15 Paź

Jan Strękowski: Poniedziałek – ja

Źle się tutaj czuła. Nieodpowiednio ubrana, w dżinsowych wystrzępionych spodniach i t-shircie pośród eleganckich kreacji innych gości. Idąc na spotkanie z Joanną do jej galerii myślała, że będzie tam tylko ona i jej długo niewidziana przyjaciółka. Tymczasem trafiła na czyjś wernisaż. W cisnącym się wokół obrazów tłumie dostrzegła w końcu Joannę. Z trudem przedostała się do niej.
– Fajnie, że też przyszłaś… – usłyszała zdawkowe. Tak samo jak zdawkowe było muśnięcie w policzek.
Zanim się spostrzegła, Joanna pobiegła dalej, z taką samą zawodową czułością witać kolejnych gości.
To w tym momencie straciła nadzieję na spotkanie sam na sam. Była już w tym kraju od kilku dni, mieszkała w mieszkaniu Joanny, ba, to właśnie Joanna namówiła ją na ten przyjazd po latach. I co?
Poniedziałek… Ja.
Wtorek… Ja.
Środa… Ja.
Czwartek… Ja…

Tak zaczynał się „Dziennik” Witolda Gombrowicza, na którym przez całą drogę z Hamburga do Warszawy ćwiczyła trochę zapomniany język polski. Ale tak też mógłby wyglądać opis jej pobytu. Począwszy od poniedziałku właśnie, kiedy to wylądowała na warszawskim Okęciu.

Poniedziałek… Ja…
Długo rozglądała się po pełnej ludzi hali. Ciężka torba wrzynała się w ramię. Mogła wziąć wózek bagażowy, ale to nie było w jej stylu. Stylu trochę traperskim, trochę hippisowskim, a trochę… Tak. To był styl tamtych odległych już czasów, którym zaraziła się podczas pierwszego pobytu tutaj. Skądś wyrósł bagażowy, a może to taksówkarz oferujący swoje usługi? Kiedyś trudno było się przed nimi opędzić.
– Szukają jelenia – mówił Staś, kiedy dziwiła się, że Polacy zbywają te natarczywe oferty.
Staś, albo Krzychu, albo Joasia albo pani Krystyna. Zależy kto odbierał ją z lotniska.
Z Okęcia kursował skrzypiący, zatłoczony autobus 175, w którym grasowali kieszonkowcy. Niczym nie różnił się od innych pojazdów miejskiej komunikacji. Błoto na podłodze. Pocięte nożem siedzenia. Brudne szyby, przez które nie da się wyjrzeć… I zapach. Dobiegający z odległej przeszłości. Jak wszystko wtedy tutaj.
Wtedy… Zwykle, kiedy miała się zdać na ten ryzykowny środek lokomocji, pojawiał się ktoś. Już od wejścia przepraszający, że korki, że po drodze wypadek, że dziecko nagle zachorowało, a w przychodni kolejka przez cały korytarz, ze wstydem, że zaspał, no, zapiło się trochę wczoraj na imieninach szwagra, albo że koło w maluchu strzeliło, poszła dętka, a zapasowe też flak, albo że benzyna nagle się skończyła, a kartki na paliwo dawno zużyte, dopiero na trzeciej stacji dali się uprosić i wlali parę litrów na lewo.
Gdy był to autobus, przeszkodą mogła być fanaberia kierowcy, który ni z tego ni z owego zatrzymał pojazd informując zdumionych pasażerów, że niech robią co chcą, bo on dalej nie pojedzie.
Ale to był urok tamtych wizyt. Ba, jakim przeżyciem mogła być jazda maluchem, zawalonym górą bagaży, gdzie kolanami uderzało się w sufit. Na dodatek pojazd najczęściej miał urwaną wycieraczkę, zablokowany zamek w drzwiach, albo nie otwierającą się szybkę i zepsuty nawiew. Mógł też nie mieć świateł, naderwaną tablicę rejestracyjną, wygięty w fantazyjne „S” zderzak, dziury wyżarte przez rdzę w karoserii. Dla Moniki największą atrakcją były samochody, które nie dawały się uruchomić przekręceniem kluczyka. Ich kierowcy wozili w samochodzie kij od szczotki. Trzeba było tylko otworzyć znajdującą się z tyłu klapę silnika, użyć kija w charakterze rozrusznika, a gdy silnik zaskoczył, szybko przebiec do wozu, by nie odjechał w siną dal bez kierowcy za kółkiem.
