05 Mar

Mój Żoliborz – wyróżnienie w konkursie Nasze małe ojczyzny

Opowiadanie „Mój Żoliborz” otrzymało wyróżnienie w konkursie literackim „Nasze
małe ojczyzny”, organizowanym przez „Kwartalnik Literacki Wyspa”.

To był już jego trzeci adres na Żoliborzu. Urodził się tuż obok na Sarbiewskiego, czyli sześćdziesięcioletnia historia jego życia zatoczyła złowróżbny krąg. Przez zakratowane okno parterowego mieszkania w stuletniej kamienicy widział zadbane podwórko ze stojakami na rowery i piaskownicą. W rogu figura Matki Boskiej na kamiennym postumencie. Nazywali ją „Powstańczą”, ale nigdy nie sprawdził czy to prawda. Drzewa na podwórku zmieniały kolory i nawet gdyby był unieruchomiony, ze swojego łóżka mógł odczytać jaka jest pora roku.
Teraz też właściwie był unieruchomiony. Leżał na wznak z oczami wlepionymi w sufit i próbował zebrać myśli. W powietrzu wciąż unosił się smród papierosów z przepełnionej  popielniczki i ciężka, kwaśna woń piwa, mająca oczywisty związek z równymi szeregami puszek stojących na kuchennym blacie. „Cholera, znowu pochlałem” – pomyślał i niezdarnie przewrócił się na lewy bok. Powoli wracały obrazy poprzedniego dnia. 300 złotych zarobku, wszystkiego 11 kursów i zero konfliktów z pasażerami. Wrócił o 23.00.  Całkiem nieźle. Skończył na ul. Kaniowskiej, obok Cytadeli – ulubionego miejsca  dziecięcych wypraw, gdzie w stawie łowiło się dafnie do domowych akwariów i urządzało wyścigi rowerowe. Cynka złamał sobie wtedy rękę. Pobliskie wille onieśmielające urodą przedwojennej architektury i obfitością zieleni niezmiennie kojarzyły się z lepszymi sferami. Mieszkali tu lekarze, prawnicy albo artyści. Ciekawe, że brak było kadry oficerskiej, a przecież tę część Żoliborza nazywano „oficerskim”. Zbudowano ją dla wyższych szarż II Rzeczypospolitej. Nawet Marszałek miał tu swoją parcelę, a po generalicji mieszkającej w sąsiedztwie zostały pamiątkowe tablice. Kiedyś miejsca bajkowe i tajemnicze dzisiaj budziły inne emocje – przeliczalne na złotówki. „Trzeba się trzy razy urodzić, żeby na taką uskładać” – mówiło się. Jedna z nich miała należeć do ochroniarza Gierka. To taki wielki facet, który zawsze za nim stał na wszystkich demonstracjach. Zniknął z ekranów  telewizorów razem z pierwszym sekretarzem. Prawdę mówiąc, nigdy go tutaj nie widziano.

7.30 – czerwone cyfry na budziku migotały drażniąco. Wstał i powlókł się do łazienki na niepewnych nogach. Unikając swojego odbicia w lustrze, umył zęby i opłukał się. Siwiejąca mocno broda i okulary ledwo maskowały ślady minionej nocy. Worki pod oczami i twarz pobrużdżona biegnącymi skośnie zmarszczkami nie wyglądały dobrze.  „Mam gębę starego psa” – pomyślał. Sięgnął na półkę po alkomat. „Phuuu” – dmuchnął. 1,5! „ Brawo kolego, możesz być z siebie dumny” – mruknął i zabrał się do sprzątania. „Te puszki trzeba gnieść na bieżąco, żeby sąsiedzi nie zobaczyli ile wyrzucasz” – przemknęło mu przez głowę i zaraz skarcił się w myślach. „Jakie puszki, nie będzie już żadnych puszek”.

