20 Lip

Gdybym miał młotek. Z Mirosławem Tomaszewskim, autorem powieści Marynarka, rozmawia Krystyna Chwin

Zanim zostałeś pisarzem, jako inżynier byłeś autorem kilku patentów z zakresu budowy maszyn. Dzisiaj rozmawiamy o twojej nowej powieści Marynarka. Na okładce książki jest ciemna postać w tle, kogo przedstawia ta fotografia?
Nie wiem, to propozycja grafika. Poprzednia wersja wyglądała nieco inaczej. Dlatego chciałbym na początku naszej rozmowy zapowiedzieć przywrócenie pierwotnej wersji okładki, łącząc jednocześnie literaturę z moim poprzednim zawodem [wyjmuje z teczki młotek].

To nie jest młotek przez ciebie opatentowany?
Młotek nigdy nie został opatentowany, podobnie jak wybijak rymarski i podkładka, którą przyniosłem. Użyjemy tych narzędzi w finale dramatu, jakim jest także każda rozmowa.

Mam nadzieję, że nie potraktujesz naszej rozmowy jako dialogu kolejnego odcinka któregoś z seriali… Do jakich pisałeś?
Chciałem podstępnie uniknąć tego pytania (śmiech), bo to nie jest główny nurt mojej działalności. Zwykle, gdy pytano mnie o to, gdzie pracuję, mówiłem „w usługach dla ludności”, bo taką funkcję spełniają seriale. Byłem jednym z kilku scenarzystów, rozpisujących odcinki przygotowane przez głównego scenarzystę. Najdłużej pracowałem w Pierwszej miłości, około czterech lat. Napisałem tam około 160 odcinków. Dla Galerii 9 odcinków. Był jeszcze epizod w gatunku zwanym doc-soup, ale zrezygnowałem z tej pracy po pierwszym odcinku. To haniebny format, nad którego rozpanoszeniem się w telewizjach ubolewam. Grają w nim amatorzy. Piszący dla seriali powinni uważać. To zajęcie może na zawsze zarazić estetyką sformatowaną na masowego widza. Gdy zaczynałem tam pisać, byłem już „zaszczepiony”. Miałem na koncie dwie powieści i kilka sztuk. Sporo się jednak w pracy serialowej nauczyłem. Współpraca ze scenarzystami, a szczególnie z Dominikiem Gąsiorowskim, była pouczająca. Nieocenionym doświadczeniem była także możliwość usłyszenia z telewizora swojego dialogu w wykonaniu aktorów i sprawdzenia czy suspens się udał.

Czytając powieść, odniosłam wrażenie, że informacje na twój temat na skrzydełku książki i w internecie nie są kompletne. Zastanawia mnie twoje umiłowanie i znawstwo muzyki widoczne w powieści – czy jesteś także muzykologiem?
Nie czuję się ekspertem w tej dziedzinie. Autor, który odważa się na pisanie powieści wielowątkowej, musi czerpać informacje z różnych źródeł. Wszechobecność muzyki w Marynarce wynikała z tego, że jednym z dwóch głównych bohaterów był punk-rockowiec, Smutny. Książka była wcześniej scenariuszem i chciałem, żeby w filmie brzmiała muzyka. Dlatego Smutny, a my razem z nim, postrzegamy świat poprzez percepcję audio. Mój bohater w każdym momencie filtruje rzeczywistość przez dźwięki, a ja przekazuję jego subiektywną wizję. Kiedyś słuchałem dużo muzyki, teraz zdobywam wiedzę głównie przez internet albo od żony lub synów, którzy tworzą muzykę. Sam do pracy potrzebuję obecnie absolutnej ciszy, w związku z czym nie czuję się już ekspertem od dźwięków. Cieszę się, że lektura skutecznie wprowadza czytelnika w błąd w tym zakresie, co bywa także, w moim przekonaniu, celem pisarza. Gdybyśmy pisali wyłącznie na tematy, na których się doskonale znamy, powstawałyby głównie dzienniki. Powieściowa wiarygodność polega często na manipulacji.

Przywołujesz różnego rodzaju muzykę, piosenki punk-rockowe, muzykę poważną w zależności od tego, jaka scena ma miejsce w powieści. Ale jest też w powieści wiele metafor porównujących osoby, głosy, do brzmienia muzyki, kształtów instrumentów. To też było zamierzone?
Oczywiście, jak wszystko w świadomej pracy jakiegokolwiek typu, nie tylko literackiej. W Marynarce nie tyle ważne są nazwy zespołów czy tytuły utworów, ale przesączona muzyką świadomość Smutnego, człowieka z tłumioną pasją, której eksplozję próbuje powstrzymać.

Chciałbyś komponować muzykę filmową?
Raczej wybierać ją jako dźwiękowe tło. Ale muszę przyznać, że kiedyś jednym z moich marzeń było zostanie gwiazdą rocka [śmiech]. Ponieważ jednak nie mam słuchu, miałem tylko jedno wyjście – ożenić się z muzyczką.

