15 gru

Piotr Kępski: Single

Trzy razy dziennie

Czasami boję się, że ona ma rację, kiedy mówi do mnie: ty wariatko! Wiem, że jej słowa płyną prosto z serca.
Od lat próbuję nie dać się stłamsić. Powtarzam sobie: Marto, jesteś dorosła. Nie jesteś małą dziewczynką, która kieruje się tym, co powie mama. Tłumaczę sobie, że nie jestem gorsza od tak zwanych „normalnych dziewczyn”, jestem tylko inna… Ale co znaczy inna? Czy w tym słowie nie kryje się oskarżenie?
Kiedy pół roku temu zaczęłam nową terapię, wątpiłam, czy to w ogóle ma sens. Tyle już razy próbowałam… Terapeutka, pani Justyna, sympatyczna kobieta w moim wieku, niebrzydka, szczupła, poukładana, spokojna, czyli dokładnie taka, jaką chciałabym być, spytała, o czym chciałabym porozmawiać, a ja zaczęłam się czerwienić i jąkać. Nie wiem od czego zacząć. Czy od tego, że jestem gruba i obsesyjnie kontroluję swoją wagę? A może od tego, że nie jem tak jak wszyscy, tylko najpierw głodzę się, a kiedy już nie mogę wytrzymać, zżeram pół lodówki, cierpię z przejedzenia i czuję do siebie takie obrzydzenie, że zmuszam się do wymiotów? A moje kompulsywne mycie zębów? Czy szorowanie zębów czternaście razy dziennie to już poważny problem, pani psycholog? I proszę mi powiedzieć, jak mam się wyrwać z samotności, jak mam polubić spotkania z ludźmi, kiedy oni chodzą po knajpach i kawiarniach głównie po to, żeby obżerać się albo upijać. A ja nie mam zamiaru jeść, bo i tak jestem gruba, a pić też nie chcę, bo gdzie ja potem umyję zęby? Najlepiej w ogóle nie ruszać się z domu. Przynajmniej łazienka jest pod nosem. Dlatego zwykle wybieram samotność, moje bezpieczne pustelnicze odludzie. Tylko czy w moim domu naprawdę można czuć się bezpiecznie? Po pierwsze on nie jest mój. A po drugie… W tym miejscu znowu dochodzimy do mojego głównego problemu, któremu na imię: MATKA.
Wątek – nazwijmy go pani M. – jest moim głównym wątkiem, z którym nie mogę się uporać. Co z tego, że próbuję walczyć z moim wagoholizmem, myciem zębów i innymi drobnymi maniami, kiedy wątek pani M. nieustannie ciąży nad moim życiem jak wyrok w zawieszeniu. Ile ja mam lat? Dziesięć? Piętnaście? Czy trzydzieści? Jak długo jeszcze pani M. będzie moją wyrocznią, moim katem i głównym partnerem życiowym, moim największym autorytetem i moim wrogiem?
Na co dzień omijam to pytanie. Nie patrzę mu w oczy. Dopiero w nocy, przed zaśnięciem, ono przysuwa się do mojej twarzy tak blisko jak kieszonkowe lusterko. Przyglądam się sobie ze wszystkich stron i rozmyślam. Skaczę z chmurki na chmurkę, liczę barany, próbuję wmówić sobie, że to wszystko nieprawda, że jutro zacznę nowe życie, jutro wszystko zacznę od nowa, na pewno, uporządkuję swoje sprawy, dam sobie radę i będę zupełnie inną, przebojową, wesołą, rezolutną Martą, która nie boi się świata i ludzi. Martą, która nie boi się siebie.
OD JUTRA.
A dziś? Póki co staram się cieszyć drobiazgami. I pocieszam się, że przedwczoraj umyłam zęby sześć razy. A wczoraj udało mi się zejść tylko do czterech. Niewiarygodne! Nie osiem razy – jak jeszcze parę tygodni temu. I nie czternaście – jak miałam w zwyczaju w zeszłym roku…
Czym jest nasz świat, jeśli nie serią przyzwyczajeń i powtarzających się rytuałów? Już niemowlętom wyrabiamy nawyki, karmiąc je, kąpiąc i kładąc spać o stałych porach. Dzięki temu ich świat staje się przewidywalny i bezpieczny. Z wiekiem liczba naszych nawyków rośnie. Mnożą się jak chwasty. Lista powtarzających się czynności nie ma końca. Kiedy nie masz czym wypełnić swojego czasu, zapadasz się w próżnię. Nie ma cię. Musisz coś robić, żeby nie zwariować. Musisz coś robić, żeby twój przewidywalny świat rytuałów nie rozsypał się jak garść ziaren fasoli rzuconych na podłogę. Pytanie tylko kiedy powiedzieć stop? Już dosyć tych powtórzeń…
W styczniu, zaraz po Nowym Roku, poszłam do dentystki. To tylko rutynowa wizyta, mówiłam sobie. Pobolewała mnie górna jedynka, ale uspokajałam się, że na pewno wszystko jest w porządku. Przecież to niemożliwe, żebym miała jakąś dziurę, skoro tak bardzo dbam o zęby.
