15 Cze

Piękno ze śmiercią w tle. Rozmowa z Mariuszem Wilkiem

Skąd w się w pańskiej biografii wzięła Rosja?
Pomysł wyjazdu do Rosji podsunęła mi Masza Parsgen, córka niemieckiego dziennikarza, wieloletniego korespondenta niemieckiej prasy w Moskwie. Pracował tam jeszcze przed II wojną światowa, potem zamknięto go w łagrze, po śmierci Stalina wrócił do Niemiec, ale wkrótce ponownie wyjechał do Moskwy. Spotkaliśmy się w Berlinie kilka tygodni przed zburzeniem Muru. Relacjonowałem dla polskiej prasy upadek NRD i nie kwapiłem się z powrotem do kraju.

Dlaczego?
Pamiętałem jak w roku 1982 Tymczasowa Komisja Krajowa „Solidarności” zastanawiała się, jakie warunki muszą być spełnione, by zasiąść do rozmów z komunistami? Bo że do tego dojdzie – prędzej czy później – nie było wątpliwości. W pierwszym rzędzie wymieniano konieczność zmiany kliki partyjnej. Deklarowano, że nigdy nie zasiądziemy do negocjacji z ludźmi o dłoniach zbroczonych krwią: z Kiszczakiem, Jaruzelskim, Rakowskim, tymczasem niespełna dekadę później wielu opozycjonistów się z nimi fraternizowało. Dla mnie tamte zobowiązania były wiążące. W tym momencie skończyła się moja „Solidarność”.

A wracając do „rosyjskiej tropy”…
To właśnie Masza pierwsza zasugerowała mi wyjazd do Rosji. Zamurowało mnie: ojciec repatriant ze Lwowa, matka z Brześcia, więc w domu rodzinnym Rosjan się specjalnie nie kochało. Pół roku później podczas pobytu w Ameryce na promocji „Konspiry”, rozmawiałem z profesorem Alanem Mandelbaumem. Opowiadałem mu o planowanej książce: „Gdańsk, historia otwarta”, zawierającej biografie kilku gdańszczan, którzy – jak sądziłem – osiągną coś w polityce: Borowczaka, Płażyńskiego, Tuska, Borusewicza, Gwiazdy. „Zmień w ogóle temat – przerwał mi rozmówca. – Polska już jest nieaktualna, za parę lat nawet pies z kulawą nogą nie będzie się nią interesował. Natomiast jeśli byś się przymierzył do Rosji, masz o czym pisać do końca życia” – radził. To mi dało do myślenia. Katalizatorem decyzji o podróży na Wschód był atak OMONU na wieżę telewizyjną w Wilnie…

Zimą 1991 roku.
Przyleciałem do Moskwy jako dziennikarz trójmiejskiego dziennika akurat w chwili referendum na temat przyszłości Kraju Rad. Trwała kolejna rosyjska rewolucja, na szczęście pokojowa. Oglądałem z bliska strajki w Stoczni Gdańskiej, uczestniczyłem w ulicznych demonstracjach w czasie stanu wojennego, widziałem rozpad Muru Berlińskiego, a na Zachodzie pikiety przeciwko konfliktowi w Zatoce Perskiej. Jakże skromnie wyglądały te zdarzenia w porównaniu z rosyjskimi, gdzie demonstrantów zawsze liczono w setkach tysięcy. Rozentuzjazmowany tłum niszczył pomniki, wszyscy wydawali się zintegrowani wizją wolności i dobrobytu, ale niebawem nastąpiły tarcia, podziały i polityczne potyczki. Przestało mnie to interesować, tym bardziej, że pismo, dla którego pracowałem, upadło. Postanowiłem sam być sobie sterem, okrętem i żeglarzem. Tym bardziej, że garść dolarów – zarobionych w USA – w realiach postsowieckich okazała się majątkiem. Za przelot do Ałma Aty – cztery tysiące kilometrów! – zapłaciłem 3 dolary.