To jest właśnie dopełnienie… Kiedy piszesz czy tworzysz koncepcję książki, odcinasz się, nie słuchasz muzyki, potrzebujesz ciszy?
Tak, absolutnej…

A co wtedy robi muzyk, który jest w twoim pobliżu?
Jest w innym pokoju, najprawdopodobniej szuka muzyki w internecie albo uzupełnia swoją muzyczną stronę edumuz.pl.

Gdybyś w dwóch zdaniach powiedział, o czym chciałeś napisać powieść?
Dwa zdania lub 10 sekund mają amerykańscy scenarzyści, aby zainteresować producenta swoim pomysłem. W literaturze jest inaczej, ale spróbuję powiedzieć krótko. Napisałem powieść o tym, jak przeszłość, historia, determinują nasze życie. Stworzyłem postacie kata i ofiary, które swoim tragizmem ilustrują polski los. Starałem się pokazać zbrodnię i karę dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Marynarka, którą zakłada Smutny, jest symbolicznym strojem, który nosimy jako społeczeństwo na co dzień, czasem o tym nie wiedząc, przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Powieść jest także o tym, jak łatwo oceniamy ludzi, stygmatyzujemy ich tylko dlatego, że nie podzielają naszych poglądów. Nie zgadzam się na prosty podział na tych, którzy stoją tam gdzie my, oraz innych, spychanych tam, gdzie stało ZOMO. Wybaczanie zostawiam tym, którzy doznali krzywd, ale próbuję zrozumieć, jak działają mechanizmy zmuszające człowieka do czynienia zła, gdy nie z własnej winy wpadł lub został wepchnięty pod parowóz dziejów. Brakuje nam w dyskusjach, zarówno na forum prywatnym jak i publicznym, elementarnej empatii, niezbędnej, aby skutecznie rozmawiać, nawet jeśli przekonanie kogoś jest z góry skazane na niepowodzenie. Po co więc rozmawiać? Żeby kiedyś nie zacząć się zabijać.

W twojej powieści jest znacznie więcej wątków. Jest to również powieść polityczna, powieść z akcentami socjologicznymi, czyli powieść opisująca naszą współczesność, powieść o upadku człowieka, a także powieść o miłości i przyjaźni. Dla mnie najważniejsze jest jej zakończenie, ponieważ odsłania twój pogląd na to, co jest w życiu najważniejsze. Przemija polityka, upadek czy zmienny los, a tym, co ocala jest miłość i przyjaźń. Czy tak można rozumieć ostatnią scenę powieści?
Cieszę się, że tak to odczytałaś. Dla Smutnego to światełko w tunelu, przez który można przejść, jeśli ma się determinację i chęć wybaczenia, albo zapomnienia. Słowo „amnezja” było jednym z pomysłów na tytuł książki.

Jest to również opowieść o dwójce dziennikarzy, którzy chcą napisać książkę o Grudniu. Czy są to dziennikarze jednej z istniejących gazet?
Raczej jednej z wielu nieistniejących gazet. Tu chciałbym się wyraźnie odciąć od wszelkich podejrzeń o próbę zilustrowania rzeczywistych postaci i wydarzeń. Książka ma prawdziwe tło, ale jest od początku do końca fikcją.

A już się zastanawiałam, jakich dwóch autorów napisało książkę o Grudniu, snułam różne domysły na ten temat. Posługujesz się kompozycją tzw. szkatułkową, jesteś autorem powieści, w której dwaj inni autorzy próbują napisać i piszą w końcu książkę o Grudniu. Dlaczego twoja książka w książce jest dwuautorska?
Trudność w powstawaniu wewnętrznej powieści, tej w szkatułce, pokazuje, jak niełatwo pozbyć się części swoich ambicji na rzecz drugiego autora, zaufać komuś i oddać część splendoru. Ta nieudana współpraca indywidualistów jest także opisem ambicji, która zżera obie postacie, ale też z drugiej strony chciwości i łatwości zawłaszczania czyjejś pracy, jeśli ma się stanowisko i wpływy. Jako społeczeństwo mamy jeden z najniższych poziomów zaufania społecznego, co bardzo ogranicza zdolność do efektywnej kooperacji. Nie ufamy sobie, chociaż często nie bez powodu.

Opis współpracy dwójki dziennikarzy, redaktora naczelnego jednej z gazet i redaktorki, znakomicie pokazuje, jakie bywają relacje w redakcjach, jak też co się niekiedy dzieje w środowisku dziennikarskim. Skąd miałeś informacje na ten temat?
Muszę ponownie zaprzeczyć domysłom, że inspiracja tkwi w prawdziwych wydarzeniach i osobach. Opisałem sytuację uniwersalną, władzy i podległości, spotykaną w każdej, nie tylko korporacyjnej czy prasowej firmie. Miałem i mam w bliskiej rodzinie aż trzech dziennikarzy, ale nie zaczerpnąłem przykładów z ich opowieści. Czytam sporo gazet i one są moim głównym źródłem wiedzy o świecie. A jeszcze większym internetowe komentarze do artykułów. Tam wyzwolona szczerość obnaża potworne rzeczy, które rodzą się w głowach anonimowych autorów. Obraz świata jaki się z tego wyłania, jest straszny i „cuchnie”, jak to z prawdą bywa. Ale nie pocieszenia ani piękna tam oczekuję. Jerzy Kosiński szukał inspiracji do swojej powieści, odwiedzając w szpitalach umierających. Ja czytam komentarze i chyba dowiaduję się nie mniej.