Dentystka obejrzała mi zęby i zmarszczyła się.
„Strasznie wrażliwe ma pani zęby…”
„Haphawhę?”, wymamrotałam z ustami pełnymi wacików i wody.
„Naprawdę. Ma pani zdarte szkliwo. I odsłonięte szyjki. Trzeba to będzie zaplombować”.
„Haphawhę?”.
„Czy nie za często myje pani zęby?”.
Oho, uważaj! CZY NIE ZA CZĘSTO? W tym niewinnym pytaniu kryje się podejrzenie. I potępienie.
Ile razy dziennie, pyta pani doktor. Cztery, pięć razy?
Rozkasłuję się. Och, to chyba ta resztka wody.
„Proszę spokojnie wypluć wodę. I wypłukać usta”.
Przez chwilę gram na czas. Długo płuczę usta. Ale w końcu muszę coś powiedzieć.
„Różnie to bywa…”
„A wczoraj ile razy umyła pani zęby?”.
Udałam, że się zastanawiam, chociaż dokładnie wiedziałam ile.
„Nie mam pojęcia, może siedem razy”, kłamię.
„ILE?”.
Pani doktor robi płaczliwą minę.
„Pani niszczy sobie zęby! Tak nie można! Pani sobie sama szkodzi! Pani ma takie ładne zęby! Pani MIAŁA takie ładne zęby!”.
Kulę się w sobie jak złajany pies. Najchętniej skurczyłabym się do rozmiarów mrówki i uciekła z fotela. Ale to niemożliwe.
W końcu pani dentystka daje mi spokój. Czuje, że mam już dość. Kończy sesję z cyklu sto pytań do… i przybiera mądry, dorosły ton. Taki sam, jakim się mówi do dzieci, kiedy się im tłumaczy, że powinny myć zęby i jak to mają robić.
Oddycham z ulgą. Jestem jej wdzięczna.
Pani doktor poucza mnie, że owszem należy myć zęby, ale bez przesady, nie za często i nie za mocno, żeby nie kaleczyć dziąseł, bo wtedy te nieszczęsne szyjki, które tak potem bolą, odsłaniają się i mamy gotowy problem, problem stomatologiczny i higieniczny. I trzeba koniecznie używać miękkiej szczoteczki. Najlepiej takiej z równym włosiem. Bez żadnych wypustek i bajerów. I myć trzeba tak jakby się zmiatało szczoteczką paproszki. Zaczynać od dziąseł i ciągnąć w kierunku zębów. Od dziąseł do ząbków. Od czerwonego do białego, tłumaczy pani doktor.
CZY PACJENTKA/DZIECKO/WARIATKA ZROZUMIAŁA?
Kiwam głową.
„I naprawdę panią proszę, niech pani rzadziej myje zęby. Oprócz tej jedynki ma pani do wyleczenia jeszcze sześć innych zębów. Wszędzie ten sam problem. Odsłonięte szyjki. Dlatego bardzo panią proszę…”
Zeskakuję z fotela jak gimnastyczka z kozła, pełna lekkości i ulgi, że zaraz będę mieć to za sobą. I oczywiście obiecuję poprawę.
OD JUTRA BĘDĘ INNA. Rozsądna, opanowana, dojrzała, nieneurotyczna, beztroska, pozbawiona obsesji i natręctw. Od jutra zacznę wszystko od nowa…

Pisarz amator

Jakub przeciąga się na krześle.
„Przydałoby ci się trochę ruchu”, mówi.
W pokoju nie ma nikogo oprócz niego. Wygląda na to, że mówi do siebie.
Zapisuje zmiany w pliku z roboczą nazwą „Błąd krytyczny”. Wyłącza stary laptop.
Przez otwarte okno wpada do mieszkania przedpołudniowy letni żar. Zanosi się na upalny dzień. Piękny, ale nieznośny, szczególnie kiedy jest się w mieście. W bloku, wśród rozgrzanych betonowych ścian. Co zrobić z takim dniem? (Jest sobota.)
