19 paź

Jerzy Górzański: Z hukiem czy ze skomleniem?

Wróżbiarzom, astrologom i innym przepowiadaczom przyszłości – tak by się wydawało – już dawno ludzie przestali wierzyć. Jednak nie do końca… Nie mam tu na myśli poetów pościelowych piszących wiersze na powłoczkach (przeczytałem na ten temat w gazecie) czy też liryków wpatrzonych w swoje audiobooki, ewentualnie downloady. Jaką przyszłość da się z ich jaśków i pecetów wyczytać?

Ostatnio karierę marketingową (a jakże!) robi koniec świata. Ten koniec świata od niepamiętnych czasów wieszczony, przywoływany, odganiany, który jakoś nie nadchodzi. Dla jednych byłby wybawieniem, dla innych katastrofą. Wybawieniem, bo nie trzeba by spłacać rat za samochód. Katastrofą, bo właśnie ktoś miał się wprowadzić do wymarzonego apartamentu. Tzw. celebryci (na to hasło ciarki przechodzą mi po plecach) zaprzęgli nawet koniec świata do swoich castingów – jedna z aktorek w wywiadzie telewizyjnym oświadczyła: „Dobrze, że Majowie się spóźnili z tym końcem świata, dzięki temu otrzymałam rolę w serialu Sklepowe”. Czyli w dalszym ciągu koniec świata jest możliwy. Read More

12 paź

Karol Maliszewski: W stronę utopii

Nieraz przytrafia się człowiekowi piszącemu coś w rodzaju metafelietonu. Zaczyna się od pytań niewinnych w stylu „co ja tu robię, czym się zajmuję?”, a kończy na fundamentalnych typu „kim jestem?” Ostatnio zagadywano mnie właśnie w ten sposób. Niewinnie i w miarę konwencjonalnie, aż tu nagłe łup! „Poeta, powieściopisarz, eseista, recenzent, wykładowca, nauczyciel. Kim właściwie jesteś?” I jak na coś takiego odpowiedzieć? Może tak… Read More

05 paź

Andrzej Wajda: Piłat i inni

Andrzej Wajda był gościem specjalnym pokazu swojego filmu Piłat i inni w ramach festiwalu Gorzkie Żale 2010, organizowanego przez Centrum Myśli Jana Pawła II. Film – nakręcony w 1972 roku na podstawie Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa – nie wzbudził w swoim czasie spodziewanego odzewu u publiczności i krytyki, choć oglądany i dzisiaj jeszcze stanowi świadectwo nowatorskiej koncepcji reżyserskiej.

Publikujemy zapis opowieści Andrzeja Wajda o kulisach powstania tego filmu.

Read More

05 paź

Piotr Wojciechowski: Cztery głosy męskie

„Do stołu z ruletką zasiąść trzeba, a kasyna się nie ominie. I choć życie z definicji jest przegrane, a nadzieją, że da się w nim też coś wygrać, iluzoryczna, to jak się ma dwadzieścia lat, można tego nie wiedzieć” oto jedna z aforystycznych mądrości z kart powieści Eustachego Rylskiego Obok Julii. Po lekturze tej książki przyszło mi do głowy, że jej tematem jest polski mężczyzna, jego los, jego mit. A także – mit o nim. A skoro tak, nie wolno mi chyba zaniechać choćby próby konfrontacji bohatera Rylskiego z bohaterami trzech innych książek właśnie przeczytanych lub doczytywanych teraz. Przeczytałem tom wspomnień Jerzego Targowskiego Ankieta ostatniego szwoleżera, biograficzną powieść Marka Sołtysika Roman Maciejewski o wielkim a zapomnianym kompozytorze, mam za sobą cztery piąte potężnego autobiograficznego tomu Stanisława Moskala Niegdysiejsze śniegi, niegdysiejsze mgły wydanego pod pseudonimem Śledź Otrembus Podgrobelski. Kapitalne to dzieło czytamy sobie z żoną głośno, smakujemy, więc niespieszno nam do końca. Read More

05 paź

Karol Maliszewski: Niedźwiedź, literatura i eksmisja

W tym śnie najbardziej irytowało to, że niczego nie rozumiem. Zazwyczaj jest inaczej. Figurant ego, ten niby ja, empatycznie akceptuje zastany porządek wydarzeń (czuje się jak ryba w wodzie?) i jest przezeń akceptowany. Rzadko zdarzają się sny, w których proporcje i relacje odwracają się tak diametralnie, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Ty nie rozumiesz sytuacji i sytuacja nie rozumie ciebie.

W śmiertelnej ciszy, w gęstej mgle posuwaliśmy się ścieżką w głębokim śniegu. Uparłem się, żeby przystanki robić w miejscach pokrytych krwią. Syn nie protestował. Krew nas nie interesowała ani też szczątki rozerwanego zwierzęcia. Chodziło o to, że w tych miejscach zdeptany śnieg umożliwiał chwilę wytchnienia. Można było przykucnąć. Wyjąć z plecaka termos i wlać w zamarznięte usta parę kropel herbaty z nalewką. Kiedy po lewej zamajaczyło w zaroślach kilka czarnych skałek, droga zaczęła się wznosić. I było coraz gorzej, coraz bardziej stromo. W pewnym momencie zabrakło mi tchu i zacząłem się zastanawiać, czy nie zawrócić. – To pójdę sam – oświadczył syn. Na to nie mogłem pozwolić. Teraz on przecierał szlak, ja posuwałem się za nim krok w krok. Mgła zgęstniała. I to chyba było przyczyną zgubienia szlaku. Już nie wypatrywaliśmy niebieskiego koloru na zaśnieżonych pniach świerków i buków. Nie było żadnych pni. Góra (albo coś w jej imieniu) potężniała, narastała, szumiała. Tak jakby dosłownie stawała się Wielką Sową. Toczyła się jakaś walka z naszym udziałem, coś się miało wypełnić. – Po co mnie prowadzisz na szczyt? Te słowa nie padły, ale intencja wisiała w powietrzu. Dużo działo się poza nami, ktoś nas wpisywał w swoją opowieść. Niczego nie rozumiałem. Nie układało się po mojej myśli, nie zgadzało się z moim wyczuciem narracji. Chciałem wyjść z tej książki. Read More