A postać biznesmena Karola i jego losy, czy istnieje jakiś wzorzec, osoba którą znałeś?
Nie ma takiej osoby. Nie chciałbym zbyt wiele o niej mówić, bo musielibyśmy odkryć tajemnicę tej postaci, a ponieważ powieść jest utkana z sekretów, to przyjemność lektury będzie mniejsza, jeśli czytelnik zbyt wiele się dowie. Poza tym jak ognia unikam w powieściach umieszczania konkretnych osób. Zawsze jednak znajduje się ktoś, kto dopatruje się tam siebie.

Mówiłeś, że w tym jest jakaś tajemnica i nie chciałbyś jej odsłaniać.
Jest wiele tajemnic. Marynarka próbuje powiedzieć, że nie warto ufać swoim pierwszym wrażeniom. Kierowałem akcję w jakąś stronę, żeby później całkowicie zaprzeczyć oczekiwaniom. Tajemnice odkrywają się stopniowo, zgodnie z regułami klasycznej dramaturgii scenariuszowej, którą stosowałem w konstruowaniu fabuły. Mimo że książkę czyta się jak kryminał, nie jest nim.

Pisząc o niektórych sprawach czy wydarzeniach, równocześnie dystansujesz się od nich, jesteś ironiczny, uszczypliwy, w wielu miejscach dowcipny. Ironia pojawia się w wielu miejscach, zarówno w języku, jak i w opisie zdarzeń. Co cię najbardziej bawi w twojej powieści? Jesteś ironiczny w życiu codziennym?
Tak. Chwilami sarkastyczny, chwilami złośliwy, pewnie również cyniczny. Zacięcie komediowe nie opuszcza mnie nawet wtedy, kiedy podejmuję mroczne tematy. W pełniejszej formie realizuję je w zupełnie innych projektach.

Jakich?
Ostatnio jest to komedia Teściowa Hamleta, którą napisałem na scenę. Sztuka nie została jeszcze wystawiona, chociaż było już sześć terminów premier w trzech różnych teatrach. Mam nadzieję, że uda się to w tym roku. Właśnie w tej komedii próbowałem dać pełen upust swojemu cynizmowi, sarkazmowi i ironii. Jest to prawie farsa, ale z intencją mówienia także o rzeczach ważnych. Zawsze próbuję zderzać ze sobą komedię z tragedią. Obu tym gatunkom przynosi wiele dobrego, gdy nawzajem oglądają się w lustrze. To, co najbardziej bawi, to czyjeś nieszczęście. Temu, kto to zauważa, trudno być radosnym. Nie bez powodu mówi się o smutku komików.

Byłbyś świetnym autorem tego gatunku. Opisujesz świat, równocześnie dystansując się od niego i kpiąc z niektórych jego przejawów.
Chyba nie warto traktować życia śmiertelnie poważnie. Śmiech jest naszą jedyną bronią w walce o wieczne istnienie. Nie umiemy jej wygrać, ale możemy chociaż dumnie roześmiać się przeznaczeniu w twarz. Może z podobnego powodu humor rozkwita szczególnie pod presją dyktatur. Teraz już się tak nie chce Polakom żartować, jak wtedy, gdy byliśmy w radzieckim bloku. Różnica jest taka, że imperium śmierci jest niezwyciężone. Prawdopodobnie [śmiech]. Genialnie swój stosunek do śmierci wyraził Czesław Miłosz zapytany, co o niej sądzi. Jestem przeciw, brzmiała odpowiedź. Mój komediowy sposób widzenia świata został ukształtowany w technikum chłodniczym, gdzie miałem wyjątkowo zwariowanych kolegów, którzy dali mi pięcioletnie przedmaturalne studia poczucia humoru. Gdyby były oceny z tego przedmiotu, byłbym w tym gronie zaledwie średniakiem
z oceną 4 minus.

Pytałam cię o zainteresowania muzyką, ale odczytuję w powieści również inne twoje marzenia. Widzę, że oprócz tego, że chciałbyś być autorem muzyki do filmu, chciałbyś być również scenografem? To, jak ustawiasz i jak budujesz postaci, jak je ubierasz, jak tworzysz tło akcji…
Chętnie dorzuciłbym jeszcze do tego reżyserię, gdyby to nie był tak stresujący zawód. I pisanie scenariuszy, co jest oczywiste.

Czyli chciałbyś napisać scenariusz, do którego sam skomponowałbyś muzykę, zaplanowałbyś scenografię i byłbyś reżyserem tego filmu.
Tak, napisałbym muzykę, chociaż nie mam słuchu i wziąłbym całą kasę [śmiech]. Jeśli miałbym być ironiczny albo sarkastyczny, to powiedziałbym yeees, chciałbym być odpowiedzialnym za całość dzieła, ale wolałbym niczego nie wykonywać osobiście. W życiu pasuje mi pozycja obserwatora. Na boisku, gdy grałem w piłkę, jeszcze kilka lat temu, byłem zwykle lewym pomocnikiem.

