20 Mar

Wszystkie marionetki Baby Jagi

Dorota Suwalska, Marionetki Baby Jagi, Nasza Księgarnia

Autor w swojej książce zawsze próbuje ofiarować czytelnikowi jakiś dar. Czasem mądrość, którą posiadł, a kiedy indziej tylko intuicję lub niewyrażalne uczucie, z którym niewiele można zrobić – tyle co upchać między fabułę. Chociażby bajkową – jak w nowej książce Doroty Suwalskiej, plastyczki, poetki i nagradzanej autorki kilku książek młodzieżowych.
Najnowsza, niepozorna książeczka ozdobiona ilustracjami autorki, przeznaczona jest do rodzinnego czytania. Nie jest zbyt długa ani skomplikowana stylistycznie, narracja opiera się na zwykłym następstwie czasu, a wszystko zamyka obowiązkowe dobre zakończenie. Read More

20 Mar

Aleksandra Tetera: Jeździec na zezowatym koniu

Jacek Podsiadło, Życie, a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé, Znak

Lekturę niektórych powieści warto rozpocząć od ostatniej strony, a nawet od finalnego zdania: „Za dużo strzelania. Za mało celowania”. Trafiony, zatopiony! Fraza puentująca bezbłędnie określa wszystkie chybione strofy „Życia, a zwłaszcza śmierci Angeliki de Sancé”.
Autorem powieści jest Jacek Podsiadło, poeta. I pewnie dlatego w tej prozie poza poezją… niewiele znajdziemy. Nic nie szkodzi, przecież „Lubimy latać. W porównaniu z lataniem chodzenie twardo po ziemi jest żałośnie smutne i przygnębiające. Read More

20 Mar

Joanna Łopusińska: Czarne perły w czarnym ogrodzie

Małgorzata Szejnert, Czarny ogród, Znak

Oscar Wilde zdradził kiedyś: „Nigdy nie czytam książki, którą mam recenzować. Tak łatwo się zasugerować”. Cieszę się, że w wypadku „Czarnego ogrodu” Małgorzaty Szejnert nie podjęłam tej diabelskiej myśli, dla której pierwowzorem zdaje się być postawa balzakowskiego wydawcy Dauriata, „recenzującego” w ten sposób tom poezji Lucjana Chardona, bohatera „Straconych złudzeń”.
Biorąc do ręki „Czarny ogród”, zastanawiałam się, jaka to książka. Co ciekawego, można pomyśleć, jest w zwykłej kopalni, w historii górniczych rodzin, jakich wiele na śląskiej ziemi? Grubość książki Szejnert raczej kieruje myśli w stronę szuflady z przykurzoną tabliczką: dokument historyczny. Read More

20 Mar

Małgorzata Karolina Piekarska: Każdy ma swoje zaczarowane miasto

Zaczarowane Miasto. Obrazy, słowa, muzyka / Die Verzauberte Stadt. Bilder, worte, musik, opracowali Andrzej Samborski, Julia Pechstein, Sławomir Łosowski według pomysłu Marii Konkol i Katarzyny Krenz, seria poetycka „Mare Poetarum” Biblioteki Miejskiej w Łebie

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek trafiła w moje ręce bardziej europejska, a raczej unijna, a może nawet kosmopolityczna książka. Bardziej unijny jest już chyba tylko sam traktat, nad którym dyskutują politycy. Ta najbardziej uniwersalna, kosmopolityczna publikacja to „Zaczarowane miasto”. Pewnie twórcy nawet nie myśleli, że ktoś tak to odbierze. Ja też, sięgając po nią, nawet o tym nie myślałam. Nie myślałam ani o Unii, ani o Zjednoczonej Europie, ani o świecie. Myślałam, że poczytam wiersze, obejrzę obrazki i włączę płytę i pewnie w jakiś świat się przeniosę, ale nie przypuszczałam, że w tak szeroki. Cóż więc się nagle stało, że tak piszę? Read More

