15 Cze

Zofia Beszczyńska: Gdzie indziej

„She thought, now I am watching myself as you do in a safe dream, but then, when I saw it, it was one of those appealing dreams, when you are inside, where you cannot get out. Except that it wasn’t a dream”.
A.S. Byatt

Tego lata dużo piłam. Zaczynałam od koniaku wlewanego do porannej kawy, żeby nabrać chęci do wstania z łóżka. Potem, przed obiadem – gdy jeszcze zmuszałam się do gotowania – wódka z sokiem pomarańczowym w charakterze aperitifu, po południu campari z resztką soku pomarańczowego, a wieczory spędzałam w barach.
Z początku czułam się nieswojo, nie był to tryb życia, do którego byłam przyzwyczajona. Nie wiedziałam, w co się ubrać, jak się zachowywać. Ale bardzo szybko przestałam o tym myśleć, w ogóle przestało to mieć dla mnie znaczenie. Wyciągałam z szafy kolejne jak popadło spódnice, za ciasne topy i wyciągnięte sweterki, w końcu spodnie, których z niewiadomego powodu nie wyniosłam na śmietnik, a które teraz wciskałam na siebie z mściwą satysfakcją. Stosy nagromadzonych przez lata ciuchów wreszcie się przydały, szybko zapomniałam o praniu. Spałam do południa albo dłużej, potem krótko oblewałam się prysznicem, rozczesywałam włosy i wrzucałam na siebie co było pod ręką – na podłodze, krześle, w kącie szafy – i głośno stukając obcasami, zbiegałam po schodach: byle prędzej, byle dalej.
Wcześniej bardzo długo byłam niewidzialna. Ani mnie to grzało, ani ziębiło, prawdę mówiąc nie znałam innego stanu. Ale przed tym latem wszystko się nagle zmieniło. Z dnia na dzień mężczyźni zaczęli mnie dostrzegać, podchodzić, zagadywać… z dnia na dzień okazało się, że mają oczy, ręce, usta. Najpierw mnie to dziwiło, potem zaczęło bawić, w końcu i na to przestałam zwracać uwagę. Mężczyźni, chociaż ciągle widoczni, stali się zwyczajną częścią krajobrazu; częścią nocy. Ich obecność –  sposób poruszania się, zapach, tembr głosu – nie wywoływała już bolesnego skurczu w dołku, nagłego niepohamowanego płaczu. Tylko niektóre wspomnienia długo nie chciały mnie opuścić, jak tamtego nieznajomego w kawiarni; na widok jego odsłoniętych, gęsto owłosionych ramion zrobiło mi się tak gorąco, że musiałam wyjść i usiąść na chodniku, opierając się plecami o mur. Szczęśliwie nikt wtedy nie wyszedł za mną („dobrze się pani czuje?”); faktycznie było to bardzo dawno temu.
Nigdy nie lubiłam piwa. I teraz przy barze na ogół zamawiałam martini z lodem i kilkoma plasterkami cytryny, żeby miło zacząć wieczór, a naprawdę mieć więcej do picia, chociaż od samego początku wiedziałam, że to kompletna bzdura, oszukiwanie samej siebie; potem było sherry i coś tam jeszcze, co mogło udawać koktajle (jakieś „białe damy”, „orgazmy z bąbelkamy” – tak właśnie! – albo „wycie do księżyca”, było mi to najzupełniej obojętne, może tylko oprócz „pani już dziękujemy”; ale czy do tego kiedykolwiek doszło? też nie pamiętam), aż wreszcie się zatrzymałam przy cudownie złocistej, pachnącej piekłem whisky i był to przystanek na dłużej, nawet nie wiedziałam, jak bardzo.
Z początku w ogóle nie zwracałam uwagi, czy patrzą na mnie mężczyźni, ale gdy powoli – i coraz częściej – zaczęli się do mnie dosiadać, czułam i ulgę, i odprężenie. No, nie byłam sama, i świat znów zaczynał przybierać znaną mi mniej więcej formę, normalnie dzieląc się na kształty i cienie (wyraźnie, w przedziwny sposób, od siebie oddzielone), kolor ciemny i jasny, formę obłą i sztywną, mężczyzn i kobiety; sen i jawę.
Miałam już wtedy, pamiętam, koła wokół oczu tak czarne, że idiotyzmem było myśleć o makijażu, twarz białą niczym artysta nō, ale włosy, ciągle błyszczące, długie do pasa; i może na te włosy w końcu lecieli.
Bo co innego? Jestem realistką, nie mam złudzeń.