Powiedziałeś całą kasę… Nie wierzę, że piszesz tylko dla kasy.
Oczywiście, że nie… inaczej nie pisałbym powieści. One nie przynoszą pieniędzy. Są wyjątki, ale w Polsce z pisania utrzymuje się niewielu, jak wiesz. Taka motywacja do uprawiania sztuki jest samobójcza. Jeśli ktoś liczy na to, że zarobi na tym, co napisze, to zwykle mu się nie udaje.

Czy utożsamiasz się z którymś ze swoich bohaterów, może z każdym po trochu, czy też dystansujesz się do stworzonych postaci?
Z każdym po trochu. W największym stopniu z postacią muzyka punk-rockowego, zwanego Smutnym, bo jego ironii, nie bójmy się tego słowa, dowcipowi, towarzyszy również smutek. Ale w powieści jestem nim najwyżej w 30 procentach, tych związanych z biernym anarchizmem i buntem. Nie chciałbym być jednak taki jak on. Reżyser, który zadzwonił do mnie, recenzując książkę, powiedział, że nie znosi takich ludzi, którzy nie wiedzą, czego chcą, wiecznie są z czegoś niezadowoleni i zamiast coś robić, szukają pretekstu, żeby wycofać się z życia, odgrywając rolę niedocenionego artysty.

I taki jest Adam?
Takim jest mój bohater, ale mam nadzieję, że nie ja…

Czy dlatego stworzyłeś kobietę, żeby podała mu ramię?
Tak, to jest jeden z oczywistych powodów, ale myśląc kategoriami komercyjnego scenariusza filmowego, kobieta jest niezbędną postacią, która musi towarzyszyć głównemu bohaterowi. Nina stacza ze Smutnym ciężkie boje, ale gdyby nie ona, to prawdopodobnie popełniłby kiedyś samobójstwo.

Ona przywraca go życiu?
Tak, w jakiś przewrotny sposób, kłując go bez przerwy szpikulcem, sprawia, że wciąż chce mu się żyć.

Masz też coś w sobie z Niny?
Mam ambicję, która jest jedną z podstawowych jej cech, mocno wyeksponowaną i chyba niewiele więcej. Nie potrafię utożsamiać się z postaciami kobiet, chociaż w Marynarce próbuję.

Szkoda, bo Nina jest stanowcza i konsekwentna, zmierza do celu, chce pisać  kolejną książkę o Grudniu, ale w końcu ustępuje swojemu mężczyźnie.
Tak, jest dopełnieniem postaci mężczyzny, któremu się nie chce…

…może nie może chcieć?
Na tym polega tragizm tej postaci. Przez historię swojej rodziny Smutny został napiętnowany. Wszelkie działania wydają mu się przeciwskuteczne lub bezcelowe. Nina przywraca go do życia.

Postać biznesmena ma coś z ciebie?
Nie, Karol to główna sprężyna, która porusza akcją, chociaż nie zawsze zgodnie ze swoimi intencjami. To jest człowiek, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Podejmował decyzje, które były moralnie i etycznie niewłaściwe, ale podejrzewam, że poważna część populacji postąpiłaby tak samo, gdyby znalazła się w podobnej sytuacji. I lepiej tego nie sprawdzać, jak zrobił to profesor Zimbardo w swoim słynnym eksperymencie.

Mogłoby to oznaczać, że byłbyś w stanie zrozumieć generała Jaruzelskiego i jego decyzje?
Mam wrażenie, że rozumiem generała Jaruzelskiego, natomiast go nie usprawiedliwiam. Przed potępianiem też się powstrzymuję. To jest dla pisarza sytuacja niebezpieczna, gdy zaczyna wydawać wyroki. Zostawiam to sądom i historykom.

Zdarzyło ci się poznać wojskowego lub milicjanta, który przyznałby się do tego, że wydał polecenie strzelania do ludzi? Czy opisujesz przebieg zdarzeń tak jak go sobie wyobrażasz?
Nie poznałem takiego wojskowego, ale myślę, że tak mniej więcej musiało być. Ktoś wydał rozkaz. Postać, którą wymyśliłem, robi to dlatego, że została poddana w wojsku indoktrynacji ideologicznej. W tamtym okresie, ale też i teraz, i zawsze, wojsko będzie tą instytucją, która formuje pewien typ człowieka. Równocześnie ci, którzy znaleźli się w armii zawodowej, a nie z przymusowego poboru, muszą już wcześniej posiadać pewne cechy. To jest zawsze pierwotne pytanie: czy ludzie, którzy popełniają jakieś czyny, dobre lub złe, robią tak dlatego, że znaleźli się w takiej sytuacji czy dlatego, że taki posiadają ładunek genetyczny? Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie, ale jestem zwolennikiem raczej tej drugiej, darwinowskiej tezy. Myślę, że człowiek, który idzie do wojska na ochotnika, jest już gotowy do oddania części swojej wolności. W tamtych, komunistycznych czasach była to część olbrzymia. Reszta jest konsekwencją wyboru, jakiego dokonała ta postać w młodości.