Śmietnik stał zaraz obok wyjścia z klatki schodowej. Jeden na cały czworobok kamienic stanowił cel przechadzek lokatorów niosących zawiązane worki, ale też miejsce spotkań towarzyskich. Część rozmów była świetnie słyszalna w jego kawalerce. Rozmawiali zwykle lokatorzy mieszkający tu od zawsze. Oni też zwykle zasiadali na ławkach pobliskiego skweru. Skweru czy parku? Spory teren z bogatym, leciwym drzewostanem, otaczający teatr Komedia nigdy nie doczekał się nazwy. Dla Marka i jego kolegów to były „Czarne ścieżki”, kiedy w latach siedemdziesiątych alejki wysypano żużlem. Gęstwina krzewów, kępy dzikich róż i kwiaty na klombach przyciągały mieszkańców. Przedwojenny gmach domu kultury z jego kolumnami, portalami i zegarem słonecznym wpisano pewnie do rejestru zabytków. Często uwieczniany przez fotografów stanowi symbol Starego Żoliborza. Tak jak Cytadela, pl. Wilsona lub Park Żeromskiego. Żoliborz nazywano dzielnicą starych ludzi. Lubił tak o nim myśleć. Sam był stary. W kościele św. Stanisława Kostki, gdzie chodził właściwie tylko do towarzystwa żonie, widywał mocno sędziwe, szczupłe i prosto trzymające się panie. Nazywał je „żonami generałów”. Czas nie zatarł całkowicie ani ich dawnej urody, ani klasy. Mimo ubogiej i już niemodnej odzieży nadal emanowały ukrytą elegancją. Stara żoliborska inteligencja! Sylwetki nie zdeformowane pracą fizyczną, obowiązkowe okulary i to coś, coś nieuchwytnego. Trudno to objaśnić, ale kiedy się z tym zetkniesz – to wiesz.

Zanim nastały czasy, w których pod osłoną gęstych krzaków zajmowali się niedozwoloną konsumpcją, przychodzili bawić się na „Czarnych ścieżkach”. Łapali trzmiele w pudełka od zapałek. Wypuszczone na szybę okienną uśmiercali muchozolem, żeby następnie nawlec na nitkę. Że się do tego przyznaje? „No cóż, jestem po sześćdziesiątce i nie grozi mi już spalenie na ekologicznym stosie. Po drugie jako dzieci mieliśmy święte prawo robić głupstwa, a po trzecie spłacam dług naturze, hodując i rozmnażając pszczoły” – to była jego kolejna refleksja.

Zjadł serek homogenizowany i zaparzył kawę. Zawsze ten sam gatunek, w tym samym kubku i w takich samych proporcjach. Poczucie winy zaczynało powoli ustępować. „Przecież nikogo nie zaprosiłem do domu i nie piłem wódki” – pomyślał. Czyli, że mogło być gorzej, ale nie było. „Czy to na pewno są te małe zwycięstwa?”. Kolejny raz przygotował alkomat. 1,5!!! Nie będzie łatwo! Do 14.00 musi zgubić półtora promila?! W głowie nadal szumiało, ale bardziej dokuczał ohydny posmak wczorajszego palenia. „Trzeba w końcu rzucić to gówno” – składał tę obietnicę setny raz.

W mieszkaniu było chłodno. Stare mury z 1930 roku i parter gwarantowały to, mimo sierpniowego upału. W tej kamienicy w czasie powstania mieścił się bastion obronny zgrupowania „Żyrafa”. Po przeciwnej stronie ul. Stołecznej (snobując się na starego żoliborzanina odmawiał używania nazwy Popiełuszki) był szpital powstańczy. Prawie na każdym domu wisiały pamiątkowe tablice upamiętniające ludzi bądź wydarzenia. Łapał się na tym, że myśląc o tej dzielnicy jak o własnej ma większe prawo do pamięci o bohaterach tych miejsc.

Zdecydował się. Nałożył strój sportowy, przyczesał włosy i zarzucił rower na ramię. Zamknął drzwi. „Dzień dobry Pani Wando” – rzucił sąsiadce, która akurat wychodziła z psem. Oboje zachowywali się przyjaźnie; pies – bo miał w pamięci mięsne uprzejmości, które mu świadczył, a jego pani – ze względu na drobne pożyczki, na które mogła u niego liczyć.

Ostrożnie, trzymając się poręczy, zszedł po kilku schodach na podwórko. „Nieźle grzeje, to dobrze”. Uderzenie gorąca pomimo wczesnej pory i zacienionego podwórka zapowiadało upalny dzień. Marek miał na sobie dwie koszulki, w tym jedną z długim rękawem i spodnie od dresu. Wsiadł na rower i powoli skierował się w stronę kopuły teatru. Kolonia 10,  kolonia 11,12. Mijał bliźniaczo zbudowane budynki, stojące w parach, twarzami do siebie, rozdzielone jedynie wąskimi zagrodzonymi od ulicy podwórkami. W starej nomenklaturze spółdzielni mieszkaniowej nazywano je koloniami.