Jakub jest singlem. Zajmuje nieduże jednopokojowe mieszkanie z kuchnią w pięciopiętrowym starym domu bez windy. Jest jednym z prawie dwóch milionów oficjalnych mieszkańców dużego miasta w centrum kraju. Lubi powidła śliwkowe. I jest pisarzem amatorem.
Idzie do kuchni, bierze z lodówki słoik z powidłami, otwiera go. Rozsmarowuje powidła na kromce chleba i zaczyna jeść.
Co to znaczy być pisarzem amatorem? Czy to coś takiego jak sportowiec amator? Poniekąd tak. Niektórzy sportowcy amatorzy bardzo serio traktują swoje hobby. Regularnie trenują. Biegają maratony. Czasem startują w zawodach razem z zawodowcami. Oczywiście amator nie ma szans na podium w zawodowym maratonie. Z wynikiem powyżej trzech godzin nie może nawet liczyć na pierwszą setkę. Jakub zdaje sobie z tego sprawę. Kiedyś biegał długie dystanse, ale porzucił sport dla pisania.
Przychodzi chwila, kiedy trzeba się określić. Nie wystarcza czasu na wszystko. Musisz wybrać jakąś specjalizację. To znaczy ograniczyć się. Stojąc przed takim wyborem, Jakub postawił na pisanie.
Ponieważ jednak nie żyje z wydawania książek, musi zarabiać pieniądze, robiąc coś innego. Musi wykonywać coś, co w przeciwieństwie do pisania maszynopisów amatorskich powieści ludzie uznają za czynność pożyteczną i za co gotowi są płacić. Tak się złożyło, że Jakub pracuje w biurze turystycznym. Sprzedaje wycieczki, noclegi w hotelach, bilety lotnicze, a nawet bilety na pociąg i autokar. Siedzi przed komputerem i odbiera telefony. Czasem przeciąga się i mówi: „Przydałoby ci się trochę ruchu”. Ale wie, że nie może wyjść z biura, żeby biegać w godzinach pracy. Nie jest zawodowym sportowcem. Płacą mu za to, że siedzi przed komputerem, odbiera telefony, jest uprzejmy dla klientów, rezerwuje bilety i hotele przez Internet, drukuje bilety i zapewnia klientów, że wszystko jest w porządku i że za voucher, który dostali w biurze podróży, będą mogli pojechać w Egipcie na darmową wycieczkę do piramid w Luxorze, na darmową wycieczkę, za którą zapłacili.
Swój wolny czas przeznacza na pisanie powieści. Zebrał już tyle pomysłów, że nie może dłużej czekać. Pomysł, który dzisiaj nie zostanie spisany, jutro zginie przytłoczony ciśnieniem codzienności.
W ten sposób Jakub mimowolnie staje się zakładnikiem swojego wyboru. Zakładnikiem marzenia o byciu pisarzem. Kiedy nachodzi go ochota na bieganie, zmusza się, żeby zostać w domu, bo rozpoczęta powieść czeka. Dawno by ją napisał, gdyby nie musiał poświęcać tyle czasu na pracę, która nie przynosi mu satysfakcji, ale daje pieniądze.
„To jakieś błędne koło”, mówi.
Nieraz znajomi próbują wyciągnąć go do kina albo na piwo. Ludzie zawsze znajdą wiele powodów, dla których warto poszukać towarzystwa innych. Samemu nie jest wcale tak super. Nawet jeśli mówi się o sobie w dumny sposób: JESTEM SINGLEM. NIE JESTEM SAMOTNY, TYLKO JESTEM SINGLEM. A to wielka różnica. Naprawdę. Bo to mój świadomy wybór, rozumiecie?
Jakub nie stara się dorabiać ideologii do tego, że jest singlem. Poniekąd to jego wybór, a po części konieczność. Jak dotąd nie spotkał kobiety, z którą chciałby stworzyć trwały związek. To znaczy kiedyś spotkał, ale było to dawno temu. Miała na imię Anna. Byli ze sobą trzy lata, aż w końcu Anna odeszła. Zrobiła to nagle i bez wypowiedzenia. Oczywiście już wcześniej coś się zaczęło psuć. Rzadziej ze sobą sypiali, a coraz częściej się kłócili. Któregoś dnia, kiedy Jakub był w pracy, Anna spakowała swoje rzeczy i znikła bez pożegnania. Nie zostawiła nawet żadnej kartki z wyjaśnieniem ani z przekleństwami albo życzeniami wszystkiego najgorszego. Nie zostawiła nic. Zapomniała tylko zabrać paczkę swoich ulubionych herbatników Leibniz w polewie czekoladowej. Jakub zostawił je sobie na pamiątkę. Trochę to śmieszne, ale nigdy ich nie zjadł, chociaż minęło już sześć lat od rozstania z Anną. Nie zjadł ich, bo oprócz kilkudziesięciu zdjęć w dawno nieotwieranych albumach, były jedyną rzeczą, jaka mu po niej została.