Biznesmen Karol, jeden z bohaterów powieści, człowiek rzutki, konsekwentny, bezwzględny, bogaty, równocześnie sponsor różnego rodzaju przedsięwzięć artystycznych, altruista pomagający ludziom, powszechnie szanowany, uwielbiany… I niespodziewanie okazuje się, że to właśnie on był dowódcą, który wydał polecenie strzelania do robotników w Grudniu?
Właśnie zdradziłaś drugi punkt zwrotny i puentę [śmiech].

Nie, w powieści jest tyle puent, że możesz posłużyć się równie dobrze inną puentą… Postać biznesmena jest pokazana w sposób sugestywny, z psychologicznym prawdopodobieństwem, budzący skrajne emocje od zaufania i szacunku do pogardy, a także współczucia w zakończeniu powieści… Czy na spotkaniach autorskich lubisz czytać fragmenty swojej powieści?
Nigdy tego nie robię. Pierwszy powód jest taki, że nigdy powieści nie kończę. Mam wieczny problem z uzyskaniem satysfakcji z napisanego zdania, akapitu, rozdziału… W pewnym momencie trzeba książkę oddać i stracić nad nią władzę. Dobrze jest to zrobić w rozsądnym momencie, w którym zaczyna się dalszymi zmianami szkodzić własnemu tekstowi. Marynarka szyła się długo. Potem jeszcze uzyskała bardzo dobrą redakcję ze strony wydawnictwa, ale wciąż jestem przekonany, że zaczynając ją czytać, widziałbym nowe, lepsze warianty każdego zdania. To mnie paraliżuje.

Kto zatem daje ci sygnał, że powieść jest już skończona?
Zmęczenie, znużenie, świadomość zapętleń, które zaczynają się pojawiać. Ale jest jeszcze drugi powód, dla którego nie czytam swoich powieści. Czytając, wychodzę z siebie, patrzę na siebie czytającego, jak w jakimś Życiu po życiu i mam wrażenie, że to jest komiczne. Nigdy jednak nie wydają mi się śmieszni inni pisarze, gdy czytają swoje powieści. Zwykle słucham ich z przyjemnością.

Czy to nie jest zbytnie zapętlenie spojrzenia na samego siebie?
Pewnie tak. Nie mogę się jednak pozbyć tej maniakalnej, uciążliwej autoironii. Jak widzisz, komizm sporo kosztuje. Jest jeszcze trzeci powód mojej niechęci do czytania na głos. W trakcie pracy serialowej napisałem 170 ponad półgodzinnych scenariuszy, które zostały wyprodukowane. Miałem okazję posłuchać swoich dialogów i wielokrotnie byłem zaskakiwany tym, jak doskonale one brzmią w wykonaniu zawodowych aktorów. To jest po prostu inny poziom, do którego nie mam szansy nawet się zbliżyć, więc nie warto próbować.

Interesuje cię również upadek człowieka, jego zmienne losy i nagły, z tajemniczych powodów, powrót na powierzchnię życia…
Upadek to tytuł książki, od której zaczęło się moje poważne zainteresowanie literaturą. Pamiętam, że ta książka w młodości mną wstrząsnęła. Podobnie jak inna mini-powieść Alberta Camusa – Obcy. A potem jeszcze Proces Kafki, który w jakimś sensie także jest zapisem upadku. Ten zestaw to moja egzystencjalna trylogia. Proces upadku, podnoszenia się z niego i ostatecznej kapitulacji, jest w jakimś sensie najciekawszą z ról, jakie przypadły nam w udziale. Jest zupełnie dla mnie nieinteresujące, oczywiście jako czytelnika, życie ludzi szczęśliwych. Życzyłbym sobie mieć takich wokół siebie, ale każdy toczy jakąś wojnę ze światem albo z samym sobą. Nie zniósłbym w książce galerii postaci permanentnie szczęśliwych, chyba, że byłaby to publikacja z zakresu psychiatrii klinicznej.

Nieszczęście jest ciekawsze niż szczęście?
Znacznie. Odchodząc na chwilę od literatury, wystarczy włączyć jakiekolwiek wiadomości w telewizji. One żywią się wyłącznie nieszczęściami. Nawet jeśli pokazuje się tam roześmiane dzieci, to mają one łyse główki i przebywają właśnie na oddziale onkologicznym. Tylko w takim stanie potrafią przyciągnąć uwagę przeciętnego widza.

A rola przypadku?
Olbrzymia, dominująca, bezgraniczna.

Może jednak pokazałbyś mi, jak czytałbyś fragment swojej powieści?
No dobrze… [zaczyna czytać fragment powieści otwartej na przypadkowej stronie].
„(…) Przepis na lepszy świat był bardzo prosty. Adam łyknął pięćdziesiątkę zmrożonej czystej, zmienił w odtwarzaczu płytkę The Who na Massive Attack, zwiększył głośność do czwórki (…).”
No właśnie i tutaj… płytkę, dlaczego płytkę? Przecież mógłby to być pendrive albo jakikolwiek inny odtwarzacz, bo już nie kaseta. I dlaczego Massive Attack? Ten zespół odkryłem stosunkowo niedawno, a jest bardzo stary jak na rok 2005, w którym umieściłem akcję powieści. W zasadzie dawno wyszedł z mody. Wciąż nie wiem, jakie zespoły powinienem przywołać. Nie mogłem się posługiwać współczesnymi fascynacjami, zresztą są one w tej chwili dosyć nikłe, jeśli chodzi o muzykę. Nie obserwuję sceny muzycznej uważnie, jestem biernym słuchaczem. Dzięki internetowi, a raczej przez niego, nie ma już żadnego kanonu. Każdy ma swój, więc odwoływanie się do powszechnych upodobań nie ma sensu. No i właśnie tak wygląda moje czytanie. Wiąże się z olbrzymią ilością wahań, których wolę sobie oszczędzić.

Bardzo ważnym wątkiem, stanowiącym tło powieści, są biografie kilku uczestników wydarzeń Grudnia ’70, zarówno ich późniejsze życie, jak i ich „życie pośmiertne”. Pokazujesz świetnie wpływ tych biografii na klimat życia ich rodzin, klimat społeczny na różnych planach: na planie psychologicznym, egzystencjalnym, a nawet politycznym. Do czego były ci potrzebne te portrety?
Chciałem pokazać szeroką panoramę wydarzeń z różnych punktów widzenia. Losy społeczeństwa postkomunistycznego są w książce sklejone w mozaikę z pojedynczych portretów. Po to między innymi była mi potrzebna postać dziennikarki. Taka bohaterka może się swobodnie przemieszczać między różnymi ludźmi, którzy za chwilę fabularnie znikną, ale ich los jest na tyle unikalny i uniwersalny jednocześnie, że daje obraz całości w znacznie bogatszej formie niż opowiadany przez jedną czy dwie postacie. Te mini historie świadków są najmniejszymi pudełkami w szkatułkowej strukturze powieści.

Tworząc ich losy, sięgałeś do materiałów archiwalnych, innych książek? Co cię inspirowało?
W Grudniu zginął uczeń mojej szkoły – Stasiu Sieradzan. Był starszy, nie mieliśmy możliwości się poznać, nie wiedziałem nawet, jak wyglądał, ale czułem, że jego duch kręci się po korytarzach. Nie włączyłem go jednak do powieści, bo narzucałoby to zbyt duże ograniczenia. Wszystkie postacie są wymyślone, ale utkane z faktów, które są ogólnie dostępne w publikacjach dokumentalnych, gazetach i w sieci. Jedynym szczegółem, który wziąłem bezpośrednio z historii jest matka zapinająca krzywo guziki piżamy syna leżącego w trumnie. Wydała mi się bardzo wzruszająca i pozwoliłem sobie ją włączyć do książki, mimo że dotyczy konkretnej postaci. Cytatem jest także tytułowa marynarka, która zostaje w powieści przestrzelona. Biorąc pod uwagę, że w wydarzeniach grudniowych zostało rannych w Trójmieście ponad tysiąc osób i że byli to głównie mężczyźni (w latach 60. i 70. nawet robotnicy bardzo często chodzili do pracy w marynarkach), to ta przestrzelona marynarka wydała mi się uniwersalna. Potem, kiedy powieść była już gotowa, odbyłem pośrednią rozmowę z jednym z uczestników Grudnia. On sam już nie może się wypowiadać ze względu na chorobę, więc to żona prowadziła ze mną dialog. Myślała, że przestrzelona marynarka z powieści należała do jej męża. Znalazłem nawet w internecie filmik, na którym ten mężczyzna prezentuje marynarkę, którą miał na sobie 40 lat wcześniej. Tak więc z postacią, która została postrzelona w Grudniu w Trójmieście mogłoby się identyfikować wiele osób. Mój bohater jednak, a tym bardziej jego ojciec, jest figurą wymyśloną.

Marynarka jest w powieści atrybutem scenograficznym, socjologicznym,  symbolicznym, ironicznym, ale jest też elementem maskarady. Na bankiet integracyjny organizowany przez biznesmena przybywa Adam ubrany w marynarkę wyciągniętą z kartonu w piwnicy, nie wie (nie pamięta), że w tej marynarce został zabity w Grudniu w Gdyni jego ojciec. Kiedy biznesmen Karol, ubrany w „nową” marynarkę, sięga do kieszeni, okazuje się, że kieszeń jego marynarki jest pusta – nie znajduje w niej komórki, dlatego nie zatelefonowano do niego w przełomowej dla jego życia sprawie. Marynarka wykorzystywana jest nawet politycznie, „żyje innym życiem”. Jako eksponat i jako element dystansu autora wobec świata…
Po nieudanych próbach doprowadzenia Marynarki do ekranizacji zobaczyłem i zapisałem ten film w formie powieści. Byłem więc także jego scenografem, opisując każdy ważny detal.

Powieść pisana jest niczym kolejne kadry filmowe uwiarygodniające zdarzenia: dni, które oznaczasz, dokładnie opisujesz miejsca… Co byś odpowiedział któremuś z recenzentów, który potraktowałby tę powieść jako historyczną i powiedziałby, że to w ogóle nie zgadza się z wydarzeniami Grudnia 1970, że takich przypadków nie było?
Powiedziałbym, że po wielu latach to, co zostaje z wydarzeń historycznych, jest tylko narracją niedostępną dla nas w żaden wiarygodny sposób. Nasze wyobrażenia o historii zmieniają się wraz ze społeczno-historyczną świadomością, a kształtowane są zarówno przez fakty, jak przez mity. W Polsce nawet co do faktów bardzo trudno dojść do porozumienia. Na przykład Okrągły Stół negowany przez tych, którzy nie brali w nim udziału, a nawet przez tych, którzy brali – następuje całkowite oderwanie faktów od rzeczywistości. Mgła smoleńska może być prawdziwa albo sztuczna, do wyboru, i takie dwie wersje będą już powielane zawsze siłami mitów napędzanych przez walkę polityczną.
Wielka przyjemność, radość i sens tworzenia polega na tym, żeby oderwać się od tego, kreować nowy świat i zapraszać do niego swoich gości. Sądzę, że życie zwykle pisze słabe scenariusze, wbrew ogólnie panującej opinii. Pisarz albo scenarzysta mają szansę stworzyć ciekawszą historię, niż gdy zajmuje się tym przypadek czy los… Prawdę zostawiam dokumentalistom, a sam próbuję tworzyć historie, które mają taką moc uwodzenia, żeby zaczęły dominować nad faktami. To się już wielu innym udało. Na przykład, ile jest prawdy w Potopie? Czy w Kanale? Kiedy myślimy Powstanie Warszawskie, prawie nikt nie sięga do dokumentów. Pojawiają się automatycznie sceny z filmu Wajdy, ale czy było tak, jak to nakręcił? Ile z tego wymyślił scenarzysta, Jerzy Stefan Stawiński?

Krzyżacy?
Również są dziełem literackim. Perspektywa historyczna zanika, a władzę nad przeszłością przejmują wizje twórców.

A film o Wałęsie? Nie uciekajmy tak daleko…
Również. To jest jakaś osobista wizja scenarzysty i reżysera snuta na tle faktów.  Pragnąłbym, żeby to, co zostanie po Grudniu, było w jakiejś części wizją z Marynarki. Bezsensowne, megalomańskie i szkodliwe byłoby marzenie o tym, żeby zawłaszczyć  cały ogląd przeszłości przez swoją pracę, ale parę puzzli może uda się w ten zbiorowy obraz wstawić. Powstał Czarny czwartek, który w poważnym stopniu już wyznaczył pewien sposób widzenia Grudnia i będzie dominujący, być może już na zawsze. Mój „film” jest przede wszystkim o współczesności, a nie o Grudniu.

Jesteś pisarzem, jesteś scenarzystą, dlatego ciekawi mnie, jaki jest twój ideał serialu
i ideał scenarzysty filmowego. Czy masz swoje ulubione typy?
To się pokrywa, bo ci, którzy tworzą najlepsze filmy czy seriale są jednocześnie najlepszymi scenarzystami. Na pierwszym miejscu postawiłbym Sześć stóp pod ziemią, dalej Rodzina Soprano, Breaking Bad, In treatment, Homeland, Mad Man, House of Cards, Damages, Treme, The Killing. W dwóch ostatnich spory udział miała polska reżyserka Agnieszka Holland. Osobno trzeba wymienić genialny brytyjski Black Mirror. Z komediowych wskazałbym na Californication, Big Bang Theory, ale ostrożnie, bo poczucie humoru dzieli ludzi bardziej niż poglądy polityczne.

Jesteś autorem trzech patentów. Co to są za patenty?
Nie są to rzeczy szczególnie doniosłe. Informacje o nich podałem po to, żeby zainteresować czytelnika takim oryginalnym pisarzem [śmiech], który jednocześnie jest autorem patentów. Pracowałem przez 13 lat jako inżynier w Radmorze, większość tego czasu spędzając na konstruowaniu maszyn i urządzeń technologicznych, a potem wdrażaniu ich do produkcji. Trzy z nich uzyskały patenty. Ten, z którego jestem najbardziej dumny, to automat wiertarsko-frezarski, który kilkukrotnie skracał proces wytwarzania detali. Urządzenie produkowało przyciski dwóch rodzajów z profili aluminiowych, w sposób całkowicie zautomatyzowany, nawiercając dwa otwory i tworząc fazkę z obu stron. Ten rodzaj przycisków nie jest już produkowany przez firmę od wielu lat.

Więcej patentów nie będzie?
Inżynierskich na pewno nie, ale każda powieść jest pewnego rodzaju nowym patentem, a każdy jej rozdział wnioskiem racjonalizatorskim.

