwiatkowski przysłał do „Wyspy” wiersze z cyklu Radości, z których pięć ukazało się potem w numerze 2 w 2012 roku, zadał mi dwa niestosowne pytania. Po pierwsze, czy jego wiersze mi się podobają, a po drugie – czy uważam, że Radości to gotowe, skończone dzieło. Nie wiem, czy jego niepewność była autentyczna, czy jedynie retorycznie kokieteryjna. Natomiast niestosowność pierwszego pytania polegała w moim odczuciu na tym, że Radości to nie są wiersze do podobania (w nich Kwiatkowski nijak nie kokietuje czytelnika), one porażają, odrażają, obnażają, obrażają wręcz. Bo czy poeta ma prawo? Czy ma prawo wyrywać czytelnika z, i tak nigdy nie dość ugruntowanego, spokoju ducha, pogodzenia z sobą i z rzeczywistością, ze starannie plecionej siatki doraźnych i stałych zachowawczych eskapizmów i kłuć go w oczy, ba! smagać boleśnie, absurdalnie arbitralnym okrucieństwem tego świata? I czy ma prawo zawłaszczać cudze cierpienie, cudze traumy, cudze losy, cudze śmierci, cudze winy wreszcie i – w arbitralnym szyku – układać je w wiersze pod dojmująco perwersyjnym w dodatku tytułem?

Radości to tomik złożony z dwudziestu dwóch wierszy, zaledwie dwudziestu dwóch, krótkich przeważnie, wierszy, który ma jednak siłę rażenia co najmniej dwustu dwudziestu pocisków hellfire. Każdy z tych wierszy jest gorzką pigułką, zatruwającą wyobraźnię czytelnika i rozsadzającą jego samozadowolenie jeszcze długo po lekturze. Wiersze te stanowią w większości swoiste epitafia dla ofiar holokaustu, ale też dla ofiar innych, mniej totalnych wyroków losu, a także dla ofiar własnych słabości, perwersji i zbrodniczych skłonności. Kwiatkowski nie jest tak konsekwentny jak Edgar Lee Masters w słynnej kronice ze Spoon River; on nie narzuca sobie ograniczeń ani lokalnych, ani nawet historycznych, zresztą nie wszyscy jego bohaterowie umarli i nie wszystkie z 22 wierszy Radości to jednoznaczne epitafia. Natomiast oczywista jest polifoniczność tych wierszy, pojawiająca się skądinąd już we wcześniejszych tomikach Kwiatkowskiego. Poeta konsekwentnie ukrywa swoje własne ja liryczne i mówi głosami przywoływanych postaci, choć nie zawsze w pierwszej osobie.

Mówi rzeczowo, oszczędnie, bez zbędnych ozdobników, nie bawi się w estetyczno-etyczne gierki, on prowadzi z czytelnikiem grę innego rodzaju, wali prosto z mostu, między oczy tak, że czytelnik w pierwszej chwili nie wie nawet, co go tak poraziło. Po ubiegłorocznej lekturze tych wierszy zwłaszcza jeden zapadł mi w pamięć i bezlitośnie cytowałam go z owej pamięci bogu ducha winnym bliźnim:

Buzia Wajner, ur. 1937 zm. 1943

miałam sześć lat kiedy mnie zabito
a moja siostra Szulamit lat cztery

po stracie rodziców włóczyłyśmy się w okolicach Rokitna
(…)

nie miałyśmy kalendarza
więc nie wiedziałyśmy kiedy przypada data naszych urodzin
dlatego przez pomyłkę obchodziłyśmy na pewno więcej
niż raz w roku
to smutne święto 