Anna miała mu za złe, że poświęcał jej zbyt mało czasu.
„Przychodzisz z pracy i siadasz do komputera. A ja? Dlaczego ze mną nie rozmawiasz? Tak ma wyglądać nasz związek? Wcale ci na mnie nie zależy! Gdyby ci zależało…”
„Daj spokój. Przecież wiesz, że tak nie jest…”, próbował tłumaczyć. Bardzo mu na niej zależy, ale nie ma tyle czasu, ile by chciał, a przecież musi kiedyś pisać. To w sumie dość beznadziejne, ale człowiek nie może robić w życiu wszystkiego, na czym mu zależy. Nasz czas jest ograniczony. Trzeba coś wybrać.
„No to wybieraj. Albo ja, albo komputer!”.
Mówił, że bardzo mu na niej zależy. Ale pisanie też jest dla niego ważne. I nie może z tego zrezygnować. Gdyby wyrzekł się swojej pasji, to tak jakby zdradził samego siebie. Nie zostałoby mu nic. Nic ludzkiego. Tylko praca, zakupy, chodzenie razem do kina i na spacery, sprzątanie mieszkania, pranie, jedzenie, wydawanie pieniędzy i raz na rok jeżdżenie na wakacje. Nie da się tak żyć. Przynajmniej on nie mógłby tak żyć. Dlatego musi pisać. Musi robić coś jeszcze oprócz pracy, żeby nie zwariować.
„Ale przecież sam mówiłeś, że w życiu trzeba coś wybrać. Więc wybieraj! Zdecyduj się na coś!”, mówiła Anna zdenerwowanym głosem.
Kłócili się coraz częściej. Aż w końcu odeszła.
Po rozstaniu z Anną Jakub nie zmienił swojego stylu życia. Być może dlatego, że pisanie nadal było dla niego czynnością, bez której nie potrafił się obejść. A może po cichu wierzył w cud. W jakieś nieokreślone zdarzenie, które przyjdzie mu z pomocą i odmieni jego życie.
Coraz częściej łapał się na tym, że mimo swoich trzydziestu siedmiu lat ciągle nie znalazł swojego miejsca w życiu. Zazdrościł ludziom, którzy twierdzą, że robią to, co lubią i są w tym dobrzy. To prawdziwi zawodowcy, myślał. A on? We wszystkim, czym się dotąd zajmował, był niezły, ale nigdzie nie udało się mu osiągnąć statusu prawdziwego zawodowca. Wszędzie był po trochu amatorem. W bieganiu, w sprzedaży, w miłości, w obsłudze klienta i w obsłudze komputera.
Przez ostatni miesiąc co weekend zamykał się w domu i nie odbierał telefonów, żeby nikt nie przeszkadzał mu w pisaniu. Udawał, że go nie ma. Wiedział, że nie powinien tego robić. Nie powinien się izolować. Postępując w ten sposób, zmierza ku szaleństwu albo w najlepszym razie ku samotności.
W gruncie rzeczy każdy z nas jest singlem, myślał Jakub. Nawet jeśli nie jest się nim przez całe życie, to przychodzi taki dzień, kiedy się nim zostaje. Na dłużej lub krócej. Czy się tego chce, czy nie. W każdej chwili, w wyniku błędu krytycznego, którego nie przewiduje twoja teoria programowania świata, możesz zostać singlem. Nawet jeśli twoje oprogramowanie wydaje się doskonałe i pozbawione luk. Pewnego słonecznego albo deszczowego dnia za sprawą przypadku lub absurdalnego wypadku możesz zostać singlem. Twoja dziewczyna może spakować walizki i odejść. Albo zniknąć bez pakowania walizek. Zostawiając ci tylko paczkę ulubionych herbatników w czekoladowej polewie albo co gorsza – wszystkie swoje ciuchy, książki i kosmetyki. A ty nie będziesz mógł przełknąć jej ciastek, ani przeczytać jej książek, ani zrobić żadnego użytku z jej kosmetyków. Ale nie znajdziesz w sobie wystarczająco dużo siły, by je wyrzucić. Zostawisz je sobie na pamiątkę. Jako ślad po dawnym życiu, w którym nie byłeś sam.
Każdy kiedyś był, jest albo będzie singlem. Nawet jeśli twierdzi, że teraz go to nie dotyczy.

/Fragment większej całości/