Pedałował powoli po chodniku, jakby sprawdzając, czy zdoła zachować równowagę i jest w stanie przyśpieszyć. Do głowy mu nie przyszło, że jadąc rowerem „z promilami” we krwi podpada pod ten sam paragraf co np. kierowca taksówki, którym notabene był. Z prawej szkoła pożarnictwa, z lewej park Kaskada, gdzie kiedyś wygrał bieg przełajowy i teraz już w dół ul. Gdańską. Kiedyś tutaj zaczynał się Marymont. Dzielnica bez kanalizacji i latarni miejskich. Osiedla bud skleconych z byle czego, biedoty i chuliganerii. Pisał o niej np. Marek Hłasko w Wilku, pisał Marek Nowakowski i inni piewcy warszawskiego lumpenproletariatu. Przestał pedałować i dojechał do skrzyżowania. Dalej za torami tramwajowymi ciągnęła się ul. Potocka, wzdłuż której rozlokowały się tereny klubu sportowego „Marymont”. To tutaj zaczęła się i szybko skończyła jego kariera piłkarska. Był dobry na małych szkolnych boiskach, tutaj, na „ligowym”, ze względu na niski wzrost nie dawał rady.

Kanałek Potocki – to był cel jego przejażdżki. Płynący zakosami równolegle do Wisły, od lat stanowił ulubione miejsce relaksu. Obszerny teren odgrodzony od Wisłostrady płaskim wzniesieniem ciągnął się kilka kilometrów. Podzielony trzema mostkami, malowniczy choć uregulowany stanowił ostoję dzikiego ptactwa w przybrzeżnych szuwarach i na płytkich  wodach. Wokół park. Ale jaki park?! Nieregularne kępy nasadzeń różnorodnych krzewów przeplatane trawnikami w stylu Central Parku i mnóstwo drzew. Wszędzie alejki, ławki dla spacerowiczów i dużo przestrzeni. Architekt krajobrazu, który zaprojektował to miejsce, mógł być z siebie dumny. Na tym terenie wytyczono certyfikowaną pięciokilometrową trasę biegową dla zwolenników zdrowego trybu życia.

„W takim razie, co JA tutaj robię?” – z tym retorycznym pytaniem Marek zatrzymał rower przy pierwszym mostku. Pot spływał mu po plecach i całym ciele. Mokry zsiadł z roweru i oparł się o barierkę. Dyszał ciężko, ocierając czoło. Piękna sceneria kanałku rozmywała mu się w brudnych szkłach okularów, a powietrze drgało jak na zdjęciach ukazujących horyzont pustyni. „Spokojnie, spokojnie” – strofował sam siebie. „Jeszcze dostaniesz jakiegoś zawału”. Ściągnął spodnie i wraz z koszulką zaplątał je na kierownicy. Przymocował rower do barierki i natychmiast ruszył truchtem, jakby nie chcąc dawać sobie czasu do namysłu. Powoli uregulował oddech i po chwili wszedł w miarowy rytm biegu. „Możesz robić odpoczynki, możesz zrobić z tego marszobieg” – powtarzał sobie. „Chodzi tylko o to, żebyś się porządnie wypocił”. Już wtedy wiedział, że chodzi nie tylko o to. Miał przecież swój kodeks. Własny kodeks postępowania, który narzucił sobie w dorosłym życiu; skoro jest akcja – musi być reakcja, jak jest wina, to musi też być kara. I nie trzeba koniecznie czekać, aż Bóg ją na nas ześle. Można Go w tym wyręczyć.

2 km przebiegł jednym ciągiem. Padł na trawę ledwo żywy ze zmęczenia dopiero na szczycie wzniesienia u podnóża „Wielkiej szklanki różowej oranżady” – jednej z artystycznych instalacji rozsianych w różnych punktach miasta. Nie był w stanie kontynuować biegu. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Drugą połowę dystansu pokonał marszem, trochę tylko podbiegając. „Zero kondycji! I ty podobno chcesz przebiec  półmaraton w tym roku?” – nie trudził się z szukaniem odpowiedzi. A przecież naprawdę chciał. To było jedno z jego noworocznych postanowień. Szykował się do tego biegu, sumiennie przyjeżdżając tu trenować nad kanałek nawet w zimie. Chciał zaimponować żonie. Nie opuszczała go wizja wyścigu, w którym prawie mdlejący ze zmęczenia mija metę i pada w jej ramiona. To byłoby coś! I ona rzucająca mimochodem w towarzystwie: „a wiecie, że Marek przebiegł Run for Warsaw”. Zawsze chciał się odróżniać; być inny, ciekawszy niż spotykani znajomi. Znajomi, bo przyjaciół przecież nie miał.