20 Mar

Marek Ławrynowicz: W podróży

Paweł Huelle, Opowieści chłodnego morza, Znak

Szczęśliwi, którzy urodzili się na brzegach ciepłych mórz. To tam rozkwitały cywilizacje, wznosiły się ku niebu strzeliste kolumny, stamtąd wypływali Argonauci, tam powracał Odys. Nad ciepłymi morzami malarstwo było pełne słońca, a śpiew – radości. Tam powstał mit śródziemnomorski, który wciąż najsilniej łączy europejskich artystów.
Nasze morze jest chłodne i mieszkają nad nim barbarzyńcy – tak by zapewne powiedział Herbert. Język i obyczaje są tu surowe, historia pełna okrucieństwa, filozofia – pesymizmu. To kraina Ibsena, Strindberga, Kierkegaarda, Bergmana, mrocznych baśni Andersena. Także Pawła Huelle. Read More

20 Mar

Magdalena Wojak: Po drugiej stronie kliszy

Leszek Szaruga, Zdjęcie, Wydawnictwo Forma

Najpierw trzeba sobie oczy przemyć ciemnością aby widzieć to wszystko. To jasne.
Tomasz Mann, „Czarodziejska góra”

Fotografia to, jak pisała przed laty Susan Sontag, cieniutka warstwa przestrzeni i czasu, a wykonujący ją aparat stanowi idealne narzędzie świadomości. To wiele warstw i wiele strumieni czasu – zdaje się dopowiadać Leszek Szaruga przekonany, że to właśnie zdjęcie, nie aparat, wprowadza w mroczne sfery świadomości. U Szarugi zdjęcie powraca do swojego etymologicznego źródła: oznacza redukcję i nagość, zdejmowanie masek, odzieranie z fałszu i iluzji. Odsłonięcie i „gotowość przyjęcia tego, co jest rdzeniem egzystencji – bólu istnienia, bólu świata”. Read More

20 Mar

Anita Jarzyna: Ze śmiercią na kolanach

Wojciech Kass, Wiry i sny, Biblioteka „Toposu”, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu

„Czasem wiersz jest łagodnym / budzeniem do snu” – powiada Wojciech Kass. W „Wirach i snach”, jego najnowszym tomiku, niekiedy budzi się chłopiec, który przypomina sobie imiona dawnych znajomych ze szkoły (w sąsiadujących utworach: „Na słoninie wiszą sikorki”, „Czyjś oddech” i „Z dziennika”). W „Brązach” – ten chłopiec z „wczoraj” coraz rzadziej śni, że ucieka przed wielką falą, teraz, coraz częściej,

kiedy otwiera oczy
śni leśną aleję
z suchych liści
na której jest oddalony,
przygarbiony, siwy
z rękami w kieszeniach.

W „Miejscu zabaw” ten sam ktoś, już nie-chłopiec, mówi, że boi się przebudzić jeszcze niebezpieczniej, po stronie śmierci.
A śmierć w wierszach Kassa jest jak mały chłopiec z „dzisiaj”, synek, który w „Altanie”, nic sobie z tego nie robiąc, wbiegał w dorosłą rozmowę o „zmierzchu bogów”, czyli sprawach ostatecznych i „co rusz porywał kawał ciasta i wybiegał na trawę / a za nim wyżeł na czterech, skocznych łapach”; to trochę chuligan wdrapujący się na kolana, wymuszający czułość:

Piszę o śmierci
przeciw śmierci
Czasem zasypia mi
na kolanach

Synek, nie-synek, śmierć w „Kołysance Wojciecha Kassa” nie okrada jednak z życia; symetryczna do tej jest równie krótka „Kołysanka Andrzeja Sosnowskiego”. Brzmi w niej zupełnie inny smutek i dotkliwa daremność samej kołysanki (po prostu poezji?), przypisanej zakładnikowi śmierci: „Piszę o śmierci / dla śmierci / śnię muzykę kości / lodu w szklance / a wolałbym rzepak, ugier”. Powiedziałabym, że w niewielkiej przestrzeni między tymi utworami autor stopniuje przemijanie, jak w poprzednim tomiku – „Gwieździe głóg” – stopniował poziomkę i świt, a w „Wirach i snach” jeszcze w trzech innych utworach: zawias, osobę i lód.
Mówi Kass o nieżyjących przyjaciołach i że za chwilę będzie umierać stara suczka Bryza, opisana w liryku o tytule jak modlitwa do psiego Boga – „Który warczy”; mówi w króciutkiej „Pieczęci ignorancji”, która jest tym, o czym opowiada, że wiersze również umierają lub nawet rodzą się kalekie:

Wiersz ten był za słaby, aby przeżyć
abym chciał go zapisać
przeczytać na głos, wiele razy przeczytać
i wykreślić słowa nieme, głuche
podpórki na fasole jak mawiam do bliskich mi dusz.

