20 Lip

Z pięciu minut wielki zamęt. Z wizytą u Krzysztofa Niewrzędy. Rozmawia Dorota Hoffmann

Nie spotkam się z Krzysztofem Niewrzędą gdzieś na mieście, jak to jest w zwyczaju w Berlinie. Nie widzimy się w kafejce, klubie ani też knajpie na rogu – odwiedzam autora w jego domu w dzielnicy Pankow, gdyż po operacji nogi lekarze polecili mu kilkutygodniowy bezruch.
Ze stacji Schönhauser Allee mam zaledwie dwa przystanki metrem. Kiedy „dwójka” nadjeżdża, wsiadam do najbliższego wagonu. Według rozkładu jazdy podróż powinna trwać pięć minut – pamięć podsuwa mi te historyczne pięć minut Niewrzędy, które przyniósł mu rok 2000 wraz z programem Polen 2000. W zbiorze esejów Czas przeprowadzki wspominał ten czas:

Po raz pierwszy do zjednoczonego Berlina przyjechałem w dziesięć lat po obaleniu Muru. Zostałem zaproszony przez Literarisches Colloquium i miałem możliwość zostać w Berlinie przez tydzień. Skorzystałem z tej okazji i codziennie włóczyłem się po ulicach miasta, które coraz bardziej mnie zachwycało. Aż w końcu postanowiłem w nim zamieszkać. (…) to był ten rok dla Polski. Targi książki we Frankfurcie, wywiady, wieczory autorskie i tym podobne imprezy. Polscy pisarze mieli swoje pięć minut.

Czy Second life, Popiół i Zamęt przyszłyby Niewrzędzie do głowy w tej formie na innych niż berlińskich ulicach? Może to miasto pełne światła i cienia, które tak urzekło Niewrzędę, z niebem otwartym na tyle, by oddychać pełną piersią, wyzwoliło w nim ostatecznie niezależnego literata konsekwentnie rosnącego od dzieła do dzieła? Pamiętam dobrze lipiec 2002, z takim właśnie otwartym, nasyconym intensywnym błękitem niebem nad wygrzewającym się w słońcu Berlinem. Na Museumsinsel w gmachu Altes Museum premiera – przyznanie nagród w konkursie literackim Most Berlin, z którego robię korespondencję dla czasopisma „Książki Magazyn Literacki”. Wśród gości para w czerni. Oboje młodzi, pogodni. To Niewrzęda wraz z żoną. Już zadomowili się w Berlinie, szczęśliwi, że lata w Bremie mają za sobą. Choć to właśnie stamtąd, z „krainy deszczowców”, Krzysztof Niewrzęda miał możliwość zaistnieć w świadomości czytelników. Najpierw jako poeta, wydając tomik wierszy W poprzek (1998), a w następnym roku tomik z liryką Poplątanie oraz debiut prozatorski Poszukiwanie całości. Powieścią tą udało mu się zwrócić na siebie sporą uwagę. Tymczasem dojechałam na Pankow i wychodzę z metra na powierzchnię byłej enerdowskiej dzielnicy. Na wprost mnie wyrasta budynek dworca Pankow, pamiętający Jugendstil i czasy pruskiej kolei – ten sam dworzec, który Niewrzęda przeniósł do Czasu przeprowadzki, wędrując po najbliższej okolicy. Idę do pisarza Niewrzędy, krocząc jego własnymi śladami.Znalazłam numer domu, pod którym mieszkają Niewrzędowie i wspinam się po drewnianych schodach niedawno wyremontowanej staroberlińskiej kamienicy. Krzysztof czeka na mnie w otwartych drzwiach, witamy się po przekroczeniu progu, wiadomo, tego się nie zapomina i przechodzimy do obszernej kuchni.
Rekonwalescenent ma się coraz lepiej, sprawnie porusza się po kuchni, robiąc mi kawę, a sobie zieloną herbatę. Wspominamy stare czasy, zaczepiając o nowe, podczas gdy ustawiam go do zdjęć, kolaboracja wyśmienita, soczewka wyłapuje modela z całą naturalnością jego jestestwa. Będzie taki, jaki jest – wiarygodny do końca. Sesję zdjęciową mamy za sobą, zasiadamy więc przy okrągłym kuchennym stole.