Do domu wracał trasą przez Pl. Wilsona. Serce Starego Żoliborza! Tu krzyżowały się wszystkie drogi. Zarówno te rzeczywiste, czyli linia metra i tramwajów, jak i te, które łączyły się w sercach i wyobraźni ludzi. Nie sposób było mówić o Żoliborzu, nie mając przed oczami Pl. Wilsona. Stanowił punkt orientacyjny, miejsce spotkań i spacerów mające magiczną moc przyciągania. Pobliskie wieże kościoła, kino Wisła, park były tu od zawsze i harmonijnie łączyły się w jedną przestrzenną kompozycję. Były nierozdzielne. Sama zaś  nazwa placu, zmieniająca się kilkakrotnie na przestrzeni lat, stanowiła pułapkę i test na „warszawskość”. Marek sam niewybrednie przezywał tych, którzy wymawiali nazwę placu z angielska. „Wilsona nie Łilsona, wieśniaku!” – mruczał często pod adresem nowych mieszkańców stolicy. Często robił rundkę wokół placu; tutaj kawiarnia Wedla, dalej zupełnie nowe bistro, kebab. Plac powoli odzyskiwał swoją tożsamość. Znikały banki, a w powstałych na ich miejscach lokalach gastronomicznych, które wychodziły ze stolikami na trotuar, kłębiła się kolorowa klientela. Szkoda, że już mało kto mu się kłaniał – był tym rozczarowany.

W mieszkaniu przywitał go przyjemny chłód. Otwarte szeroko okna zrobiły swoje i już było czym oddychać. Usiadł na łóżku i wziął do ręki alkomat. Zacisnął w zębach ustnik i dmuchnął, nadymając się mocno i wydychając całe powietrze zgromadzone w płucach. Urządzenie zapikało i na wyświetlaczu pokazały się migoczące cyfry. „Ile to k…a jest” – parsknął, szukając po omacku okularów. 0,5! Teraz wstał, podszedł do okna i ponownie nadął policzki. Poczekał na reakcję alkomatu z zamkniętymi oczami. „0,5, a jest dopiero 11.00!” – z ulgą odłożył przyrząd. „Jak to dobrze, że piłem tylko piwo”.

Poczłapał do łazienki i wyregulował strumień prysznica. „Bez wygłupów, żadnych zimnych biczów” – nie był aż tak zdesperowany, a poza tym takie rzeczy robili pewnie tylko bohaterowie fikcji literackiej. On był realny. Stał pod łagodnie spływającą wodą dobre pięć minut. Przetarł ręcznikiem zaparowane lustro i przyjrzał się swojemu odbiciu. „Stary jestem” – pomyślał. Jak to mawiał jego teść? „Gdy czterdziestka mija dłuższa torba niż fuzyja”. „Bo ja wiem?” – wzruszył ramionami.

Wrócił do pokoju i przebrał się w świeże ubrania. Stał przy oknie, wycierając włosy i spoglądając na znajome podwórko. Przy śmietniku chwilowo było pusto. Tylko starsza pani z psem na smyczy beztrosko deptała wypielęgnowany trawnik, paląc papierosa. Pani Wanda! Cofnął się dwa kroki w głąb pokoju. W lodówce oprócz przysłowiowego światła było mleko, serek topiony i trochę innych produktów. Na górnej półce złowrogo srożyła się butelka Wyborowej. „Muszę iść do Merkurego!”.