Życie mieści się w spacerach z synkiem, w bliskości zwierząt i krajobrazów – z nich wyrasta ten tom poety-kustosza Muzeum Gałczyńskiego, położonego w bardzo zielonym, malowniczym Praniu. Życie, najintensywniej doświadczane, mieści się także w chwili poczęcia wiersza (z „Prószącego światła kamienia”), również tego później wykreślanego i w przedziwnie krótkich w tym tomie zetknięciach z istotami żeńskimi – i kotkami, i suczkami, i kobietami – które zawsze są nieprzeniknione, obecne zaledwie dyskretnie (jak obserwowana z daleka pasażerka autokaru w przedostatnim utworze tomu „Pomachaj chusteczką tej, której nie widzisz”).
Może dlatego w całej książce pojawiają się tylko dwa erotyki, ustępują miejsca wierszom-zapisom snów i tym o przygodach synka (dominujące „my” tomiku należy do ojca i syna); pierwszy, od razu reminiscencyjny, o tęsknocie za „centrum łóżka” (tak zatytułowany), wszystko, co w nim erotyczne objęte zostało jednak elipsą:

Myślę o tym widoku za oknem,
w który wpadam wprost z przebudzenia,
o podwórzu, głogach, dębach…
Dlaczego widać coraz mniej?

Bo otwieram oczy oddalony,
bliżej skraju niż środka łóżka.
Kiedy obejmowałem moją ukochaną
widziałem więcej, także wschód słońca.

„Pocałuj w usta światło” erotykiem jest właściwie tylko na początku, dalej przechodzi w liryczną opowieść o poetyckim dojrzewaniu, opowieść wciąż zwróconą do miłosnego „ty”: „kąpię się (…) w twoim lutowym świetle (…) // To ono prowadzi mnie / od samego początku / i prószy w tobie naszych synach, snach”, ale najpierw otwarcie z randką, która zaskakuje tym, jak odświeża znaną miłosną topografię:

Idźmy na randkę, żono…
Dziś tylko sprawy małe,
tak małe jak grosz, guzik
papierowa serwetka, którą obracasz w palcach
jakby to był gryps od zdobywcy
nowej ziemi.

Tak małe jak twoje znamię
to po robaczku, na południowy zachód od pępka.

Wiersze Kassa w ogóle często zbudowane są z takich wtrąceń („Posłuchaj marzeń mojego synka: chce mieć ogródek, sadzić / kapustę i marchewkę, hodować szmaragdowe motyle i króliki, / które wypuści w las” w „Tak się schowałeś, że nie potrafisz siebie znaleźć”) i kompozycyjnych złamań, jedno z nich, w wierszu „Piłka i motyl” jest miejscem odkryć i przewartościowań:

Kopiemy z synem piłkę,
górne podania wychodzą mu koślawo.
Do czasu, bo nie tylko w grze czeka go rutyna.

Jechaliśmy na rowerze, a on pyta
– Dlaczego motyle wlatują w szprychy?
Ale to on wplątuje się im w skrzydła.

Te synkowe epifanie, najważniejsze w tomie, chętnie nazwałabym zwiastowaniem odwróconym, syna ojcu, narodzonego o śmierci.
Do najciekawszych cech poetyki Kassa należą tytuły wierszy. Nierzadko wynajduje je tak, że długo są tylko sobą, piękne frazy emancypują się z utworów, raczej nie powtarzają w nich. „Modlitwa o łagodność rosiczki” (podobnie „Wiry i sny”) właśnie w ten sposób pozostaje na zewnątrz, choć jest już w niej zapisana beznadzieja niespełnienia skumulowana we fragmencie przedostatniej strofy długiego, dygresyjnego wiersza:

Ile bym dał za jedną wisienkę powiada wielorybnik w fabule
Mellvilego, po czym umiera z metaforą w ustach, która  
z rubinowym bąbelkiem śliny przenosi się na zewnątrz śmierci
i wędruje przez miasta, ludzi, krajobrazy.

Kass – powtarzam – pisze z metaforą na kolanach. Syn, sen, śmierć. Tym razem bez stopniowania.