Właśnie. Czy Kwiatkowski ma prawo bez pytania brać cudzą śmierć i rozpaczliwą nędzę cudzego życia i bez pardonu godzić nimi w czytelnika? I czy kieruje nim empatia, czy raczej perwersyjna fascynacja złem? A może coś całkiem innego? Desperackie poszukiwanie – czego? Sensu, zrozumienia, odkupienia, oficjalnego „unieważnienia śmierci” jak w wierszu dekret? „Nie jesteśmy ani dobrzy ani źli”, pisze poeta w wierszu sklepy, a gdzie indziej (bezpieczna) zadaje pytanie: „jak możesz wierzyć w dobro i zło / skoro ryby zjadają własne potomstwo?”. I jeszcze (benzyną): „wszyscy są równi wobec śmierci / i to nas wprawiało w dobry humor / ale wywieziono nas do obozu / w ogromnym dole paliły się dzieci / i ogień podsycano śmieciami i benzyną”. W co zatem wierzyć wobec tych śmieci i benzyny? I co jeszcze ma na tym świecie jakąś wartość? W wierszu kościoła Kwiatkowski pisze: „walczył z pesymizmem / dlatego przyjął cudze dobro za swoje / dlatego ożenił się z Kitty / zajmował się gospodarstwem / i chodził na polowania i do kościoła”.

Ale dlaczego Kwiatkowski bierze właśnie za swoje cudze zło i cudze nieszczęście? I dlaczego każe czytelnikowi również przyjąć je „za swoje”? Zaryzykowałabym twierdzenie, że Kwiatkowski jest nawiedzony, ale w takim – jeśli to możliwe – racjonalnym, intelektualnym sensie; on świadomie bądź podświadomie staje się medium dla tych wszystkich dręczących i dręczonych, którzy przemawiają przez jego wiersze; dopuszcza ich do głosu, żeby ich ocalić z zapomnienia, z obojętności, żeby współczesny czytelnik, znieczulony przez wszechobecne zło (tak historyczne, jak i aktualne, i właściwie nie jest tu ważne, czy doświadczamy go rzeczywiście, bezpośrednio jak Sylvie Umubyeyi przywołana w jednym z wierszy, czy też pośrednio, poprzez relacje innych) choć na chwilę przestał traktować jego ofiary jak „część pejzażu / jak drzewa i całą resztę”. Żeby śmierć znów przerażała nas i bolała „tak jak powinna”.

Kwiatkowski wyłuskuje bohaterów swoich wierszy z kontekstu historii, z kontekstu bezdusznej rzeczywistości, z tego przyjmowanego beznamiętnie pejzażu życia i śmierci. I myślę, że owo wyrywanie z kontekstu jest kluczem do tego tomu. Takie odczytanie podpowiada zresztą jego tytuł. Radości nie są tu radościami w mianowniku liczby mnogiej, tylko radością w dopełniaczu wyrwaną z kontekstu pierwszego wiersza tego cyklu, o dwóch braciach zbierających i zakopujących wiosną zdechłe sarny, które nie przeżyły zimy: „to były nasze najpiękniejsze lata: / taczka pełna sosnowych gałązek i smugi krwi / i uczucie radości po dobrze wykonanej robocie”. Kwiatkowski zresztą często stosuje podobny zabieg w tytułach. Jakby na chybił trafił podświetlał czy też podkreślał fragment wiersza. Można odnieść wrażenie, że podobna arbitralność dotyczy wyboru bohaterów jego wierszy. (Niezależnie od tego, czy to on wybiera ich, czy też oni jego). I stąd – w moim odczuciu – niestosowność drugiego pytania, które zadał mi poeta. Bo czy dzieło owego ocalającego wyrywania z kontekstu może być kiedykolwiek skończone, gotowe? Ta smutna, niewdzięczna posługa mogłaby przecież trwać dłużej, bez końca. Ale może po prostu głosy w głowie poety na razie umilkły. Może pozwoliły również jemu na „uczucie radości po dobrze wykonanej robocie”, pomimo smug krwi i innych traumatycznych powidoków. Przynajmniej do kolejnego tomiku. Bo Grzegorz Kwiatkowski to poeta, przed którym winniśmy mieć się na baczności.