Cienista, lekko niedogolona twarz, przyjemnie ustawiony głos: takie było moje pierwsze wrażenie. Miłe dłonie o kwadratowych paznokciach, niestety trochę brudnych, ale co tam: w końcu kupił mi prawdziwy jerez. Szybko go rzuciłam, bo nie podobały mi się jego pocałunki, lepkie i wilgotne – gdy ja byłam jeszcze sucha i twarda. Jak miał biedaczek na imię? Coś w stylu tego świętego przebitego milionem noży… Blondasek. Czasem tylko myślę o jego zębach, drapieżnie białych i spiczastych, ale i ich nie jestem pewna. To niby sen, który się pamięta, a potem nie, chyba że zechce wrócić. Ale ten nie wrócił: na ogół, jak każdy samiec, usiłując schować zapuchnięte oczy i obłożony język, odwraca się tyłem. Oto ja, mówią jego plecy, pan i władca stworzenia! A ty, kobieto, masz mnie szanować!
No to won, i tyle.
Dobry wieczór – tak na ogół zaczynali. – Potrzebujesz towarzystwa… – To  nie było pytanie. Grzecznie! A ja wtedy, nie powiem, mrużyłam swoje kocie oczy. Ile typ może mieć lat: tak z ciekawości? a ile w portfelu? co jego usta, ręce, obiecują o łóżku? czy bardzo drżą mu policzki, kolana, jak mocno pożądanie ściska mu jądra? Odwracałam się i patrzyłam w lustro, szybę, ścianę; tam, w odbiciach, widziałam wszystko.
Ale rzadko trafiał się ktoś, kto by mi się naprawdę podobał. Bo z czasem nawet zaczęłam zwracać na to uwagę. Skoro już marnować wieczór – wieczór, noc, jedno po drugim – to z kimś przynajmniej trochę podobnym do człowieka. Ktoś znienacka przesunął mi dłonią po włosach, ostre paznokcie rozszczepiły końcówki. Coś takiego? – zastanawiałam się miętosząc w ręku szklankę. Odwróciłam się wolniej, niż chciałam, i zdążyłam tylko dostrzec błysk jego zębów. Poszedł sobie! – powtarzałam w kółko, mozolnie starając się zdziwić, ale za bardzo już byłam pijana. Nie pamiętam, jak znalazłam się w domu; nie pamiętam, czy i z kim wtedy spałam.
Zmieniłam bar. W sumie dość często je wtedy zmieniałam, nie chciałam spotykać ciągle tych samych facetów, miałam dość tych samych ścian, drinków, twarzy i spojrzeń; nudy jednego miejsca. Krążyłam po nieznanych, wciąż na nowo otwierających się przede mną uliczkach i zaułkach, aż przestałam zwracać uwagę na intrygujące nazwy, przyciągające wzrok okna, zapach i dym bijące z wewnątrz: jak ćma ciągnęłam już tylko do światła, ludzkich głosów, ciepła. Najpierw, z początku, rejestrowałam – jeden z symptomów utraty niewidzialności? – cichnący gwar, tłum głów obracających się w moją stronę… i siebie samą, ze ściśniętym brzuchem, ale brodą mężnie uniesioną ku sufitowi, jak parłam w ten dym, zapach, brzęczenie, aż wreszcie wszystko stawało się zwyczajne. Barman dyskretnie opuszczał wybałuszone przed chwilą oczy, popychał ku mnie szklankę z opalizującym płynem i natychmiast świat odpływał, wszystkie te kolory, dźwięki, opary i spojrzenia. Bar Winograd. I inny: Wąwóz. Kamień Probierczy; Góra Sabat; Rzeka Podzielna… tyle pamiętam. I wciąż, mimo że tak staram przebić się przez te wspomnienia, nie mogę dotrzeć do rzeczywistości. To niby sen; sen, który może być prawdą równie dobrze co iluzją: skąd możemy to wiedzieć, kiedy sam nasz mózg tego nie rozróżnia?
Ciągle jednak uparcie unikałam spojrzeń ludzi, wolałam lustra; dopiero w lustrach (czy nawet szybach, czy ścianach) są naprawdę bezbronni, a ja naprawdę mogę ich obserwować. I widziałam rzeczy niezwykłe. Rozłożyste rogi wyrastające z czoła bladego, spoconego mężczyzny z dwiema obrączkami na jednym palcu. Smukłą dziewczynę od stóp do głowy pokrytą rybią łuską; łuski błyszczały nawet w jej ustach zamiast zębów, ale nikt prócz mnie tego nie zauważał: nikt prócz mnie nie patrzył w lustro. Alkohol w mojej szklance odbijał i powielał obrazy, widziałam w nim jeszcze skrzydła, niebieskie twarze, wyfruwające spomiędzy warg słowa-liście, zamiast ust oczy. Zamykałam swoje, starając się nie dotknąć policzkiem blatu, nie chciałam, by wieczór kończył się szybciej, niż byłam w stanie go znieść.
