20 Lip

Michał Jagiełło: Jaroslav Hašek – wydobyty

Dzięki Annie Dorocie Kamińskiej dotarło do nas dwadzieścia sześć krótkich tekstów Jaroslava Haška pochodzących z lat 1902-1921, podzielonych na Szkice z Tatr i Podhala, Szkice z Galicji, Szkice znad rosyjskiej granicy oraz Szkice ze świata wielkiej polityki. Tom może być traktowany jako przyczynek do recepcji autora Przygód dobrego wojaka Szwejka, które znamy w przekładzie Pawła Hulki-Laskowskiego, można jednak czytać te opowiastki bez wchodzenia w ich literackie walory, lecz jako pretekst do komentarzy o relacjach czesko-polskich i polsko-czeskich na przełomie XIX/XX wieku. Jak pisze Aleksander Kaczorowski w interesującym wstępie zatytułowanym Hašek w Galicji:


w 1901 roku, gdy Jaroslaw Hašek zawędrował do Galicji, ta odległa prowincja monarchii habsburskiej była dla jego rodaków synonimem nędzy i zacofania, a zarazem ucieleśnieniem polskich przywar. Czescy urzędnicy, którzy osiedlali się tam począwszy od pierwszych dekad XIX wieku, traktowali nakaz pracy w tych stronach nieledwie jak zsyłkę. Niewpuszczani do domów szlachty znali ten kraj jedynie z perspektywy prymitywnej pańszczyźnianej wsi i biednych, tonących w błocie żydowskich miasteczek.

I dalej powiada, że na ogół „nie mieli ukształtowanej tożsamości narodowej i nawet w domu mówili po niemiecku […]”. Ale to właśnie „z takich rodzin wywodzili się Jan Matejko, Jan Styka, Leopold Staff czy Karol Szajnocha”. Cytowany autor wtrąca w tym miejscu: „Nie wydaje się, by Hašek cokolwiek o tym wiedział”.
A zatem i ja się dołączę i wspomnę o Edwardzie Jelinku, Czechu, historyku literatury i publicyście zainteresowanym polską kulturą. Jak piszą autorzy Wielkiej encyklopedii tatrzańskiej Jelinek „przyjeżdżał często do Polski, także od 1887 kilka razy do Zakopanego i Tatr, których był wielkim miłośnikiem”. Latem 1892 roku komitet gości zakopiańskich pod przewodnictwem Walerego Eljasza-Radzikowskiego urządził w Dworze Tatrzańskim, zwanym kasynem, „uroczyste spotkanie publiczne” dla czeskiego gościa. Uczestniczył w nim i Kazimierz Tetmajer, o czym pisał w korespondencji dla krakowskiego „Kuriera Polskiego”:

Pomiędzy tłumnie zebraną publiczność wprowadzono miłego gościa z Pragi i ofiarowano mu na pamiątkę szkatułkę w oryginalnym stylu góralskim rzeźbioną, z szarotkami za szkłem na wierzchu, rzecz bardzo ładną. Wewnątrz, na ozdobionym widokami z Tatr papierze, znajdował się napis, który odczytał p. Walery Eljasz, napis mówiący, iż my Polacy,
którzy tak mało mamy przyjaciół, wdzięczni jesteśmy za każdy dowód sympatii i Edwarda Jelinka uważamy za naszego przyjaciela.

Po wystąpieniu gospodarza uroczystości oraz okolicznościowych mowach gość

wzruszony, w serdecznych, dobrą polszczyzną wypowiedzianych słowach dziękował za przyjaźń naszą, zapewniając nas nawzajem o swojej głębokiej, prawdziwej przyjaźni. […] On wie, że Czesi kochają Polskę, mimo chwilowych, cząstkowych prądów przeciwnych, on wierzy, że sojusz bratnich narodów wywalczy wolność. Zwiedził całą Polskę, a wszędzie ogarniał go smutek – tu, w górach, przyszedł szukać swobodnego oddechu, swobody, która oby owiała całą Polskę. – Ze wszystkich tytułów, jakie dali mi Polacy – kończył mówca – najdroższym mi jest tytuł przyjaciela, albowiem wobec Polaków mam sumienie czyste.