W pobliżu było kilka małych spożywczych, ale Marek pozostawał wierny swoim przyzwyczajeniom. Zakupy robił w DH Merkury, wybudowanym w 1960 roku, tj. w roku, w którym przeprowadzili się na ul. Filarecką i poszedł do 194. podstawówki Dalej jego pamięć nie sięgała. Postawiono go z białej cegły w tym samym czasie co pobliską szkołę i Radę Narodową (kto dzisiaj mówi „Rada Narodowa?”). Stary, dobry Merkury! Przez długie lata – pozbawiony konkurencji – pełnił  rolę handlowego centrum Żoliborza, mimo swoich oczywistych niedostatków i społemowskiej siermiężności. Odkąd pamiętał, w sklepie pracowały te same osoby. Dzisiaj już starsze panie, głośno rozmawiające między sobą, nie przejmowały się zbytnio obecnością klientów. W dziale mięsnym kupił dwie galaretki z kurczaka i pasztet drobiowy. Obok – ruskie pierogi. Jeszcze tylko masło i chleb. Najlepszy na świecie razowiec z formy, produkowany od zawsze wg tej samej receptury przez żoliborską piekarnię. Poczuł głód i przyśpieszył kroku. Na ławeczkach, w parku koło teatru stali bywalcy. Kiedyś, w przypływie szczodrości dał im 50 zł. Może z żalu nad cudzą mizerią chciał zrobić dobry uczynek? Albo może sam był pod wpływem? Już nie pamiętał. W każdym razie unikał powtórnych spotkań, aby nie odpowiadać na uniżone pozdrowienia i odwracać wzroku od porozumiewawczych, pełnych nadziei, spojrzeń. Jeszcze trochę obolały po porannym biegu zasiadł przy stole. Jedzenie w dalszym ciągu sprawiało mu przyjemność, chociaż głośno kokietował „że ma chamskie podniebienie i jada tylko po to, żeby nie być głodnym”.

To była część jego wizerunku „twardego faceta”. Taksówkarza obracającego się w trochę nieciekawym światku, pracującego o dziwnych porach, skomplikowanego wewnętrznie samotnika. Odstawał od stereotypu taksówkarza i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Więcej, dawało mu to dużo satysfakcji, kiedy np. pasażer zaskoczony jego erudycją pytał: „Panie, a właściwie kim pan jest z zawodu?”. Ludzie, przyzwyczajeni do tego, że kierowcy mają niewiele do powiedzenia traktowali ich „z góry”. Jak ta pani upierająca się, ze Leopold Tyrmand popełnił samobójstwo. Nie dała się przekonać, była nawet obrażona, że on – „zwykły cierpiarz” może być odmiennego zdania. Albo ta – kiedy wymienił nazwiska wszystkich czterech żon Ernesta Hemingwaya – zamilkła na kilka kilometrów. Tak, to było cudne. W takich chwilach czuł się jak ktoś wyjątkowy i było mu z tym dobrze. Na stole leżała zaczęta paczka papierosów. Marek podszedł do ściennego kalendarza i zakreślił na czerwono aktualną datę. Potem zgniótł w dłoni paczkę L&M-ów i wyrzucił do kosza na śmieci. „Od dzisiaj, teraz już na pewno” – naprawdę czuł się zdeterminowany.

Po namyśle sięgnął do kosza i wyciągnął pudełko. Podsunął je pod kran i odkręcił wodę. Znał siebie; nie raz zdarzało mu się wyciągać ze śmietnika taką połowicznie unicestwioną paczkę. Teraz jest ok! Dla porządku dmuchnął jeszcze raz w alkomat. Urządzenie zamigało na zielono. 0! „Tak powinno być” – mruknął do siebie. Odłożył je z ulgą na półkę. „I jeszcze godzina do rozpoczęcia zmiany!”.

Samochód zostawił na ul. Rydygiera, na parkingu koło komisariatu. Żeby tam dotrzeć trzeba było zagłębić się w malownicze uliczki pieczołowicie odnowionej części dzielnicy. Uśmiechnął się na tę myśl. Przejdzie przez „Jojko”, czyli podwórka przy pl. Hempla jeszcze z 1930 roku. Trzypiętrowe kamienice, ustawione w dwóch, stanowiących lustrzane odbicie, rzędach błyszczały w słońcu bielą świeżych tynków. Później zatrzyma się na ul. Kochowskiego, przed willą Stanisława Dygata i Kaliny Jędrusik. Sam dom nieciekawy – taki socjalistyczny klocek, schowany za wysokim murem, w gęstwinie drzew owocowych nie raził, mimo sąsiedztwa wysmakowanych brył przedwojennych willi. Uliczki wysadzane były akacjami i lipami. Skąpe trawniki ciągnęły się wzdłuż murów posesji. Właśnie murów; białych, wysokich na 2m z zadaszonymi bramami. Trudno tu o siatkę ogrodzeniową – ordynarny wynalazek powojennej rzeczywistości budowlanej. Na ul. Wieniawskiego dom Czesława Niemena. Wypełniający róg Al. Wojska Polskiego, skryty pod obszernym kapeluszem ceglanego dachu z wystającymi kominami. Niewiele osób wiedziało, że to był jego dom. Marek przyprowadzał tu gości, którym chciał zaimponować znajomością dzielnicy lub elegancją otoczenia, w którym mieszkał – nie wiadomo czym bardziej. Nie da się ukryć, był takim nieszkodliwym snobem. Zapytany kiedyś przez koleżankę z Lublina czy coś szczególnego odczuwa jako rodowity warszawiak mieszkający na Starym Żoliborzu? odpowiedział: tak, uzasadnione poczucie wyższości!