Postrzega pan Rosję wielopłaszczyznowo.
Jedną płaszczyznę stanowią ludzie: poznałem ich mnóstwo. Do dziś wspominam pierwsze wizyty w mieszkaniach Rosjan ze środowisk antykomunistycznych. Siedzenie w kuchni do białego rana, rozmowy „po duszam”, z wódką, ze wszystkim co w lodówce, chociaż z reguły świeciła pustkami, bo gospodarze byli biedni. Druga płaszczyzna to przestrzeń. Uświadomiłem sobie, że za parę dolarów mogę jeździć wszędzie, w różne strefy cywilizacyjne, bo to i prawosławie, i islam, i buddyzm, i szamanizm północny.

Znał pan dobrze rosyjski?
Słabo, ale ponieważ nie miałem kontaktów z Polakami, szybko go przyswoiłem. Tym bardziej, ze celowo przez kilka miesięcy nie czytałem po polsku. Przydały się też studia. Na polonistyce z niechęcią poznawałem język starocerkiewnosłowiański. Teraz ta znajomość pomogła mi pojąć archaiczną ruszczyznę. I tak dochodzimy do literatury, trzeciego z ważnych dla mnie obszarów. Fascynuje mnie szczególnie piśmiennictwo staroruskie od XI do XVIII wieku, ogromne i wspaniałe, kształtujące ducha rosyjskiego. Uświadomiwszy sobie, że ludzie są tu tacy otwarci, kraj tak kolosalny, a literatura taka obfita poczułem, że znalazłem zajęcie na resztą swych dni.

Przejechał pan Rosję wzdłuż i wszerz, zanim osiadł na północy.
Bez przesady. To gigantyczne terytorium, i wiele podróży jeszcze – mam nadzieję – przede mną. Rozpocząłem od Pribałtyki, Petersburga, gdzie po raz pierwszy ujrzałem białe noce. Potem przekroczyłem – na półwyspie Jamał – krąg polarny. Byłem obecny przy ekshumacji polskich grobów w Charkowie. W Kazachstanie podążałem szlakiem Aleksandra Wata, trafiłem tez do Jercewa, gdzie pół wieku wcześniej więziono Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Niebawem zaczęła się moja przygoda  z rosyjskimi domami: masywnymi, z drewnianych bali, z ogromną ruską pieczką, która jest ich duszą. Prawie wszystkie domy można kupić, bo mieszkańcy wymierają, albo wyjeżdżają za chlebem, a po upadku kołchozów wsie stoją bezludne. Za pierwszy dom zapłaciłem dwiema skrzynkami wódki. Dopiero mając stałą przystań zacząłem obejmować Rosję całościowo. Wędrując poznawałem ją fragmentarycznie i nie potrafiłem z tych elementów ułożyć puzzle.

Pierwszy pański port na rosyjskim szlaku stanowiły Wyspy Sołowieckie.
Przybyłem tam u schyłku babiego lata. Przyroda nabierała złotych barw. Powietrze jak kryształ, dookoła morze, a na głównej wyspie kilkaset jezior zagubionych we mgle. Niezwykłe piękno, ale ze śmiercią w tle: świadomość tego, że to były łagry, ale i jesień po prostu. Przecież te liście zaraz opadną! Sołowiecka poetka, Julia Matonin, która się zresztą powiesiła, napisała piękny wiersz o tym, że liście na starość wariują. Dostają nową kolorową szatę, zrywają się myśląc, że lecą na bal – a to jest umieranie. Pejzaż i atmosfera Sołowek od razu mnie zauroczyły. Postanowiłem tu zakotwiczyć.

Jak się okazało – na dekadę?
Zamieszkałem w tak zwanej biostacji. Zbudowanej u schyłku XIX stulecia przez petersburski uniwersytet – pierwszej naukowej stacji nad Morzem Białym. Dom drewniany, piękny, przestronny, dwupiętrowy, stropy wysokie, duże okna. Naukowcy mieli tam laboratoria, akwarium, potem pokłócili się z przełożonym klasztoru i on ich wyrzucił. Nazywano mnie „Poliak” albo „innostraniec” i  zrazu traktowano nieufnie. Spekulowano: „Kto zacz? „Poczemu prijechał?”. Mniej więcej po dwu latach obserwacji tubylcy mnie zaakceptowali. Nie jako ruskiego lecz sołowieckiego czełowieka. Wkrótce nauczyli mnie stawiać sieci pod wodą – to tam kluczowa umiejętność.

