20 Paź

Daniel Odija: POŻEGNANIE ZYGMUNTA

Tylko w spokoju można dotknąć skóry życia, pewnie tak by powiedział Zygmunt, gdyby jeszcze żył. Ten jego poetycki słownik nie przystawał do pokarbowanej skóry na twarzy, którą teraz ściągnął pośmiertny zakalec. Jeszcze dwa dni temu na twarzy grały te wszystkie dni na polach i w lasach odczuwanych i wchłanianych przez każdą zmarszczkę, ale zbyt duża dawka samogonu wypita przy świniobiciu, odbezpieczyła tykającą gdzieś w ukryciu bombę, która eksplodowała  i  napędziła krew do mózgu, zalewając świat oczu, ucha i języka apokalipsą ostatniej minuty. Oczy przestały widzieć, uszy słyszeć, język odczuwać smak. Głos ugrzązł w krtani i już wiadomo było, że nie wypowie swojego imienia.
Zygmunt leżał pośrodku pokoju w centralnej części domu wybudowanego przez pradziada na pępku rodzinnej ziemi. Na lekkim wzgórzu osypującym się kamienistymi polami, w cieniu sosnowo-bukowego lasu dom podmurowany, o drewnianych ścianach stał po zachodniej stronie wioski. Nie tylko ludzie tej wioski zeszli się na pogrzeb, ale też z kilku okolicznych wiosek. Wypełniali sobą dom Zygmunta, przechodząc zgodną kolejką przez pokój, w którym leżał jego trup, leżał trup Zygmunta a nie sam Zygmunt, bo trup Zygmunta nie był samym Zygmuntem, do Zygmunta mało podobny, jakiś rozdęty nieżyciowo, ledwo mieszczący się w otwartej trumnie, która stała na czterech krzesłach, a na piątym krześle siedziała żona Zygmunta z podkrążonymi od dwudniowego płaczu oczami…
Zaduch osiadał w ciasnym pokoju na meblach i milczących głowach. Zaduch wydzielany przez zmarłego i spocone ciała, ciała poczerwieniałe i ciężko dyszące w tym letnim ukropie, jeszcze napędzane ruchem, krwawą, mięsistą energią i tą złudną nadzieją, którą żywi się każdy z nas, że nigdy ruch nie obróci się w bezruch. A przecież doświadczenie tych, których już nie ma, bije na odlew w pyski – co narodzone umiera i nic tego nie zmieni, a tym bardziej człowiek, który tak pragnie wieczności, że wymyśla sobie bogów.
Złote, tłuste muchy cięły markotną ciszę i by zagłuszyć jazgot ich skrzydeł chór dwóch starców i jednej staruchy rozpoczął pożegnalne pieśni będące koktajlem języka polskiego z kaszubskim. Śpiewali z drugiego pokoju zgodnym zawodzeniem, a przez otwarte okna zawiewały oddechy drzew i zwierząt, chmur i słońca, ziemi porośniętej zbożami i wody jezior, które opływały okolice wąskimi rynnami. Starsza córka Zygmunta, jasnowłosa Ala, odganiała gazetą muchy, które siadały na twarzy ojca.
Nie dotknąłem go na pożegnanie. Przeszedłem obok, spojrzałem na jego nie jego, uścisnąłem ramiona wyczerpanej, wypłakanej, półprzytomnej żony i wyszedłem na podwórze, ciągnąć za sobą osad żałobnych pieśni i pośmiertnej duchoty. Te same podwórko, które było świadkiem ostatniego upadku Zygmunta, tłoczyło się od żałobników.
W swoim pięćdziesięciokilkuletnim życiu Zygmunt miał kilka upadków, ale za każdym razem podnosił się i szedł dalej. Upadał z kochankami, ale żona wybaczała, upadał z alkoholem, ale na drugi dzień jednak się budził, upadał w grze w pokera, ale nigdy tak nisko, by zastawić dom czy rodzinną ziemię, zresztą szczęśliwie się odgrywał, tak że wychodził na zero. Kim w takim razie był Zygmunt? Mógł być rolnikiem i leśnikiem, drwalem tartacznym, siekiernikiem precyzyjnym, ochotniczym strażakiem i kochankiem, rzeźnikiem, pijakiem, ojcem, mężem niewdzięcznym, wiejskim poetą, wszystkim po trochu i nikim. Bo już tak jest, że człowiek jest wszystkim po trochu i nikim. Wszystkim za życia, nikim po śmierci.