Zakradł się do mnie mężczyzna całkowicie porośnięty futrem, w zielonym gąszczu błyszczały tylko rubinowe źrenice: klejnoty, pomyślałam.
– Hej, laleczkooo… – zaśpiewał. Głosem wysokim, przyjemnym, przypominającym muzykę pewnych gatunków cykad. Paznokci nie miał w ogóle, za to język wirował w zawrotnym tańcu wokół jego głowy jak szalony wąż. Ciekawe, jakiego koloru ma penisa – zdążyłam pomyśleć ostatkiem wolnej woli, zanim bez reszty dałam się unieść zamętowi.
Rankiem moje własne paznokcie miały zmieniony kolor. Dobrze, że nie straciły się zupełnie – zauważyłam przytomnie. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami?
Ja na pewno nie.
Tak czy inaczej, znowu zmieniłam bar. Nazywał się, żeby nie skłamać, Hewen: tak właśnie. Usługiwały w nim anielice z oczami jeszcze bardziej (co za ulga!) podkrążonymi niż moje, za to gołe do pasa lub nawet niżej. Większość miała piersi, zauważyłam to ze złośliwą satysfakcją, nie tylko szczątkowe (a pomyśleć, że nie tak dawno – nie tak dawno? – myślałam o operacji powiększenia mego własnego cudownego biustu!), ale i obwisłe, co jednak barowym facetom nie przeszkadzało w ogóle. Niektóre miały między piersiami krzyżyki, inne nożyki. No cóż: wstałam i wyszłam. Ktoś usłużnie przytrzymał mnie za ramię.
– Do mnie czy do ciebie? – Namiętnie świszczący szept.
Później się miałam dowiedzieć, że i penis miał rozdwojony.
– Nie uciekniesz ode mnie – napłynęło, gdy szłam ulicą.
Odwróciłam się prędzej niż myśl, ale z tyłu mignął jedynie cień. W oknie wystawowym kusiła kolekcja jesienna: człowiek o byczym łbie wystrojony w jedwabną tunikę i szerokie bransolety na ramionach; uśmiechał się do mnie dziwnie, porozumiewawczo.
Uciekłam.
– Nie uciekniesz! – dobiegło mnie znowu.
Wkroczyłam do kolejnego baru; był cały czerwony, nazwy nie pamiętam. Zobaczyłam tam mężczyznę, który kogoś mi przypominał, ale nie mogłam sobie przypomnieć kogo. Chciałam się do niego dosiąść, ale nie miałam odwagi. Zresztą nie był sam: rozmawiał z kobietą, która była mną dziesięć lat temu.
Wyszłam z kimś o jednym oku pośrodku czoła i żółwim pancerzu zamiast płaszcza. Pancerz skojarzył mi się z twardością; tym razem też się nie pomyliłam.
Następnego wieczoru przeniosłam się do Galaktyki.
Wszędzie dryfowały gwiazdy, planety, asteroidy, a ja tańczyłam po Mlecznej Drodze, biały pył oblepiał mi stopy; ile czasu musiałam go potem oskrobywać! Lustra też nie pilnowały równowagi, trzymaliśmy się wzajem za ręce. I ja byłam biała, przezroczysta, lekka jak pyłek. Byłam w innym kraju. Gdzie indziej.
Tańczyliśmy trzymając się za ręce, jego oczy błyszczały, błyszczały… Przelękłam się.
– Chcę do domu – szepnęłam.
– Jesteś w domu – zaszemrało w mojej głowie. – Teraz naprawdę wszystko możesz. Wszystko.
Rozejrzałam się – i zmartwiałam.
– Gdzie…? – wykrztusiłam. Nie mogłam sobie nawet przypomnieć, czy jestem pijana, czy jednak – jakkolwiek byłoby to możliwe – trzeźwa.
Wszystko było inne. No, wszystko.
– Wyjdziesz za mnie? – spytał i zaśmiał się tak głośno, że ziemia zadrżała.
Nie odpowiedziałam nic. Nic!
– Kochasz mnie?
– Nie jesteś nim – szepnęłam. Wymówiłam to wreszcie. Bez żadnych łez; wyraźnie i świadomie. – Nie jesteś nim!
Zaśmiał się tak, że zadrżało niebo.
–  Ależ jestem – oznajmił. – Spójrz tylko.
I wtedy, dopiero wtedy, zrozumiałam.
W jednej chwili wróciło do mnie to, co słyszałam kiedyś, bardzo dawno temu: że nie chcemy się na to zgodzić. Tak bardzo nie chcemy się na to zgodzić, że w ogóle nie zdajemy sobie sprawy. Nie możemy uwierzyć.
Sny mówią prawdę. Tamten świat istnieje.
I tylko nasz biedny mózg nie jest w stanie tego pojąć.