28 wrz

Piotr Wojdat: W gęstej dżungli groove’u, czyli subiektywny przewodnik po twórczości Jamesa Browna

1.

Rozpocznijmy od spojrzenia na równoległe drogi, którymi w ostatnim pięćdziesięcioleciu podążają czasem sztuki plastyczne i muzyka.

Abstrakcyjny ekspresjonizm Willema de Kooninga czy Jackosona Pollocka z powodzeniem zestawić możemy z kompozycjami Johna Cage’a lub Mortona Feldmana z lat 50. Malarstwo i muzykę łączy wówczas podobna filozofia procesu twórczego: opartego na spontaniczności, przypadkowości, dominacji nieprzewidywalnego rozwoju wypadków. Pollock i Cage skłonni byli poddać akt twórczy władzy koincydencji – szkicując tylko ogólne ramy procesów generujących działania, pozostawiali ich ostateczny rezultat domenie przypadku (w wypadku muzyki dominował on zarówno na etapie kompozycji, jak też na etapie wykonania): kiedy Cage rzuca kośćmi (Music of Changes, 1951) lub tasuje karty (Theatre Piece, 1960), wykonuje de facto ten sam gest, co Pollock, który obchodzi dookoła ułożone na podłodze płótno, chlapiąc na oślep pędzlem – scena, jaką znamy ze znakomitych fotografii Hansa Namutha, który uchwycił ten, jak to później określono, „rytualny taniec” Pollocka. Jednocześnie obaj, tak Pollcok, jak Cage, pozostawiają w dziele swój wyraźny ślad – każda postać ekspresjonizmu czy artystycznego eksperymentu musi wszak zachować silne piętno twórczej indywidualności.

Odpowiedzią na praktyki de Kooninga czy Pollocka są prace Barnetta Newmana i Ada Reinhardta – zaawansowane uproszczenie kompozycji oraz maksymalna redukcja ekspresji wiążą się w nich z odsunięciem w cień podmiotowości twórcy: prace wydają się anonimowe, odpersonalizowane. Także Frank Stella i Kenneth Noland przeciwstawiają nieokiełznanemu indywidualizmowi abstrakcyjnego ekspresjonizmu zdyscyplinowaną, stabilną, przewidywalną, a przy tym prostą i niezwykle bezpośrednio przemawiającą do odbiorcy konstrukcję stworzoną z podstawowych figur geometrycznych o nasyconych, jednoznacznych kolorach. Dodajmy jeszcze do tego niezwykłą wręcz precyzję wykonania i – potęgujący wrażenie impersonalizmu i odrzucenia indywidualnej ekspresji – automatyzm w wielokrotnym, momentami wręcz obsesyjnym, powtarzaniu tych samych motywów kompozycyjnych, jak w kolejnych pracach Stelli: Gran Cairo (1962), Hyena Stomp (1962) oraz Color Maze (1966); czy Nolanda: Beginning (1958), Inside (1958), And Half (1959). Read More

28 wrz

Mirosław Bańko: Misie i cisie

Coraz więcej osób mówi: „Mi się to nie podoba”, „Mi się wydaje, że…” i podobnie. Ilekroć to słyszę, mam ochotę szyderczo zapytać: „Ci się to nie podoba?”. Ale zachodzi obawa, że wkrótce szyderstwo okaże się nieskuteczne, a „misie” znajdą się w normie nie tylko zwyczajowej.

W celowniku mamy do wyboru dwie formy: nieakcentowane „mi” i akcentowane „mnie”, stąd „To mi się podoba” (z akcentem na „to”), ale „Mnie się to podoba”. Tak było dotąd i tak – chciałoby się powiedzieć – nadal powinno być. Na świecie jednak chyba nic nie jest wieczne, a język przechodzi do wieczności dopiero wtedy, gdy wymrą jego użytkownicy.

Z punktu widzenia ekonomii języka „misie” są wręcz godne pochwały. Celownikowe „mnie” jest bowiem mało wyraziste, obsługuje też dopełniacz, biernik i miejscownik. Usuwając tę formę z celownika na rzecz wyrazistego, bo swoistego dla tego przypadka „mi”, upraszczamy więc polski system zaimkowy (nie pierwszy raz w jego historii), a niewiele tracimy: akcent i tak słychać, a nawet przeważnie widać, nie trzeba go więc wspomagać przez użycie specjalnej formy. Nie jest jasne, czy to uproszczenie wzmocni słabą pozycję celownika w polszczyźnie (raczej nie) i czy przez analogię akcentowane „tobie” zostanie wyeliminowane na rzecz nieakcentowanego obecnie „ci” (obawiam się, że tak). Zamiast jednak wróżyć przyszłość „misiom” i „cisiom”, wolę potraktować je jako punkt wyjścia do pytania o wiek emerytalny. Read More