Kusił mnie papieros i prawie o niego poprosiłem dalekiego kuzyna Zygmunta, któremu brakowało dwóch palców u prawej ręki i gdy tą ręką pokazywał, że chce pięć piw, to barmanka stawiała mu niezmiennie trzy, ale nie, nie wziąłem tego papierosa, bo szkoda było mi zasmradzać czystą przestrzeń osuwającą się po wzgórzu do jeziora. I poza dymem papierosowym, lecz z lekkim posmakiem kadzidła, które wysączało się z okna pokoju-kostnicy, wdychałem świadomość, że wątpliwa pamięć żyjących będzie próbowała zachować obraz Zygmunta, obraz jednak coraz mocniej zacierający się w miarę jak ci, którzy go będą pamiętać, zaczną umierać.
I zastanawiałem się z jakimi obrazami skojarzyć Zygmunta, lecz zamiast tego zacząłem układać sobie fikuśne malowanki z człowiekiem obszytym sękatą skórą jak te drzewa, które ciął na deski; albo z precyzyjnym nożownikiem, patroszącym wieprze na części pierwsze; czy z roześmianym pijakiem, którego nie trzeba było donosić na miejsce, przeciwnie to on miał silniejszy błędnik od innych i to on transportował swoich kompanów od picia w bezpieczne kąty; wreszcie zobaczyłem zamaskowany kamień twarzy podczas gry w pokera i palacza skrętów z najtańszego i najsilniejszego tytoniu, który barwił palce na brązowo.
Pożegnania z trupem się kończyły. I tak sobie myślałem ile to już tych pożegnań narosło, a narosło ich więcej niż powitań. Przy porodach byłem tylko dwóch, swojej córki i swojego syna, a na pogrzebach już z trzydziestu i nie zapowiadał się ich rychły koniec, choć przecież majaczył w niedalekiej znowu takiej dali mój własny ceremoniał, z trumną i kwiatami, i z wymuszoną żałością żegnających, którzy tak naprawdę za każdym razem cieszą się, że to nie oni leżą w tej trumnie. I czują ulgę, że wciąż jeszcze mogą rozglądać się dokoła: gdy pada deszcz, wdychać mięsistą świeżość ziemi porośniętej trawą, na którą wypełzają tłuste dżdżownice i błyszczące kruchymi muszlami ślimaki; a gdy świeci słońce, mogą mrużyć oczy na falujące powietrze, w którym nurkują odmienione kształty drzew i pól; a jeśli są w mieście, to przyglądają się rozżarzonym murom kamienic, a jak są w parku to rozpylonej wodzie fontann; a w nocy nie muszą spać i zamiast tego mogą wpatrywać się w pokarbowaną kraterami mapę księżyca i odczytywać z niej odległe plamy suchych mórz i wyobrażać sobie piętnastometrowe skoki na pustyni pozbawionej atmosfery i wiatru; i mogą wdychać zapachy kochanek i kochanków; i cieszyć się radością własnych dzieci, obserwować jak przyglądają się każdemu kolejnemu dniu, który w dzieciństwie mieni się niespodziankami umysłu i zdarzeń; mogą wreszcie z perwersyjną satysfakcją śnić własną śmierć, wciąż jeszcze będąc poza jej zasięgiem, ale przecież wiedzą, że to wszystko nie będzie działo się bez końca.
Synowie Zygmunta zamknęli trumnę, dwaj grabarze zaśrubowali wieko, synowie z grabarzami wynieśli trumnę z domu i załadowali na odkryty karawan. W spiekocie południa rodzina i dwustu żałobników odprowadzali Zygmunta do dołu, który otwarty jak kobieta na mężczyznę, czekał na ciało kilometr dalej. Tam był cmentarz jeszcze do niedawna ocieniony stuletnimi brzozami, ale proboszcz stwierdził, że te brzozy śmiecą liśćmi i kazał je ściąć. Chłopi ścieli, proboszcz kazał naciąć desek na półki i odtąd w plebani nie brakowało półek, a na cmentarzu pniaków, które pasowały do ponurego widoku grobów. Cmentarz już nie chłodził głów odwiedzających, lecz świecił łysą, bezdrzewną czaszką, która w taki dzień jak ten smażyła ludzi na brązowe frytki.