Komisariat stał „oparty plecami” o tory kolejowe Warszawy Gdańskiej – granicy pomiędzy Śródmieściem i Żoliborzem. Tylko ta granica i oczywiście linia Wisły przystawały do historycznego zarysu dzielnicy. Marek znał takie ciekawostki. Dużo czytał o historii Żoliborza i ten temat oprócz wyścigów konnych na Służewcu stanowił jego pasję. Chociaż „pasja” to właściwie nieodpowiednie słowo. On był typem „oświeconego dyletanta” – osoby mającej sporą acz powierzchowną wiedzę w wielu dziedzinach.

Nie był ornitologiem, ale odróżniał ponad 60 gatunków ptaków i znał łacińskie nazwy niektórych z nich. Nie był krytykiem literatury, ale z pewnością największym znawcą twórczości Ernesta Hemingwaya wśród taksówkarzy. O Żoliborzu też wiedział więcej niż jego przeciętny mieszkaniec. Opowiadał w taksówce skąd nazwa „Joli borg”, że Cytadela nigdy nie pełniła funkcji obronnych i gdzie mieszkał Jacek Kuroń. Nie zdarzyło mu się narazić na polemikę. Ludzie słuchali z otwartymi ustami, demonstrując zarówno nieznajomość tematu, jak i uznanie dla jego oratorskich talentów.

Jego skoda stała osamotniona w kącie parkingu. O tej porze większość jego użytkowników była już w pracy. Nie ma co się śpieszyć, dopiero za 2-3 godz. zacznie się czas powrotów i zwiększona ilość zleceń. Marek zostawił kanapki i butelkę Cisowianki w bagażniku i usadowił się na przednim siedzeniu. Włączył terminal i zalogował do strefy. Był trzeci. Na Żoliborzu czuł się bezpiecznie i regulaminowe 10 min. na dojazd do klienta go nie przerażał. Co innego np. na Woli, nie mówiąc już o dzielnicach po drugiej strony Wisły. Był wychowany w kulcie lęku przed Pragą i to się nie zmieniało. Generalnie oceniał, że zna miasto w 40-60 proc. On – rodowity warszawiak, pracujący od czterech lat jako taksówkarz! Z nawigacji korzystał w wyjątkowych przypadkach. Podzielał pogląd, że automapa zwalnia z konieczności myślenia, kombinowania i tym samym utrudnia zapamiętywanie adresów. Ale w mieście jest około ośmiu tysięcy ulic! Niespodziewanie odezwało się radio, wyświetlając zlecenie: „Forteczna 16”. To po drugiej stronie parku. Rzadko używał pełnej nazwy „Park im. Stefana Żeromskiego”. Wśród jego rówieśników wiadomo było, jakie miejsce masz na myśli mówiąc „park”. To też kawał historii. Jego budowę rozpoczęto jeszcze przed wojną, a do dzisiaj pozostał prawie w niezmienionej postaci. Ubywało tylko starych drzew, zmieniała się nawierzchnia alejek i ogrodzenie. W jego centrum niezmiennie królowała fontanna ozdobiona naturalnej wielkości postacią dziewczyny z dzbanem. Wszyscy nazywali ją „Alina”. Trochę nielogicznie, bo tamta od Juliusza Słowackiego nosiła w dzbanie maliny, a tej parkowej lała się z niego woda. „Chyba jednak jesteś upierdliwym nudziarzem” – pomyślał z humorem. Kiedyś przychodził do tego parku na sanki. Była tu spora górka – jedno z nielicznych miejsc w pobliżu Pl. Wilsona, gdzie dzieciarnia mogła pozjeżdżać. „Na śledzia”, „na koguta”!