Najważniejsza jednak dla niej była radość, jaką sprawiał widok jej osoby tym, którzy po tym torze przeszkód pędzili na spotkanie. A potem tak troskliwie przekazywali ją sobie, jak o skarb walcząc o możliwość jej przenocowania, zaprowadzenia na Starówkę czy do Łazienek, wspólnego wypicia kawy czy piwa, na które – długo nie miała o tym zielonego pojęcia – trzeba było polować jak na trudnego do ustrzelenia zwierza. Ale przede wszystkim była chęć pogadania. Choć pięć minut, a najchętniej do białego rana. W dymie papierosów, przy dobiegającej zewsząd zbyt głośnej muzyce. Oni mówili, że prowadzą „nocne Polaków rozmowy”. Dyskusje o wierszach, książkach, opowieści o przeszłości, obejrzanych i nie obejrzanych filmach – ba, potrafili z zaciętością kłócić się o to, czy lepszy zimny Bergman, czy może złośliwy Bunuel. Zdarzało się, że sprzeczki kończyły się awanturą, po której jej uczestnicy nie odzywali się do siebie, aż ktoś z obecnych musiał godzić spór, najczęściej pomagał kolejny kieliszek pity… na pohybel. A komu? Oczywiście czerwonemu.
Bo w końcu najważniejsze było co innego. Nazywali to „knuciem” i choć dobrze wiedziała, o co chodzi, długo nie umiała znaleźć na to określenie właściwych słów. „Knucie”, to były ściszone momentami rozmowy, czy nagłe wyjście do łazienki dwu osób, które postanowiły tam porozmawiać przy odgłosie puszczonej ze wszystkich kranów wody, to było podkręcenie muzyki, kiedy chciało się coś powiedzieć, co nie powinno dotrzeć do niepowołanych uszu, bo „ściany mają uszy”, to było podawanie sobie karteczek z informacją: „O piątej na Bemowie”. Karteczek, skrzętnie palonych w popielniczce, tak by po informacji nie został najmniejszy ślad. „Knucie”, to było ostrzeżenie, gdy próbowała powiedzieć coś ponad potrzebę do słuchawki: „To nie jest rozmowa na telefon!” To rozglądanie się na ulicy za „ogonem” (znów dziwne słowo), czyli tajniakiem, którego należało zgubić. Knucie, to były nieczytelne, drobniutkim drukiem zapisane książki i malutkie, dające się złożyć i schować do kieszeni gazetki. Gazetki wydawane  i drukowane w tajemnicy, podpisywane przez tajemniczych redaktorów i autorów – potem już wiedziała, że niektórych z nich ma przed sobą, starała się nawet domyślić, czy „Turkuć Podjadek” to przypadkiem nie Staś, czy „Ciotka rewolucji” to nie pani Krysia, a „Pożeracz komuny”, to nie cicha, zwykle siedząca w kąciku Joasia, którą najbardziej lubiła.
Choć wracała potem do domu, to myślami była wciąż przy nich. Zresztą trudno było inaczej. Przecież kilka miesięcy spędzane w Hamburgu, to było bieganie bez wytchnienia, załatwianie pieniędzy, sponsorów, gromadzenie darów, na które trzeba było znaleźć magazyny, które trzeba było na własnych rękach przenieść do wielkich ciężarówek, żeby potem to całe dobro przewieźć przez granicę. A wcześniej jeszcze cała masa papierków, dokumentów, zezwoleń, wiz. I niechęć urzędników w polskim konsulacie, którzy traktowali ją jak kontrrewolucjonistkę zamierzającą przemycić do ich ojczyzny nielegalną kontrabandę, ale też życzliwość zwykłych ludzi, jej rodaków, którzy przejęli się brakiem… mleka w proszku w jakimś prowincjonalnym polskim szpitalu i teraz zarzucali ją całymi pakami tego produktu, wierząc, że ona dostarczy wszystko tam gdzie trzeba. I dostarczała, przy okazji przemycając to i owo.
Pamięta swój strach, kiedy na granicy enerdowskiej celnicy kazali jej rozładować cały transport (wyładowywała wielkiego tira tylko z kierowcą przez całą noc, nie czując mrozu, choć było wtedy ponad dwadzieścia stopni). W transporcie wiozła różne potrzebne, a niedostępne w Polsce produkty: pampersy i podpaski, kawę, margarynę, mleko w proszku i mleko skondensowane, zabawki dla dzieci i nawet czekoladę – do kraju, gdzie dzieci musiały zadowalać się „wyrobami czekoladopodobnymi”. Jednak nie wszystkie puszki z napisem mleko zawierały to o czym informowała etykieta. Modliła się wtedy, żeby celnikom nie przyszło do głowy otwarcie którejś z nich. Co by powiedzieli, gdyby mleko okazało się… czarne? Potwornie bała się więzienia, uśmiechała się więc, jakby nie była zmęczona i niewyspana, jakby nie było stresu, który towarzyszył kontroli osobistej, gdy kazano jej rozebrać się do naga, rozkręcono nawet szminkę i puder. W tych puszkach była… farba drukarska. Nie pamięta kiedy po raz pierwszy w prowadzonym przez nią transporcie znalazł się zakazany towar, ale to dzięki temu poznała ludzi z podziemnej „Solidarności”, którzy natychmiast stali się dla niej drugą rodziną.
Kiedy przyjechała po raz pierwszy, gazety w jej kraju pisały o rewolucji w Polsce. Na stronach tytułowych widniały fotografie brodatych młodych ludzi, którzy z całym przekonaniem i pasją ożywiali słowa, które wydawały się jej już martwe: wolność, solidarność, swobody obywatelskie, człowiek. Ale ten pierwszy przyjazd był też jak podróż z użyciem wehikułu czasu. Oto przeniosła się nagle sto lat wstecz. Szczególnie, gdy pojechała na wieś. Gęsi taplające się w stawiku. Konny wóz przejeżdżający drogą ze stukiem kopyt. Tumany kurzu za pędzącym piaszczystą drogą samochodem. Uderzył ją stosunek do czasu, którego nie żałowano, ani sobie ani innym.
Szybko zrozumiała, że te sielskie obrazki to przejaw zacofania, które jest nieodłączne od panującego tu systemu, określanego przez jej przyjaciół pogardliwym słowem „komuna”. Ale nie pomyślała, nawet przez moment, że kiedy uda się obalić komunę (to znowu słowa jej przyjaciół), to ze wszystkim. Tak jak oni wyobrażała sobie, że będzie lepiej, nowocześniej, będzie więcej wolności i swobody, może nawet więcej niż w jej rozleniwionej dobrobytem ojczyźnie, ale pozostanie także to, co tak lubiła.

Wtorek… Ja…
Co z tego, że Joasia nie przywitała jej osobiście na lotnisku? Czasem nie mogła. Coś się wydarzyło. Trzeba było natychmiast gdzieś jechać, coś odebrać, pomóc komuś wynosić zagrożoną przez bezpiekę drukarnię, czy ukryć się na jakiś czas. Przysyłała wtedy kogoś innego, z kim natychmiast nawiązywała się nić sympatii. I nie było sprawy.
Kiedy zobaczyła mężczyznę trzymającego tekturkę z wypisanym wielkimi literami jej nazwiskiem, nie zdziwiła się.
– Pan czeka na mnie? Monika, dla przyjaciół Moni – podała mu rękę i zaraz potem zarzuciła na ramię torbę.
Mężczyzna nie przedstawił się. Z jakimś niezrozumiałym ociąganiem podał jej rękę, bez słowa natomiast odebrał torbę i postawił na wózek bagażowy. Wyjechali na zewnątrz hali przylotów. Nowoczesna bryła dworca sąsiadowała z piętrowym (kiedyś go tu nie było) parkingiem, gdzie stała…. tu ponowne zaskoczenie, elegancka terenowa toyota, na którą jej z pewnością nie byłoby stać. Uśmiechnęła się.
– Kiedyś do Joasi jeździłam maluchem….
Mężczyzna załadował jej torbę do bagażnika i powiedział:
– I dworzec też nowy zbudowali.
Kiedy wsiadali wyjął zza wycieraczki malutką ulotkę.
– Ustrój się zmienił, a ulotki pozostały? – zdziwiła się Monika.
Na papierku, który jej podał, widniała roznegliżowana kobieta na różowym tle.
– Agencja towarzyska, czyli… burdel – wytłumaczył i zamilkł.
Zjechali pięknym nowym wiaduktem do Alei Żwirki i Wigury. Ulica, którą kiedyś znała na pamięć, zmieniła się nie do poznania. Początkowo nie dostrzegła tak nielubianych przez nią reklamowych tabloidów, którymi usiane są ulice we wszystkich zakątkach jej części Europy. Wszędzie takich samych. Kiedy je zauważyła, zlekceważyła ten widok. No przecież, Polska jest w NATO, za chwilę będziemy w tej samej Unii. Ważniejsi są ludzie. Pomyślała, ciesząc się na spotkanie z Joasią i rozmowę do białego rana, choćby o dupie Maryni, jak nazywał to jej mąż, Staś.
Staś nie był już mężem Joasi. Ale przecież to nie musiało niczego zmienić w ich stosunkach z nią. A ten pan… zainteresowała się. Może to obecny, nie umiała znaleźć określenia: przyjaciel, mąż?? Joasi? Nie wiedziała, jak go o to zapytać.
– A pan, długo już z Asią?
– Z panią Joanną… no… będzie już ze dwa lata.
Zanim zdołała przetrawić tak dziwnie podaną nowinę dojechali na miejsce. Gdy wysiadła, mężczyzna otworzył opatrzone domofonem drzwi na klatkę schodową niewysokiego bloku na osiedlu Stegny. Z bagażem podprowadził do drzwi mieszkania. Otworzył je.
Potem postawił bagaż i podał klucze.
– A pan?
– Mam jeszcze trochę roboty…
– Joanna nie powiedziała, kiedy będzie? – Monika rozglądała się po pustym mieszkaniu. – Gdzieś wyjechała? Nic mi nie mówiła.
– Bo pani Joanna mieszka gdzie indziej. Chyba… pewnie pomyślała, że to tutaj nie będzie dla pani krępujące. To córki, Agaty. Na kilka dni przeniosła się do matki… Przepraszam, że się tak wymądrzam, pani Joanna na pewno będzie zła. Ona sama pani wszystko opowie.
– Ale gdzie jest Joanna? Powiedziała, kiedy przyjdzie? Zadzwoni?
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko:
– Miała zostawić wiadomość przy telefonie.
Monika sięgnęła po karteczkę i odczytała:
„Rozgość się. Zadzwonię, jak tylko znajdę chwilę. A nie zbałamuć mi mojego kierowcy. Pa. Jo-A”.
To był jej podpis.
– To pan jest kierowcą Joanny? – zapytała zdumiona.
Mężczyzna był równie zdumiony:
– A pani myślała, że kim?

Środa… Ja…
Monika była niemile zaskoczona, Początkowo. Bo potem, w kąpieli, może to uspokajający wpływ uderzających delikatnie w ciało prądów wody (wanna była z hydromasażem), pomyślała, że chyba niepotrzebnie się czepia. Przecież od ostatniego jej pobytu w tym kraju minęło dziesięć lat! W końcu Joanna była teraz nie byle kim. Miała dwie galerie, komis z meblami, a nawet chyba jakieś udziały w domu aukcyjnym. A więc nie tylko masę obowiązków, ale też na pewno mniej wolnego czasu. Osobiście nie powitała jej na lotnisku, choć Monika dzwoniła dzień przedtem, umawiały się…? Ale przecież nie zostawiła jej samej sobie. Przysłała po nią… Nawet jeśli kierowcę, to czy nie zajął się nią? A to mieszkanie, przygotowane dla niej? Czy to mało?
Uspokojona sięgnęła na półeczkę z książkami, tak jak robiła kiedyś. Zawsze znajdowała coś ciekawego. Tym razem były to jednak raczej atrapy książek. „Bridget Jones” wśród nich mogła uchodzić za arcydzieło. Monika przypomniała sobie wtedy pobyty Joanny w jej malutkim mieszkaniu położonym na skraju Hamburga. Zwykle wpadała do niej w drodze do Paryża lub z powrotem i rozmawiały całą noc. Miała wtedy wrażenie, że nic się nie zmieniło, że czas nie upłynął, choć Joanna opowiadała jej o tym, jak zmienia się jej kraj. Trochę narzekała, nie wszystko się jej podobało. Jednak nazywała to kosztami zmian. Demokracja idzie w parze z McDonaldsem i parszywymi filmami z USA oraz południowoamerykańskimi telenowelami. Zwykle te przyjazdy zaskakiwały ją. Ale Monika zawsze umiała znaleźć czas dla przyjaciółki.