I tam właśnie zaczął pan pisać swoją pierwszą rosyjską książkę.
Kiedy zacząłem się zastanawiać, jak zapisać moje doświadczenia, uświadomiłem sobie, że będę uprawiać dobrze znany w Rosji gatunek opowieści cudzoziemców. Zaczyna się on w XIV wieku od łacińskich traktatów pisanych przez ludzi, którzy nigdy w Rosji nie byli, a potem jest długa lista: posłów królewskich, Anglików, którzy przybyli od północy na łodziach, Niemców z czasów Piotra I, markiza de Custine i tak dalej. Herling-Grudziński, Wat, Weissberg-Cybulski też widnieją na tej liście, i w ogóle cała polska biblioteka świadectw syberyjskich, łagrowych i wcześniejszych, katorżniczych: Dybowskiego, Sieroszewskiego, do opisania losów którego namawiał mnie Redaktor.

Mówi pan o Jerzym Giedroyciu?
Nawiązałem z nim kontakt przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, do którego wysłałem list opisujący łagier, w którym przebywał w latach 1940-41. Włączył go potem do: „Dziennika pisanego nocą” drukowanego wtedy na łamach „Kultury”. Niebawem otrzymałem list z Maison-Laffite, proponujący mi stałą współpracę. Tego szukałem. Pisma poza polskimi sporami, o profilu od początku jednoznacznym, no i była to jedyna chyba firma z mądrą, głęboko przemyślaną i dalekowzroczną polityką wschodnią. Szybko odpowiedziałem – tekstem. Potem, co miesiąc, wysyłałem kolejne. Taka jest geneza mojej pierwszej książki.

Tymczasem pisze pan już czwartą. Czy, jak poprzednie, będzie zawierała liczne odnośniki dotyczące archaizmów językowych, inkrustujących pańską prozę?
Przy dzisiejszej dominacji języka angielskiego –  wkraczającego do języka potocznego i do literatury –  wprowadzam zapomniane słowa, aby je przypomnieć lub ożywić. Jest to próba wzbogacenia języka nie o neologizmy, makaronizmy, germanizmy etc., lecz o terminy staropolskie, używane przez naszych przodków. Rusycyzmy stosuję wyłącznie, gdy nie mają polskich odpowiedników. Na przykład kalwas to rodzaj specjalnej, nigdzie poza Karelią nie spotykanej łódki, albo czasownia, której nie tłumaczę na kaplicę, bo brakuje w niej ołtarza, a co za tym idzie możności odprawiania mszy świętej.

Po piętnastu latach pobytu nie ma pan dosyć Rosji?
To dla mnie wciąż najciekawsze miejsce na ziemi. Właśnie przez to, że coś się tu rozpada, coś się rodzi. Czuję się też bezpieczniej niż na warszawskiej ulicy. Wszystkich znam i mnie wszyscy znają. Żadnej agresji, arogancji, pośpiechu. W Moskwie i Petersburgu ulegają cywilizacji ale do głubinki ten rytm nie dojdzie. Zawsze się będę miał gdzie schronić przed nowoczesnością.

Niewielu dziś stać na rezygnację z dóbr materialnych.
Triumfujący dziś i w Polsce konsumpcjonizm jest moim zdaniem tak samo niebezpieczny dla świata jak katastrofa ekologiczna, konflikt nuklearny, czy terroryzm. Grabieżcza eksploatacja bogactw mineralnych, zwłaszcza ropy naftowej i gazu, deformuje krajobraz. Jest taki mit Saamów, ludu północy, którego losami teraz się zajmuję, głosząca, że człowiek pasożytuje na skórze matki ziemi. Człowiek umie doskonale burzyć ekosystem. Dostrzegam to w tundrze rozpruwanej rurociągami, w karczowanej tajdze, zanieczyszczanych akwenach. Kiedyś te bogactwa się skończą, być może nauka wymyśli inne paliwa, ale zdewastowane tereny pozostaną.