Wtedy stromizna wydawała się niebezpieczna, a jechało się bez końca. Dzisiaj to był tylko niewielki pagórek. Upływ czasu w cudowny sposób skracał odległości i zmniejszał rozmiary zapamiętanych miejsc. Park był wypielęgnowany; zieleń poddana fachowym zabiegom specjalistów, centrum kultury w starym forcie Sokolnickiego, kawiarenki, leżaki. To miejsce stało się modne, tak jak i cały Żoliborz i częściej teraz w parku widywało się kolorowe grupy młodzieży niż babcie z dziećmi.

Na Fortecznej chyba mieszkał Janusz Weiss. Marek kolekcjonował nazwiska znanych osób –mieszkańców pobliskich uliczek i malowniczych zaułków. Potrafił rozwodzić się nad tym jak chodzą ubrani albo jakiego mają psa. Oni byli jak znane budowle i place, stanowili o wartości dzielnicy, przydawali jej splendoru. Miło było pomyśleć, że za tym płotem na Haukego-Bosaka mieszkał Andrzej Wajda, zaraz obok Daniel Passent, Radosław Piwowarski itd., itd. Gdy opowiadał o nich pasażerom, czuł się jakby osobiście ich znał i pozostawał w koleżeńsko-sąsiedzkich stosunkach. Chyba jednak był snobem. Żoliborz – niegdyś kulinarna pustynia – dzisiaj obfitował z liczne knajpki i bary. Tylko wokół placów  Wilsona i Inwalidów Marek naliczył ich jedenaście. Wraz z nastaniem kapitalizmu skończyło się marnowanie przestrzeni publicznej. Wyższe czynsze zlikwidowały pseudo-biznesy, a ludzka przedsiębiorczość dokonała reszty. Nagle okazało się, że niespodziewanie liczna grupa ludzi gustuje w jedzeniu na mieście, w spędzaniu czasu w zacisznych wnętrzach lokali, nad kieliszkiem wina. Marek większość z tych miejsc znał z perspektywy taksówki, którą podjeżdżał po klientów, ale niektóre – jak pizzeria Retro czy Kotłownia na ul. Suzina – odwiedzał i lubił. Jego życie towarzyskie, po wyeliminowaniu kolegów-meneli, ograniczało się do najbliższej rodziny, więc rzadko zachodził do takich miejsc. Potrafił narzekać na czerwone wino podane z lodówki albo ignorancję kelnerów, ale generalnie podobało mu się, że takie wyjątkowe i odświętne kiedyś zachowanie stało się dostępną codziennością. Klasa takich przybytków dostosowana była do poziomu możliwości finansowych mieszkańców. W końcu Żoliborz – pozbawiony przemysłu i dużych zakładów pracy, mimo kilku enklaw zamożności, był dzielnicą ubogą.

Marek pamiętał jeszcze bary mleczne – ten relikt socjalistycznej rzeczywistości, tak potrzebny i popularny, że jego powrót do łask wydawał się naturalną koleją rzeczy. Często w nich bywał, a smak śląskich z pieczarkami czy kotletów pożarskich pozostawał w pamięci do dzisiaj. Na rogu ul. Cieszkowskiego i Słowackiego był taki bar. Nazywali go „Pod trupkiem”, bo poprzednim najemcą lokalu był zakład pogrzebowy. Tam w porze obiadowej można było spotkać połowę jego klasy, bo w latach kiedy życie spędzało się na podwórku z kluczem do mieszkania zawiązanym na szyi, rodzice nie mieli czasu gotować. Do kucharek mówiło się „ciociu”, a uśmiech lub dowcip pomagał w zdobyciu większych porcji. Dzisiaj „pod trupkiem” ulokowała się apteka, taka sama sterylna i bezosobowa jak setki innych. Z dwupiętrowej kamieniczki na Fortecznej wyszedł mężczyzna w średnim wieku objuczony walizką. „Oho! Centralny albo lotnisko” – ocenił Marek i wyskoczył z samochodu, żeby pomóc gościowi zapakować bagaż. „Hello” – pozdrowił go pasażer. „Jeszcze lepiej” –  pomyślał. Mimo kiepskiego początku dzień zapowiadał się nieźle. Wprawdzie przed nim dziesięć godzin jazdy, ale później znowu tutaj wróci. Wróci na swój Żoliborz.

Marek Siwak