Chciałabym usłyszeć twoją ocenę lat spędzonych w Berlinie. Czy otwarł ci on ostatecznie drogę do pisarskiej kariery?
Krzysztof Niewrzęda: Już w Bremie byłem przekonany o tym, że będę dalej pisał, ale Berlin spowodował jak gdyby otwarcie nowych kanałów. Po pierwsze, miasto mnie niesłychanie zainteresowało, co zaowocowało tomem esejów Czas przeprowadzki. Historia powstania tego tomu związana jest z zadziwiającą propozycją, jaką dostałem dwa miesiące po sprowadzeniu się do Berlina: chodziło napisanie eseju o tym mieście do „Przeglądu Politycznego”. Byłem niesamowicie zdziwiony, ponieważ miasta prawie nie znałem, ale okazało się, że o to właśnie chodziło redakcji – o relację kogoś otwartego na to miasto, z zupełnie świeżym spojrzeniem. I ten pierwszy esej był dla mnie impulsem, aby zacząć o tym mieście pisać i uczyć się zarówno jego, jak i jego historii w trakcie pisania.
A potem ta książka uwolniła mnie od tematyki polsko-niemieckiej, emigracyjnej; zacząłem uprawiać zupełnie inny tematycznie rodzaj literatury. Zacząłem się skupiać bardziej na kondycji jednostki. Berlin do tego nakłania: jest miastem na tyle otwartym, że kwestie typu narodowościowego przestają odgrywać jakąś większą rolę, zaczyna się widzieć raczej rolę jednostki w społeczeństwie, jej stosunek do społeczeństwa i na odwrót. I to chyba w dużej mierze mnie zainspirowało.

O co chodzi w tych twoich, niewrzędowskich tytułach – są szalenie konsekwentne: niezależnie od tego, czy to liryka, czy epika, niemal wszystkie oddają stan wewnętrznego niepokoju, napięcia, braku zaufania wobec wszystkiego, co nas otacza, jakiegoś rodzaju protestu. Czy codzienność napawa cię tak wielkim niepokojem?
Ta moja gra z tytułami zaczęła się od pewnego zamysłu, który towarzyszył mi do ostatniej książki poetyckiej, a mianowicie wszystkie moje tomy poezji nazywałem w ten sposób, by mieściło się w nich słowo „pop”. Chodziło tu o pewnego typu przewrotność, o chęć wykorzystania kultury niższej do tworzenia wyższej, co niektórzy czytelnicy odkryli. Ale generalnie rzecz biorąc, te rzeczy, którymi się zajmuję, są nacechowane właśnie chęcią sprawdzenia, pewnego typu dozą nieufności, potrzebą poszukiwania, czy to swojego miejsca, własnej roli w życiu, w społeczeństwie. Z pewnością swoistym tego ukoronowaniem jest Zamęt, moja najnowsza powieść, opisująca sytuację, w której się znajdujemy: zamęt wynikający zarówno z docierających do nas przekazów, jak i naszych stanów emocjonalnych. Jednakże, ogólnie mówiąc, nie uważam się za pisarza, który uprawia czarnowidztwo albo jakoś apokaliptycznie podchodzi do rzeczywistości.

A skąd się bierze twój literacki dualizm? Raz widzimy cię w skórze poety, innym razem prozaika. Czy to wewnętrzna potrzeba czy brak zdecydowania?
Myślę, że to są formy uzupełniające się…

Co najlepiej pokazałeś w Second life.
No tak. To było coś na pograniczu prozy i poezji, wyszła z tego powieść poetycka. Nie trzymam się kurczowo tej zależności. Zachodzi taka sytuacja, że kiedy czuję potrzebę, to piszę wiersze, a te składają się w którymś momencie na książkę. Dokonuję wyboru, selekcji, staram się to ułożyć tak, by wynikała z tego konkretna całość. To jest być może nawet przypadek, że na przemian wydawałem prozę, poezję. Nigdy nie miałem takiego planu. Wiersze piszę na bieżąco. W momencie, kiedy pisałem powieść poetycką było to tak absorbujące, że faktycznie w tym czasie nie pisałem wierszy. Ale generalnie nawet teraz, kiedy mam zamiar pracować nad powieścią, to i tak napisałem kilkanaście nowych wierszy, bo taką potrzebę odczuwam. Wyrażenia czegoś w sposób bardziej ekspresyjny, bardziej symboliczny, dający szybsze spełnienie, satysfakcję, przychodzące o wiele szybciej, niż w przypadku pisania prozy. Oczywiście też pociąga mnie w poezji to, że można sobie pozwolić na niejednoznaczność. Proza tego nie umożliwia w takim stopniu, wręcz przeciwnie: wymaga lepszego komunikowania się z czytelnikiem, w związku z czym trzeba być wtedy bardziej zrozumiałym. W poezji można być za to subiektywnym, pokazywać impresyjnie rzeczywistość z własnego punktu widzenia.

Wciąż zaskakujesz w swoich powieściach świeżością, aktualnością języka. Mam tu na myśli przede wszystkim slang, język subkultur młodzieżowych. Sami rodzice mieszkający z nastolatkami pod jednym dachem mają problemy ze zrozumieniem tego kodu, stworzonego w końcu po to, by dzielić pokolenia. Skąd u ciebie ta chłonność i jak studiujesz ten język?
Po raz pierwszy poczułem siłę tego języka, pisząc Wariant do sprawdzenia, w którym jeden z rozdziałów napisałem młodzieżowym slangiem, ale tym lat 90. To było dosyć naturalne, bo w rozdziale opisywane są przygody i zdarzenia z życia młodych ludzi, w tym głównego bohatera, którego dorastanie opisywałem. Wtedy zdałem sobie sprawę z niesamowitej ekspresji tego języka, z siły przekazu, błyskotliwości, jaka jest w nim zawarta, z inteligencji neologizmów. Potem nie nawiązywałem do tego aż do chwili pisania Zamętu, kiedy doszedłem do wniosku, że warto do niego wrócić w wersji współczesnej, bo to już język kolejnej generacji.
A wszystko zaczęło się od słuchania muzyki hip-hopowej i rapu w latach 90, a potem to pielęgnowanie dostępu do najnowszej polszczyzny działo się samo przez oglądanie filmów polskich, udział w dyskusjach na facebooku i śledzeniu tamże tego języka. Niewątpliwie odgrywa tu rolę jakiś rys osobisty, bo mam dosyć dobry słuch językowy.  Wiąże się to prawdopodobnie z tym, że miałem poważne nadzieje związane z muzyką, do dziś gram na perkusji, traktując to teraz jako hobby. Stąd zapewne moje predyspozycje do wsłuchiwania się w język, zapamiętywania i wykorzystywania go później jako narzędzia przy pisaniu powieści. Ale wszystko to nie miałoby jakiegoś większego znaczenia, gdyby nie fakt, że tego rodzaju treści, jakie poruszam w Zamęcie, wymagają pewnego kontrapunktu, lekkości, osłabienia czy wprowadzenia humoru, a ten język sam w sobie jest humorystyczny. Jego błyskotliwość w dużej mierze opiera się na jego przewrotnym charakterze, na dystansie do samego siebie. Właśnie dlatego, że dystans ten jest dobrze widoczny, posłużyłem się tym językiem, a nie po to, żeby nim epatować. Nie jest to forma dla formy, ale zabieg nadania lekkości tej ciężkiej treści.

No właśnie, zatrzymajmy się na moment przy powieści Zamęt, która zamieszała w głowach i zaszokowała nie tylko czytelników. Niektórzy krytycy sygnalizowali gotowość sięgnięcia po wulgaryzmy w reakcji na nią. Bawi cię to? Jak reagujesz na krytykę?
Jest to satysfakcjonujące, że język, którego użyłem, stał się częścią potocznego języka. Najistotniejsze dla mnie jest to, że książka została dobrze, a nawet entuzjastycznie przyjęta, a przede wszystkim zrozumiana. Uznano ją za powieść potrzebną, na pojawienie której wręcz się czekało, aczkolwiek nie zdając sobie do końca z tego sprawy. Każdy autor cieszy się, kiedy nie otrzymuje złych recenzji, a takie szczęście w zasadzie mam. Negatywne recenzje przez wszystkie te lata mogę policzyć na palcach jednej ręki. Chociaż w przypadku moich wcześniejszych książek czułem niedosyt spowodowany brakiem zrozumienia pewnych głębszych warstw tematycznych, jakie w nich poruszałem. Miało to miejsce przy Second life, co było dla mnie zaskakujące, bo z jednej strony krytycy literaccy niebywale afirmatywnie do niej podchodzili, a jednocześnie niewielu z nich odniosło się do treści, jakie w niej zawarłem. Stąd ten mój niedosyt, choć nie koncentruję się na tym.

A czy jest zainteresowanie Niemców twoją osobą? Były happeningi z niemieckimi artystami, ale co z przekładami książek?
Problem polega na tym, że trudno mi znaleźć tłumacza, który byłby w stanie uporać się z którąkolwiek z moich książek od początku do końca. Chociażby taki slang z Zamętu czy z Wariantu do sprawdzenia okazał się nie do przeskoczenia dla tłumaczy. Nie było więc jak myśleć o przetłumaczeniu ich na język niemiecki, bo książek we fragmentach wydać nie można. Jeśli chodzi o poezję, to próby przekładu czyni Bernhard Hartmann, jeden z najbardziej cenionych obecnie tłumaczy, być może coś z tego wyniknie. Jest to jednak skomplikowane. Kiedyś Hartmann zaprosił mnie, żebym mu towarzyszył, kiedy odbierał w Polsce nagrodę dla najlepszego tłumacza polskiej literatury w roku 2013. Mówił wtedy o trudnościach wynikających z tłumaczenia mojej poezji i prozy, o różnego rodzaju estetykach, które stosuję. O ile tłumacze są w stanie dobrze poradzić sobie z poezją nieodwołującą się do symboli, kiedy nie jest to poezja rymowana, o tyle w momencie pojawienia się tych elementów wszystko się bardziej komplikuje i wymaga wielkiego nakładu pracy. A ponieważ w dzisiejszych czasach z tłumaczeń literatury nie da się wyżyć, w związku z tym tłumacze muszą się zajmować i innymi rzeczami.

Wiem, że planowałeś napisać książkę o twoim rodzinnym mieście Szczecinie. Czy ta książka powstanie?
Tak, pracuję nad tym. Będzie to powieść historyczna, kolejny gatunek, w którym chcę się sprawdzić. Fascynacja tym tematem zrodziła się w czasie pisania Czasu przeprowadzki. Tam, oprócz wątków Berlina i Bremy, pojawiły się i wątki dotyczące Szczecina, który jest dla mnie pewnym naturalnym punktem odniesienia. Po jakimś czasie doszedłem do przekonania, że warto byłoby je wykorzystać. I na tej podstawie zrodził się pomysł napisania powieści, która opisywałaby rzeczywistość szczecińską w szerszej perspektywie historycznej. Mogę powiedzieć w tej chwili, że zamiary są dosyć rozbuchane, ale chciałbym, żeby objęła jakieś 30 lat, poczynając od ostatniej fazy wojny, kończąc na latach 70. bądź 80.

Jak się ma sprawa z twoją samodyscypliną podczas pracy?
Z samodyscyplinowaniem się mam problem. Zawsze mam też długie przerwy po ukończeniu jakiejś większej całości, zanim zabiorę się za coś nowego. Podczas tworzenia powieści przychodzi taki moment, w którym moje życie podporządkowane jest całkowicie pisarstwu i zdarza się, że pracuję po 16 godzin na dobę. Są to bardzo intensywne tygodnie, kiedy zaczynam sobie uzmysławiać, że przekroczyłem jakiś  próg lub zmierzam ku końcowi i wpadam wtedy w trans pisarski. W takich chwilach muszę się dyscyplinować do wykonania czynności koniecznych, takich jak jedzenie, wyjście na spacer, odpoczynek, bo zbyt mocno wciąga mnie sam proces twórczy. Inaczej ma się z wierszami, to są chwile, przebłyski, choć bywają i takie, nad którymi pracuję i kilkanaście dni. Ale nie określiłbym tego mianem żmudnej pracy nad tekstem, bo dla mnie jest to zapis myśli, które do mnie w danym momencie przychodzą i które chciałbym jakoś wykorzystać.

Rozmawiając, zatoczyliśmy wiele kółek po obrzeżu stołu, a nadchodzący wieczór zdecydował, by pierścień ten domknąć ostatecznie. Raz jeszcze obejmuję wzrokiem mieszkanie Krzysztofa, które, jak to każda domowa przystań, dopowiada reszty o żyjących w niej osobach. Prywatność spoczywa zapewne w otchłaniach szuflad i służy domownikom, nie przyciągając wzroku gości, którym nic do tego. To, co dostrzegalne za zewnątrz, ma swoje uzasadnienie i rację bytu. Wszystko inne byłoby zaprzeczeniem tego, z czego autor sam szydzi w wierszu Public Relations:

flota napełnia wciąż myśli grzeszne
płyną do gardeł dostatków statki
cieszmy się spieszmy się i nie zapeszmy
w ładowniach leżą gładkie pomadki

wszystko tam lśni od Nike do Milki
z nadmiaru nawet gną się już stery
syreny wyją jak młode wilki
tańczą na tacach świeże eklery

mrą litery
schną bariery
puchną od zer nesesery

kupiec sprzedaje powód do dumy
ochotą kusi towarzysz towar
pracujmy kujmy i wciąż kupujmy
a potem pijmy złocisty browar (…)

Rozstajemy się, życząc sobie co najlepsze. Wychodząc z budynku, zdaję sobie lepiej sprawę, że to już wieczór. Zmierzam w kierunku stacji Pankow, rozmyślając po drodze o stylu pisarstwa Niewrzędy, który tak trudno zdefiniować, bo z każdą nową publikacją autor zmienia się niczym kameleon. To, co go wyróżnia i pozostaje niezmienne, to niesłychana dbałość o język, ogromna finezja w kreowaniu nowych terminów, melodyka. Choć szuka się podobieństw między nim a Gombrowiczem, czy Kapuścińskim, to Niewrzęda znakomicie zdaje sobie sprawę z własnej oryginalności na tyle, by nie szczędzić trudów na poszukiwanie własnego wizerunku.  Jego oryginalność przejawia się także w odwadze demontowania istniejących rodzajów i gatunków literackich, w których mu po prostu za ciasno i tworzeniu nowych, skrojonych na własną miarę.
Przesiąknięty na wskroś problemami globalnej cywilizacji i najbliższego mikrokosmosu lepi potem z tego niewiarygodne historie. A tym z kolei nie brak wiarygodności, bo gwarantuje ją ktoś, kto osobiście podróżuje wnikliwie po wielu ludzkich wnętrzach.
Tym razem metro nadjeżdża z przeciwnego kierunku, wypełnione wieczorową porą jak zwykle po brzegi. Wagony kołyszą miarowo zmęczonymi pasażerami, twarze wielu z nich przypominają mi „zorane konie po westernie”. Cytat ten, jak widzę, zadomowił się na dobre w moim słowniku, obok innych niesamowicie poręcznych faworytów lingwistycznych zasięgniętych z niesamowitego Zamętu.
Teraz wypada uzbroić się w cierpliwość i czekać, czym zaskoczy nas Krzysztof Niewrzęda, mierząc się z materią historyczną. Czasami trzeba się po prostu oddalić na odpowiedni dystans, żeby lepiej zobaczyć to, co najbliższe.