Kiedy Joanna zadzwoniła, mówiąc, że coś ją zatrzymało w galerii i nie zdąży dziś przyjechać do niej na Stegny, więc „zdzwonimy się jutro”, Monika pomyślała, że to nic strasznego. Tym razem, w odróżnieniu od podróży sprzed lat, kiedy ze względów bezpieczeństwa mogła liczyć tylko na swoją pamięć, miała notes, a w nim telefony przyjaciół.
Na pierwszy ogień poszedł Staś. Widziała go pięć lat temu na targach książki we Frankfurcie. Poszła na spotkanie z nim pełna obaw, czy ją aby pozna. Umówili się na przejażdżkę po okolicy. Zwolniła się z księgarni, by móc służyć mu za przewodnika. Opowiadał o swoich studentach, wśród których widział prawdziwe talenty plastyczne.
– Przyjedź do nas, zobaczysz co robią ci młodzi. Zdaje się, kiedyś interesowałaś się sztuką? Oni nie mają już takich zahamowań jak moje pokolenie. Żadnego kompleksu komuny czy peerelu.
Staś był teraz profesorem. Choć przyjaźnili się od tylu lat, trochę ją to onieśmielało.
– Proszę ze Stasiem? – nie brzmiało to zbyt dobrze.
Kiedy w słuchawce usłyszała nieznajomy kobiecy głos, całkiem się pogubiła.
– Czy zastałam profesora?
Zapadła cisza. Po chwili zakończyło ją pytanie:
– Pani jest jego studentką?
– Dobrą znajomą. Chciałabym się z nim zobaczyć. Przyjechałam z Hamburga. Na kilka dni…
Chwila ciszy i zdawkowe:
– Proszę zadzwonić przed ósmą rano. Teraz jest bardzo zajęty i nie może podejść do telefonu.
– To znaczy, że … Staś jest w domu? – zapytała nieśmiało.
– Oczywiście, ale kiedy pracuje, nie wolno mu przeszkadzać.
To nie był jednak koniec niepowodzeń. Tego samego dnia po południu pomyliła kawiarnię, w której spotkać się miała (spotkanie umówiła pocztą elektroniczną tydzień wcześniej) z Krzychem. Chciała zainteresować go osobą swego niedawno zmarłego przyjaciela, rzeźbiarza. Krzych był reżyserem, widziała kilka jego filmów dokumentalnych i wydawało jej się, że jak mówiło się w Polsce: „odbiera na tych samych falach”. Kiedy jednak znalazła właściwy lokal (jej pamięć miasta okazała się nieaktualna, zmienił się nie tylko wygląd ulic, ale nawet nazwy niektórych), Krzycha już nie było. Na dodatek, złośliwość przedmiotów martwych, kiedy zadzwoniła do niego, próbując wytłumaczyć się z nieobecności, rozładował się jej telefon. Dopiero wieczorem mogła ustalić nowy termin spotkania. Ale kiedy następnego dnia przedstawiła mu swój pomysł, zamiast entuzjazmu usłyszała jedynie pytanie:
– A jaką dajesz gwarancję, że taki film będzie miał oglądalność?
Nie znała słowa „oglądalność”, ale kiedy wytłumaczył jej o co chodzi, sama przyznała mu rację. O „oglądalności” filmu, o może i ciekawym, ale mało znanym nawet w swojej ojczyźnie artyście, mowy być nie może.

Czwartek… Ja…
Przez kilka godzin snuła się po mieście bez celu, z coraz większym rozżaleniem myśląc o tym, co ją tu spotykało. Niedawno skończyła 45 lat. Od lat w tej samej księgarni. Od lat oddająca się zaszczepionej w czasach „Solidarności” pasji. Tylko miejsca się zmieniły. Kiedyś to była Polska, teraz oszczędzała na wyjazd do Afryki. Choć i na własnej ulicy miała co robić. Od lat popołudnia spędzała w malutkim klubie dla dzieci. Nawet, jak kiedyś polskiego, nauczyła się tureckiego, aby łatwiej znaleźć nić porozumienia z dziećmi tureckich sąsiadów. Ale czy może powiedzieć, że nie zmarnowała życia? Porównując swoją drogę życiową z karierami swoich polskich przyjaciół, omal się nie rozpłakała. Jednak jej nastrój natychmiast poprawił się, kiedy po powrocie do mieszkania Joanny znalazła na sekretarce automatycznej zaproszenie na tak długo oczekiwane spotkanie. Miała przyjść po prostu do niej. Do galerii. Od tej chwili wszystko się zmieni. Joanna wreszcie znalazła dla niej czas. Będą się mogły nagadać do woli. Była ciekawa wszystkiego. Czy po rozwodzie ze Stasiem ma kogoś? Co robi Aga, jej córka? To przecież już dorosła panna? Czy Joanna wie coś o losach pani Krystyny?