Pito też „zdrowie Czechów, pionierów cywilizacji zachodniej” i oczywiście głos ponownie zabrał dostojny gość, mówiąc, że „wspomnienie o dzisiejszym dniu zachowa do ostatniej godziny. Nie tylko góry go tu ciągnęły, ale i towarzystwo polskie, zbierające się w Zakopanem ze wszystkich zakątków starej Polski”. I w tym momencie Włodzimierz Tetmajer, starszy przyrodni brat Kazimierza,

powstał z kielichem w ręku i wzniósł toast na cześć ludu, z którego tak my się odrodzimy, jak się zeń odrodzili Czesi. Nie my w surdutach, ale ci ludzie w serdakach, siermięgach i sukmanach, to nasza przyszłość i nasze zbawienie. Pod tym względem czeski lud służyć nam może za wzór. Kiedy w 1620 roku wyginęła na Białej Górze czeska szlachta, kiedy mieszczaństwo się zniemczyło, chłopi czescy przetrwali wszystko, naród odrodzili, naród z jednej bryły, którego się wrogowie lękają. Nasz lud ma to samo zadanie i spełni je.

Kazimierz Tetmajer nie omieszkał podkreślić, że młodemu mówcy – a Włodzimierz liczył sobie trzydzieści jeden lat – „winszowano powszechnie”.
W połowie sierpnia tegoż roku do Zakopanego zawitał Klub českých turistŭ w Pradze – trzydzieści pięć osób, w tym siedem pań – o czym można było się dowiedzieć z kolejnego sprawozdania Kazimierza Tetmajera: „Pogoda trwa od dawna i goście czescy mogli zwiedzać Tatry bez przeszkód. Witano ich bardzo serdecznie i bardzo tłumnie”. I zaraz trzeźwo też komentował: „Mowy, które z obu stron wypowiedziano, gorące były i serdeczne. Szkoda, że często słowa zostają tylko słowami…”
A my dopowiedzmy, że Jelinek publikował właśnie w swojej ojczyźnie Pozdrav z polských Tater („Nedělni listy” 1892), Zakopané v polských Tatrach („Svetozar” 1892); ten drugi tekst ukazał się też jako osobna broszura z rysunkami W. Eljasza i S. Witkiewicza (1892). Niestety, ich autor zmarł w marcu 1897 roku, mając zaledwie czterdzieści dwa lata. „Biesiada Literacka” informowała, że 7 sierpnia tego roku „szlachetna myśl, rzucona przez artystę-malarza Walerego Eljasza, a dotycząca pamięci nieodżałowanego Edwarda Jelinka, już została urzeczywistniona. W uroczystym zakątku tatrzańskim, w Dolinie Strążyskiej, na skale przy drodze za Kominami, odsłonięta została […] tablica żelazna ze stosowną dedykacją. Mimo rzęsistego deszczu w uroczystości uczestniczyło około 700 osób”. Tablica istnieje do dzisiaj.
Nawet gdyby Hašek wiedział o tym – nie pasowałoby mu to do ogólnej tonacji opowiastek pogrążonych w nędzy, błocie i innych galicyjskich, czyli polskich przypadłościach. Czytajmy: „Nareszcie pewnego dnia uroczyste dźwięki trąbki, którą kiedy indziej miejscowy pasterz zwoływał rano stada, oznajmiły Sopolnicom, że jego wysokość książę pan Zagórski zawitał w te okolice, żeby strzelać do zajęcy, wieprzy na polach, brudnych dzieciaków na miedzach i gęsi na pastwiskach” (Rybak Gulaj).
Autor – jak powiada Aleksander Kaczorowski – „przez większą część dorosłego życia utrzymywał się z wierszówek”, a zebrane przez Annę Dorotę Kamińską szkice, kpiarskie felietony i zwyczajne złośliwości zamieszczał w różnych czasopismach – nie zważając na zdarzające się mu tu i ówdzie głupotki. Świadome, jako że kpiarzowi wiele ponoć uchodzi, a może bezwiedne? Niechaj to rozstrzygają znawcy, a nawet wyznawcy czeskiego pisarza. Sam z obowiązku sprawozdawcy informuję, że znajdziemy tu Poprad i Zakopane, wzmiankę o grocie w Kopie Magury, gdzie rzeczywiście odnaleziono kości niedźwiedzia jaskiniowego, ale także o tym, że bohaterowie jednej z opowieści przebywali – z łaski pisarza – czas jakiś w Krakowie i okolicy „między Mazurami…” Mamy tu