To pytanie paść musi. Z czego pan żyje?
Nigdy nie dostałem żadnego grantu, żadnego stypendium. Wszystkie pieniądze, niewiele ich zresztą było, zarobiłem piórem. Żyję skromnie – w dużej mierze z darów natury. Runo leśne, grzyby, warzywa i owoce z przydomowego ogródka dominują w moim jadłospisie. Honoraria za teksty i książki pozwalają wieść wstrzemięźliwy żywot. Kupuję tylko to, co jest mi  niezbędne do pracy. Muszę wybierać, co nabyć w pierwszej kolejności, a co może zaczekać. Moda dla mnie nie istnieje, kosmetyki tylko podstawowe, papierosy palę jedynie, przyjeżdżając raz do roku do Polski, bo jest tu inne tempo życia. Szybsze i bardziej nerwowe, niestety. Posługuję się komputerem, ale nie mam telefonu. Telewizor i radio odrzucam, by nie obciążać głowy bredniami medialnymi. Muzyki słucham z walkmana, choć – prawdę mówiąc – najwspanialsze dźwięki tworzy natura: szelest liści, szum trzcin, śpiew ptaków, rechot żab. Tego nie skomponowałby najwybitniejszy kompozytor.

Pisze pan o Rosji z wielką czułością. To w Polsce bywa odbierane niezbyt przychylnie z uwagi na historycznie uwarunkowaną antyrosyjskość.
W Polsce wszyscy są specjalistami od Rosji. Wszyscy ją rozumieją i analizują, często nie bywając tam, nie znając języka, a literaturę sytuując od czasów Puszkina. Tymczasem kwitła ona już w średniowieczu. W latach gdy w Polsce pisano po łacinie, w Rosji powstawały kroniki i żywoty pisane cyrylicą.
Powiada pan, że polska antyrosyjskość ma wymiar historyczny? Ale to Polacy pierwsi ruszyli zbrojnie na Wschód, a nie odwrotnie. Bolesław Chrobry wyprawił się na Kijów, Jagiellonowie zajęli Moskwę. Ze śladami Dymitra Samozwańca i polskich okupantów stykam się naocznie w swoich rosyjskich peregrynacjach. Są one dostrzegalne także w legendach. Pokazano mi ikonę przestrzeloną przed wiekami w paru miejscach przez polskich najeźdźców. Ale nie chodzi o to, by licytować się krzywdami, lecz by się za nie pokajać. Po obu stronach są zaszłości, zatem do normalizacji stosunków potrzeba racjonalnego spojrzenia, odrzucenia uczuć i emocji. Bo tylko w ten sposób pozbędziemy się stereotypów.

Zgoda, ale tej chęci normalizacji nie dostrzegam przede wszystkim u prezydenta urzędującego obecnie na Kremlu.
Żeby nie było niedomówień: bardzo wysoko cenię Władimira Putina. Uważam, że jest to idealny na dzisiejsze czasy prezydent Rosji. Takie jest moje zdanie po piętnastu latach pobytu w Rosji. Ludzie żyją dziś tam bezpieczniej, ufniej spoglądają w przyszłość, zlikwidowano bezhołowie i samodzierżawie panujące za czasów – znienawidzonych tam zresztą – Michaiła Gorbaczowa i Borysa Jelcyna. Znienawidzonych, ponieważ rozwalili socjalne filary bytowania ludzi, doprowadzili do kolosalnych dysproporcji w zarobkach, umożliwili zbijanie fortun nuworyszom podejrzanego autoramentu. Putin wprowadził porządek, Rosja na arenie międzynarodowej znów się liczy, a niemało kapitalistów, którzy pierwszy milion zarobili w niejasnych okolicznościach, trafiło do więzień. I może dlatego fotografie prezydenta w wiejskich zagrodach nieraz sąsiadują z ikonami.

Rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert