09 Lis

Wojciech Kaliszewski: Idą słowa

Poeta musi mieć odwagę patrzenia w ciemność, która pochłania słowa, języki i ludzi. Poeta musi w tę ciemność wejść, pokonać ją i odzyskać każdą utraconą sylabę, musi odzyskać każdy znak przywracający nadzieję i promieniujący wizją przyszłości. Wzrok poety musi ogarniać wszystkie góry i doliny, ma dostrzegać źródła i ujścia rzek, musi wznieść się ponad

niebiosa i jeziora i bulgotanie wody
co się pieni w górze i zewsząd naciera
jak w opowieściach które wymyślił już ktoś
z poranionymi
nogami. Read More

08 Lis

Aleksandra Słowik: Planowanie przestrzenne

Ostatnio
każdy
wiersz

zaczynam
wąską uliczką,

wprowadzeniem do centrum. Płot, kawałek muru,
pola zmieniają się w beton, żwir, kostkę brukową.
Pierwsze metafory grubokościste, twarde, żmudne
jak praca w fabryce.

Ktoś otwiera okno. Fajrant, świeże powietrze,
nowe zjawisko i sens. Ptak, którego znęciło
pawie oko benzyny. Nie ma wody, więc płacze,
uzupełnia treść.

Ptasie łzy to myślniki. Głupio jest nie myśleć
w takiej sytuacji. Między ludźmi te sprawy
załatwiane są prościej. Dwadzieścia groszy kosztuje
paczka chusteczek do nosa.

Skrzyżowanie, światła, coś błyskotliwego.

Domy zjawiają się znikąd. Bez słowa zapowiedzi.
Są albo ich nie ma. Czasem są.

08 Lis

Borislav Pekić: Wścieklizna (fragment)

Na galerii sąsiedniego budynku, w restauracji na drugim piętrze Terminalu 2, były Poluks, a jak zostało udowodnione – David Leverquin, szerokiej publiczności znany jako pisarz Patrick Cornell, z goryczą starał się nie słyszeć żywiołowego walca wykonywanego z pasją, choć trochę za głośno, przez orkiestrę kameralną lotniska Heathrow. Walc został skomponowany przez Straussa, a nosił tytuł Wiedeńska krew. Orkiestra była tak naprawdę eksperymentem Biura Public Relations i jego zaradnego dyrektora Mr Paula Becakera we wszechobecnej bitwie o dusze klientów, natomiast wysiłek Leverquina był próbą myślenia o przyszłej powieści rozgrywającej się na lotnisku, a nie o zjadliwych uwagach Louise Sorensen, która siedziała naprzeciwko niego.
– Cała ta sprawa była cholernym błędem – powiedział.
– Nie musisz tego mówić. Widać to na twojej twarzy. Mam tylko nadzieję, że od teraz będziesz tak zwaną rzeczywistość poznawał tak jak wszyscy normalni pisarze, przez telefon.
Daniel Leverquin w rzeczywistości nie czuł się aż tak źle, jak wskazywałyby na to siniaki na ciele i twarzy. W oczekiwaniu na zamówione jedzenie, wypijając drugie whisky, z entuzjazmem myśliwego, który wpadł na trop zwierzyny, postukiwał po poszarpanym ze wszystkich stron „brewiarzu” i był – szczęśliwy. Pomimo wszystko, był wygrany. Bez nieporozumienia z policją napisałby przeciętną książkę. Ani lepszą, ani gorszą od wcześniejszych – a więc złą. Samo życie zniszczyło mu starą treść, w zamian dając tę właściwą. Read More

06 Lis

Mirosław Bańko: Schody i wchody

Pasażerowie warszawskiego metra, jeśli podróżują nim do pracy lub do szkoły, pokonują rocznie około sześciu kilometrów w pionie, wspinając się po schodach z peronu na ulicę. To tak jakby trzy razy z poziomu bałtyckiej plaży weszli na Kasprowy albo pięćdziesiąt razy na najwyższe piętro Pałacu Kultury. Oczywiście zejść stamtąd też muszą.

Te godne uwagi osiągnięcia warszawiacy zawdzięczają temu, że na większości stacji metra nie ma ruchomych schodów. Owszem, jest winda, jedna na peronie, ale gęsty tłum, który wysiada z pociągu, zachowuje na tyle rozsądku, żeby nie ustawić się w kolejce do niej. Zamiast tego podróżni pędzą do kamiennych schodów, które – choćby się do nich modlić – nie pojadą. Rach, ciach, trzy piętra w górę na własnych nogach to nawet zdrowo. Kto widział inne zwyczaje w innych miastach, także mniejszych od Warszawy, ten się zdziwi. Jadą schody w górę, jadą w dół, gdyby ktoś chciał sobie po schodach pochodzić, to musi po tych jadących, bo zwykłych nie ma. A te ruchome pochylnie po co? Jak ktoś ma tyle fanaberii, żeby podróżować z wózkiem dziecięcym, to niech jedzie tramwajem. Read More

06 Lis

Radomir Andrić: Ruchome lustro

W Konstancji pełnej łabędzi
dwaj aniołowie – w południe
biegną przez ulicę
z wielkim lustrem
z blasku morskiego oraz
ich nieśmiertelnych oczu

Za nimi kolorowy tłum ludzi
uroczyście wykrzykuje w chórze
– Niech żyją aniołowie
– Niech żyje lustro

Tylko
Owidiusz z brązu
w głębi płonącego rynku
milczy łzy lejąc za ojczyzną
do której ani za życia
ani po śmierci wrócić nie mógł

 

Przekład Grzegorz Łatuszyński

04 Lis

Janusz Drzewucki: Mój wybór i tylko mój

(wyznanie krytycznoliterackie)

Jeden z moich przyjaciół zapytał mnie w tych dniach o najważniejsze – według mnie – utwory dla literatury polskiej XXI wieku; jakie książki bym polecił, jakich autorów? Wprawił mnie tym pytaniem w nie lada zakłopotanie, a nawet w popłoch, bo odpowiadając, nie chciałbym nikogo pominąć, każdemu chciałbym oddać sprawiedliwość, a to jest raczej niemożliwe. Uspokoiłem się, gdy mój przyjaciel stwierdził, że nie liczy wcale, że oddam Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek, że sprawię, iż wilk będzie syty i owca cała, liczy natomiast na moją jak najbardziej osobistą i subiektywną refleksję.

Ośmielony tą sugestią, a także faktem, że niebawem minie trzydzieści lat od mojego krytycznoliterackiego debiutu, zacząłem rozmyślać nad odpowiedzią. Read More

04 Lis

Adam Puslojić: Ratunek

Bawię się swoją rozpaczą,
udoskonalam lampę
i czynię ją bardziej ciekawą
moich najczarniejszych nocy

odczytuję wszystkie mury,
które stają na drodze
oddechu, oczu, palców,
moje niewidzialne Sfinksy

na stronach gazet
i w nieczytanych książkach
umiera wielu moich przyjaciół
bez poruczenia, pouczenia, pocieszenia

ale wydaje mi się, iż mnie widzą,
jak schodzę w bezpowrotność lub się
wznoszę na zatapialne wyżyny,
z których machają mi byliny i stada zwierzyny

i ja też, pełen rozpaczy, próbuję się ratować.

 

Przekład Grzegorz Łatuszyński