Droga na cmentarz prowadziła między polami. W trawach pożółkłych od palącego oddechu nieba dzwoniły świerszcze, jak tryby przedwczorajszych dni, których sensu już nikt nie uchwyci, skoro bezpowrotnie minęły – zbyt słaba nasza pamięć, wyziewy z mózgu nie ułożą się w idealną mozaikę dnia minionego, by wspomnienie mogło powołać przeszłość do życia tu i teraz, w takim samym kształcie, o tym samych zapachu… W spiekocie słońca prażyły się zboża. Na patelni skwaru pękały nasiona kukurydzy. Spocone głowy wypełniały poczerniałe myśli, dodatkowo odurzane oleistą zawiesiną wydzielaną przez żółtą kaszę rzepaku, rozsypaną po lewej stronie pogrzebowego konduktu. Ptaki milczały, bo napuchły im gardła od rozgrzanego powietrza. Podobnie ludzie – nawet najwięksi plotkarze, nie mieli ochoty na słowa. Wielodniowy upał wyjałowił zapachy, wytrącił z powietrza resztki smaków, o które mogłyby się zaczepić nos i język. Dojrzała cytryna słońca wypaliła wszelkie doznania i nozdrza zalepiał duszący kurz drogi. W milczeniu i pyle wspinaliśmy się na szczyt złotego dnia, gdzie po drugiej stronie rozsnuwała się naturalna i odwieczna zapowiedź wieczoru, z którym miał nadejść błogi chłód. Ale do wieczora było jeszcze daleko…
Proboszcz w krótkich i zwięzłych słowach przypomniał zasługi Zygmunta. Nie rozwodził się, co mógł zrzucić na karb upału, ale wszyscy wiedzieli, że miał na pieńku ze zmarłym. Pogrzeb kończył się stypą w trzeciej wiosce, gdzie duża restauracja była w stanie pomieścić najbliższych Zygmuntowi i tych trochę dalszych. Siedziałem przy stole z małżeństwem, które lata młodości miało dawno za sobą. Ona, Barbara  – plotkara z rodzaju tych, które o innych zawsze mówią źle i wiedziałeś, że wystarczy się odwrócić, by mogła tak samo źle mówić o tobie. On, Jurek – świeży rekonwalescent. Chwalił się zwyciężeniem raka, na którego chorował przez ostatnie dziewięć miesięcy. Żadna chemia! Tylko naturalne środki! Czym zwyciężył nowotwór, który miał być złośliwy, a dzięki sprytnej taktyce okazał się nieszkodliwy? Przygotowaną wodą z cytryną. Filtrował się tym przez te dziewięć miesięcy i jadł jak najmniej, a już na pewno nie tłuste. I choć schudł dwadzieścia kilo, to czuje się jak nowonarodzony. Bo w czym nasza śmierć? Tu Jurek wskazał na talerz ze schabowym z ziemniakami i zasmażaną kapustą, obiadem, który dostał każdy na stypie. W żarciu tkwi nasza śmierć! I ukroił sobie kotleta i z pewną nonszalancją lekceważącą własną teorię odżywiania, zabrał się do jedzenia smażonego i ziemniaków i kapusty, bo teraz Jurek już mógł jeść co chciał skoro poradził sobie z chorobą, która miała go uśmiercić. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że widzę Jurka po raz ostatni. Dwa miesiące później nowotwór ostatecznie zwyciężył i nic już nie mogło Jurkowi zaszkodzić ani pomóc.
Uściskałem żonę Zygmunta i synów zaaferowanych rozsadzaniem gości, i przytuliłem Alę, jedyną córkę Zygmunta, która w smutku bardzo ładnie wyglądała. I po tych krótkich pożegnaniach wróciłem z wioski na wioskę, gdzie stał domek, który od lat rzucał cień i służył mojej rodzinie drewnianymi ścianami. Do miasta w taki upał nie było sensu wracać. Po co wdychać duszny odór brudnych chodników, gdy można chłodzić się w miękkiej wodzie jeziora?