Pani Krystyna to był kolejny problem. Pamiętała ją jako starszą osobę. Jej kręgosłup z trudem wytrzymywał ciężar pakunków, które trzeba było przenosić z samochodu Moniki do magazynu z darami. Ale telefon nie odpowiadał. Monika jednak miała w notesie adres i bez uprzedzenia zapukała rano do drzwi mieszkania w odrapanym jak niegdyś, zniszczonym czterokondygnacyjnym bloku. Zapukała i zaraz pożałowała. Przez cały prawie dzień wspominała jej przerażoną twarz. Przerażoną czy raczej zawstydzoną swoim ubóstwem, choć pani Krystyna wcale się nie skarżyła, powtarzając tylko z jakimś uśmiechem zażenowania:
– No i widzisz Moniczko, jak to się porobiło.
Na nędznej emeryturze, z wyłączonym telefonem (dlatego Monika nie mogła się do niej dodzwonić), w mieszkaniu pachnącym wilgocią (w zimie odłączono jej ogrzewanie, bo zalegała z czynszem), nie wyglądała na osobę wygraną.  To była nie tylko starość. Patrząc na nią Monika zaczęła wątpić w sens tego, co kiedyś razem robiły. Wbrew temu co podpowiadał rozsądek żywiący się mądrymi analizami o koniecznych kosztach transformacji, takie koszty zdały jej się nie do przyjęcia. Wymówiła się od herbaty i długo spacerowała po zatłoczonych ulicach tego tak odmienionego miasta.   

Piątek… Ja….
Do Stasia zadzwoniła dopiero ostatniego dnia rano. Po doświadczeniach poprzednich dni chciała niewiele. Gdyby zdążył, mogliby się spotkać przed odlotem. Choćby na lotnisku. A może u niego w Akademii? W jakiejś przerwie między zajęciami?
Tym razem słuchawkę podniósł on sam.
– A, to ty? – w jego głosie była napawająca optymizmem radość.
– Cieszę się, że cię słyszę. Tak, mówiła mi Anna, że odebrała telefon od młodej Niemki, podającej się za moją znajomą. Wiesz, do mnie często dzwonią studentki, a moja… żona jest trochę zazdrosna. Ale dzwoniła też Aśka, rozwód ludzka rzecz, z tego powodu nie zerwiemy ze sobą stosunków. I powiedziała, że się już tobą zajęła… A ja, przepraszam, ale nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak potwornie jestem zapracowany. Nigdy bym nie pomyślał, że ta nowa Polska da nam tak popalić!
Po chwili dodał:
– Ale jeśli Aśka wzięła cię pod skrzydła, to chyba atmosfery tej naszej dzisiejszej rzeczywistości trochę łyknęłaś?
Dla porządku już raczej przejrzała notes.
Robert – odebrała gosposia:
– Pan ambasador jest za granicą. Przyjedzie dopiero w lipcu.
Kasia – numer nieaktualny. Telefon pana Jurka, podziemnego drukarza, który był teraz naczelnym jednego z największych dzienników, cały czas zajęty. Ktoś się wyprowadził do innego miasta. Ktoś całkiem zanikł…
Wykręciła jeszcze numer do Adama. Kiedyś podziwiała jego wyczyny. Przewiozła nawet do niemieckiej prasy jego zdjęcie z transparentem „Precz z komuną”. Przykuł się wtedy na wysokości ostatniego piętra do rusztowań oplatających remontowany budynek władz partii komunistycznej. Zdjęcie trafiło na pierwsze strony kilku gazet.
Bez trudu poznała go po głosie. Trochę znudzonym, trochę zmęczonym. Jak zawsze, z nutką ironii w tle. Nie było w nim oznak zaskoczenia, jakby widzieli się wczoraj.
– A, Moni… Jeśli chcesz się ze mną spotkać, to odpuść sobie. Naprawdę nie ma o czym gadać.
– Chciałam się tylko zobaczyć…
– Zobaczyć się zawsze można… Tylko po co?
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ale czuła, że Adam wcale jej nie zbywa.
– No tak, po co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Choć nie widziała jego twarzy, niemal zobaczyła jego uśmiech.