nawiązanie do rzeczywiście istniejącego sporu między Węgrami a Polską (Galicją) o Morskie Oko – rozstrzygniętego na naszą korzyść przez sąd polubowny w 1902 roku, ale jakby tego było mało, autor wmawiał czytelnikom (1913): „Do dziś jeszcze nie rozstrzygnięto, do kogo należy Szczyrbskie pleso w Tatrach” – bo rzekomo po „północnej stronie płacą podatki Galicji, po południowej – Węgrom”. Jest nawet opis wypadku na Łomnicy, która ponoć znajdowała się na samiutkiej granicy węgiersko-galicyjskiej i to w dodatku „nad Morskim Okiem”. Pisarz zarządził to tylko po to, aby móc się pastwić nad tępotą i bezdusznością wszelkiego rodzaju mundurowych – niezależnie od administracyjnej ich przynależności. Aż w trzech humoreskach odnosił się do owego wypadku: Akcja ratunkowa, Kiedy człowiek spadnie w Tatrach oraz Nieszczęście w Tatrach – i mimo że drukował je w latach 1911-1913, a więc kiedy to od jakiegoś czasu ratownicy z Zakopanego niejednokrotnie swobodnie działali „po tamtej” stronie granicznej grani, osadził akcję wcześniej. Nie ma się zresztą czemu dziwić, tylko opowieść o zajściach przed powstaniem TOPR (1909) umożliwiła autorowi sprzedanie tych utworków bez narażenia się na sprzeczność między stanem faktycznym a opisywanym.
Spieszę wytłumaczyć, że i ja także – przy całej mojej postępującej zresztą z wiekiem żarliwości tatrzańskiej – doceniam spojrzenie pisarza z zewnątrz na taternickie i ochroniarskie sekty, na przykład: „Przyjaciele – powiedział strażnik żandarmerii. – Tego pana, co spadł z Łomnickiego Szczytu, mamy za kratkami. Spadł do kosówki i znalazł go patrol żandarmerii. Złamał osiem drzew, więc żeśmy go zamknęli. Po tym oświadczeniu zespół ratunkowy się rozszedł” (Akcja ratunkowa).
Smaczków jest w tym intrygującym zbiorze wiele. Zdarzają się także wstawki wręcz reportażowe: „Po lewej rosyjskie krzaki, po prawej austriackie krzaki. A zatem droga przez ten gąszcz, którym szliśmy, należy do Austrii. Szliśmy w ciszy, wsłuchując się w śpiewy ptaków w brzozowym gaju, kiedy nagle z rosyjskich krzaków wynurzyły się dwie pary rąk w zielonym mundurze. Silne ręce wciągnęły nas przez rosyjskie krzaki do rosyjskiego cesarstwa […]” (Przechadzka przez granice). Jako pilny czytelnik wszelkiego rodzaju przypisów i komentarzy przepisuję dla PT Czytelników uwagę autorki wyboru, że dziełko to opublikowane w 1910 roku zatytułowane Sprawiedliwość w Rosji, podpisane zostało pseudonimem Josef Pexider. „Szkic ten nawiązuje do przygód samego Haška, który został zatrzymany na granicy austriacko-rosyjskiej i spędził w związku z tym pewien czas w areszcie w Krakowie”.
Kapitalny jest Felieton bożonarodzeniowy pod twardym tytułem Jak bolszewicy odwołali Boże Narodzenie, a zaczynający się na serio: „Bolszewicki rząd komisarzy ludowych w Petersburgu odwołał święta Bożego Narodzenia. Na szczęście nie dotyczy to Ukrainy, więc bożonarodzeniowy felieton może się ukazać. Gdybym napisał go w Petersburgu, z pewnością spędziłbym Boże Narodzenie w Twierdzy Pietropawłowskiej”.
Skąd Ukraina? Bo tam w połowie grudnia 1917 roku w czasopiśmie „Čechoslovan 7” ukazał się ów tekst. Skąd tam takie pismo? Bo na żyznych ziemiach ukraińskich żyło wielu osadników i z nich oraz z jeńców rosyjskich właśnie w tym czasie utworzono Korpus Czechosłowacki w Rosji (Legiony Czechosłowackie). „Hašek został redaktorem gazety legionowej w Kijowie, pisał patriotyczne agitki i humoreski” – podaje Aleksander Kaczorowski. Otwórzmy zatem tom na stronie, na której Jaroslav Hašek przypominał na gorąco, że bolszewicy „zdążyli odwołać całkiem sporo”, a mianowicie:

wolność prasy, wolność bezpieczeństwa osobistego, wolność przekonań, wolność noszenia czystej koszuli bez narażenia się na podejrzenia o bycie „burżujką parszywym”, wolność posiadania w kieszeni czterdziesto rublówki Kiereńskiego, wolności myśli… No, popatrzcie na niego, kontrrewolucjonistę, o kontrrewolucji myśli.

I wreszcie podsumowanie w sam raz na katorgę: „ale znalazłaby się tylko jedna rzecz, której nie odwołali, mianowicie obietnica złożona przez Lenina cesarzowi Wilhelmowi, że w Rosji nieźle narozrabia”.

Wartość podarku, jaki nam ofiarowała Anna Dorota Kamińska, polega i na tym, że wydobyte przez nią z czasopism teksty – niezależnie od stopnia ich literackiej klasy – aż się proszą, żeby je obudowywać pytaniami, a zatem – i dodatkowymi lekturami. Dobry trop podsuwa przywoływany już parę razy autor wstępu, który tak komentuje przytoczony wyżej cytat o cesarzu Wilhelmie i Leninie: „Nie był więc, jak widać, pierwszym naiwnym. Mimo to parę miesięcy później zdezerterował z legionów i dotarłszy nie bez przeszkód do Moskwy, zgłosił się na ochotnika do Armii Czerwonej”. Zdolny chłopiec – wkrótce został „komisarzem politycznym bolszewickiej Piątej Armii […]”; chyba nie od zaopatrzenia w cebulę… Kto ciekaw, niech popływa w literaturze przedmiotu. Mnie bardziej interesuje Inna Galicja Danuty Sosnowskiej (Warszawa 2008) – o nędzy widzianej przez przybyszów z Czech, opracowanie o mieszkańcach galicyjskich wsi przesiedlających się do pracy w przemyśle na Śląsku Cieszyńskim po tamtej stronie Olzy, i dopiero tam, na przełomie XIX/XX wieku, stają się świadomymi Polakami. Świadomymi i zorganizowanymi do tego stopnia, że pod koniec 1918 roku zdołali opanować Cieszyn, a następnie zawrzeć porozumienie z miejscowymi Czechami, dzieląc Śląsk Cieszyński w zasadzie według kryterium etnograficznego. Ze strony polskiej występowała Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego, ze strony czeskiej Národni výbor pro Slezsko. Wydawało się, że to tymczasowe porozumienie będzie trwałą podwaliną pod zgodne współżycie obu narodów. Rychło jednak sprawa wymknęła się czynnikom lokalnym, zaprzątając Pragę i Warszawę. Dla Czechów był to teren ważny gospodarczo, robili więc wszystko, by przejąć go w posiadanie i dlatego – mając poparcie Ślązaków i Niemców – postanowili rozstrzygnąć sprawę na drodze wojskowej. W styczniu 1919 roku armia Czechosłowacji ruszyła na północ. Pod Skoczowem nad Wisłą doszło do ostrej trzydniowej walki. Wojsko polskie z trudem wypchnęło atakujących. Ale Czechosłowacja miała swojego prezydenta Tomáša G. Masaryka, znakomicie poruszającego się wśród alianckich elit politycznych i intelektualnych.
Twórcy i przywódcy Czechosłowacji nie mieli raczej sentymentu do polskich spraw. Aleksander Kaczorowski przytacza za niemiecką historyk (która zresztą część swego życia spędziła w Pradze) znamienne zdanie z listów Masaryka do Edvarda Beneša z tego okresu: „Polakom nie szkodziłoby, gdyby oberwali po pysku; przeciwnie, byłoby to z pożytkiem, ochłodziłoby niebezpiecznych szowinistów”. Według cytowanej badaczki: świadectwem tego, że już Masaryk w niedostatecznej mierze postrzegał realne życie polityczne sąsiedzkich narodów, może być inny jego list do tego samego adresata, w którym twierdził: „Nasi Niemcy w Pradze i gdzie indziej są już po naszej stronie. […] Nasi Polacy opowiadają się za nami, boją się być w Polsce, że tam nie będzie porządku”.
Masaryk odniósł jednak sukces, bo zamiast spodziewanego plebiscytu na spornych terenach, była decyzja Rady Ambasadorów podjęta w Spa 28 lipca 1920 roku o podziale Cieszyna i całego Śląska Cieszyńskiego wzdłuż Olzy. Stało się to pod nieobecność przedstawicieli Polski.
Takie jest tło polityczno-literackiej kpiny Z dziennika podróżnego Marszałka Piłsudskiego – co oczywiście „przygotowano na podstawie oryginału dziennika…” Już na pierwszej stronie mamy wyznanie:

Urodziłem się w listopadzie 1867 roku w Zułowie, w majątku Michałowskich, który potem, z żalu z powodu władzy Moskali, przegrałem w karty. […] W dzieciństwie spotykaliśmy się potajemnie i spiskowaliśmy przeciw Moskalom. Jeszcze dzisiaj tkwi mi w pamięci pieśń, którą wtedy śpiewaliśmy: Będzie Polska w imię Pana.

Bardzo śmieszne, prawda? No to może tylko perełkę z końca tekstu: „Francuzi to bardzo inteligentny naród, w Paryżu nawet trzyletnie dziecko mówi znakomicie po francusku”.
To prawda – jak czytamy w tak poszerzającym lekturę wstępie do tego tomu: „kpiny Haška z Piłsudskiego współgrały z poglądami Czechów”. Ale okazuje się, że dziś, na czwartej stronie okładki polecanego zbioru, sam Mariusz Szczygieł powiada: „wieńcząca książkę opowieść Haška o Piłsudskim w Paryżu – w postaci jego rzekomego pamiętnika – to najlepszy portret marszałka, jaki znam. Nikogo u nas nie byłoby stać na taki tekst ani dziś, ani 90 lat temu”.
Różne są upodobania. Nie ma się co wadzić po próżnicy. Wolę mieć w pamięci inną opinię znakomitego pisarza: „Dobrze się stało, że zebrano wreszcie jego teksty o Galicji sprzed stu lat, bo możemy się w nich przeglądać do woli”. Zapewniam: nawet jeśli ktoś nie przepada za krzywymi lustrami – dobrze, że mamy tę książkę. Gustownie wydaną. Kto przy niej pracował? Wymieńmy chociaż najważniejszych: projekt okładki, wnętrza, skład komputerowy – Studio Układanka, Anna Zagrajek; redakcja Anna Nastulanka; we wnętrzu wykorzystano widokówki ze zbiorów Leszka Kamińskiego.
I na zakończenie propozycje na poczet wznowienia. Po pierwsze, aby w nazwie Štrbské pleso tłumaczyć oba człony, a więc Szczyrbskie Jezioro. I po drugie, przyda się wyjaśnienie do stwierdzenia autora, że jezioro to „na węgierskich mapach oznaczone jest zniekształconą nazwą: Corda to” (Nieszczęście w Tatrach). A mianowicie: miejscowość znajdująca się u podnóża doliny, w której leży interesujące nas jezioro, to po słowacku Štrba, zaś po węgiersku Csorba; stąd w węgierskiej toponomastyce Tatr ma swoje ważne miejsce Csorbató.

Jaroslav Hašek, O Podhalu, Galicji i… Piłsudskim. Szkice
nieznane. Wybór i przekład Anna Dorota Kamińska, Oficyna
Wydawnicza Przybylik &, Warszawa 2013.