I cieszyłem się, że czuję jak wdycham, bo dzięki temu chłonąłem zapachy, i obróciłem w ustach językiem, odczuwając, że wciąż przypisany mu smak, chrząknąłem, a to znaczyło, że wciąż posiadam głos, którym mogę wypowiedzieć swoje imię, przymknąłem powieki, otworzyłem powieki – oczy wciąż działały, dzięki czemu mogłem dostrzegać kształty, gwałtowna dyskusja ptaków utwierdziła mnie w przekonaniu, że wciąż słyszę, dotknąłem swojego policzka i upewniłem się, że moje ręce dotykają i wciąż są gotowe do czynu a skóra wciąż jeszcze odczuwa dotyk, co znaczyło, że jeszcze nie skamieniała w zimną skorupę trupa, wreszcie odetchnąłem głęboko i zachciało mi się zimnego piwa, skoro tak to mój duch jeszcze dychał i odczuwał żądze, a żądze przecież odczuwają żywi.
Tak sprawdzając samego siebie, wyliczając oznaki życia, siedziałem i czekałem w spokoju na chłód. Ale zamiast wysokich sosen i potężnych świerków, zamiast starej brzozy i pięciu starych buków, które wyglądały jak rozwidlone kości przedpotopowych olbrzymów, zamiast gładkiego spadku porośniętego kolorową łąką, która łagodnie zanurzała się w czystym błękicie jeziora, zamiast bezchmurnego nieba o błękicie zakrywającym niepokojącą przestrzeń kosmosu, słowem, zamiast poczuć radość, że żyję, poczułem trumnę i leżącego w niej Zygmunta. Nie spodobało mi się to. Dlatego sprytnym podstępem umysłu, umysłu, który jeszcze posiadałem, postanowiłem poradzić sobie z trupem Zygmunta i wzorem hinduskich mistrzów Ducha pomyślałem sobie, że głos Zygmunta, który tak dobrze pamiętałem, spłonie w ogniu ogniska i tych wszystkich pożarów, które zawsze tak wiele mają do powiedzenia, że pozostawiają po sobie milczące pogorzelisko, a ostatnie tchnienie Zygmunta zamieni się w wiatr, który będzie owiewał twarze żywych, a oczy Zygmunta odtąd będą widziały z perspektywy słońca i w słońce się zamienią, a myśli Zygmunta zamieszkają na księżycu, a sny jego będą dźwięczeć w przestrzeni, ucho rozpadnie się na wszystkie strony świata i będzie nasłuchiwać wszystkich stron świata, a ciało stoczy się w ziemię, a włosy z tego ciała wrosną w źdźbła traw i staną się ich przedłużeniem, a włosy z głowy zasilą korzenie drzew i będą każdej wiosny odrastały świeżymi liśćmi, a nasienie i krew Zygmunta pogrążą się w wody i będą wówczas krążyły bez końca żyłami świata. I wtedy choć Zygmunt jakiego znałem, skończył się, gdy ktoś zada mi pytanie, gdzie podział się Zygmunt, uśmiechnę się pod nosem, bo gdy go tak rozłożyłem na cały świat, poczułem ulgę i byłem już pewny, że to nie Zygmunt leży w tej trumnie, a tylko jego zużyta atrapa.
Uff, aż poczułem zmęczenie. Lecz czas się rozpędzał, a ja z nim. Postanowiłem jednak zachować spokój, bo tylko w spokoju można dotknąć skóry życia. I w spokoju zobaczyłem, że zbliżał się zmierzch. I obserwowałem to zbliżanie się zmierzchu z werandy – równo oddychający, nasłuchujący, wchłaniający w siebie otoczenie…
A latem na wioskach powietrze o zmierzchu nasiąka kolorem przezroczystej śliwki. Wtedy zaczynają szczekać psy. Szczekają do własnego echa, które odbija się, przenika i wymienia z echem psów szczekających do własnego echa. Psy powtarzają te same słowa i na te same słowa odpowiadają. Aż milkną wyczerpane kłótnią z tym drugim. I mruczą pod nosem zadowolone, że ten drugi też ma dość. Leżą, a przezroczysta śliwka powietrza mętnieje w ich głowach w czerń snu.