Patenty są prawdziwe, bohaterowie są wymyśleni…
Chociaż słowa są czasem mocniejsze od stali. Zmieniłem zawód nie bez powodu.

Andrzej Biernacki: Czy twoja perspektywa opisu w powieści jest prawdą roku 2005, czy to już jest właśnie twoja mityczna prawda? Inaczej: czy chciałeś ten rok oddać takim, jakim on był w Polsce, czy też przeciwnie: chciałeś oderwać się i zbudować swoją własną mitologiczną Polskę 2005?
Wybór roku 2005 na akcję powieści wynikał z algorytmu budowania chronologii fabuły. Potrzebowałem bohatera, który w momencie dziania się powieści jest osobą niespełna 40-letnią. Mężczyzna w tym wieku ma jeszcze moc przyciągania, uwodzenia, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, którzy pragnęliby być supermenami, nawet jeśli przegranymi. Jednocześnie musiał mieć jakiekolwiek, choćby mgliste wspomnienia z grudnia 1970. Z czysto kalendarzowych spekulacji wynikało, że to powinien być rok 2005, 2006. Uznałem jednocześnie, że śmierć papieża była takim wydarzeniem, które pozwala zakotwiczyć wyobraźnię w konkretnym czasie. Akcja zaczyna się w dniu śmierci JPII, żeby przypomnieć i wykorzystać powieściowo te skrajne emocje, które się w części społeczeństwa objawiły tego dnia. Nie było moim celem ilustrowanie konkretnie tego roku.

Ale są tam fragmenty pokazujące, czym żywi się nasza wyobraźnia, jaka jest nasza mentalność współcześnie.
Zależało mi na opisie Polski i Polaków w uniwersalnym wymiarze, jacy jesteśmy i będziemy, niezależnie od daty. Zresztą nie tylko Polaków. Także ludzi żyjących na początku XXI wieku w świecie zdominowanym przez media.

Mariusz Sobczyk: Jak ci się wydaje, czy twoje pierwotne wykształcenie techniczne ułatwiło ci lub utrudniło pisanie, czy jest obojętne w twojej pracy literackiej? Czy gdybyś miał możliwość rozpoczęcia życia od nowa, również rozpocząłbyś właśnie od podstaw technicznych?
Tu warto wrócić do tego wyboru, jakiego dokonuje mężczyzna, który chce zostać zawodowym wojskowym. Sądzę, że ta decyzja została podjęta już wcześniej, w momencie przysłowiowego poczęcia i to jacy jesteśmy w znacznym stopniu jest dziedzictwem naszych rodziców, a pozostałe wybory są w jakiś sposób wtórne. Myślę, że po moim tacie techniku już w jakiś sposób byłem tym inżynierem i nie miałem zbyt dużego pola manewru, aczkolwiek te utajone predylekcje humanistyczne zawsze we mnie tkwiły, raczej po mamie albo po jakimś dziadku. Nie miałem jednak odwagi, żeby pójść tym tropem i jak sobie dzisiaj o tym myślę, to mam dwa przeciwstawne odczucia. Najpierw powiem o tym nieistniejącym wariancie mojego losu, czyli takim, że wybieram studia humanistyczne. Byłaby to dla mnie z jednej strony droga przez mękę. W technikum kompletnie nie mogłem się porozumieć z moją polonistką, a na świadectwie maturalnym miałem prawie same piątki i tylko jedyną trójkę, z języka polskiego. Toczyłem z nauczycielką okrutne boje, chciałem być oryginalny, zapewne na siłę, a ona próbowała mnie osadzić w rzeczywistości Słowackiego, którego nienawidziłem bardziej niż chłopcy z Ferdydurke. Obawiam się, że podobnie mogłoby być na studiach polonistycznych. Nawet gdybym się na nie dostał, mógłbym się nie zmieścić w kanonie. Ale gdyby mnie nie przytłoczył ogromem swojego bogactwa i gdybym skończył te studia, wciąż marząc o zostaniu pisarzem, miałbym pewien handicap polegający na tym, że ktoś kto zalicza studia humanistyczne, nie ma problemów z przecinkami, z ortografią, zawsze wie, że „także” pisze się przez samo „ż”. Miałbym zapewne znajomych krytyków lub też kolegów, którzy zechcieliby mi pomóc – albo wręcz przeciwnie [śmiech]. A tak, pierwszymi literatami, których spotkałem, był mój szwagier Zbyszek Gach i potem ty, do której on skierował mnie po Pełnomocniku. Więc ten wariant losu jest nieznany i takim już pozostanie. Natomiast idąc dalej spełnioną wersją przeznaczenia…

To się nazywa historia alternatywna Mirosława Tomaszewskiego.
Tak, był taki film, Przypadek Kieślowskiego, który opowiadał o dwóch alternatywnych historiach losu. Film podzielony na dwie części. Opowiadał o tym, co by się stało, gdyby bohater wsiadł do pociągu, a co wtedy, kiedy się na niego spóźnił. Nie zdążyłem na ten pociąg, który odjeżdżał do stacji Humanistyka. Już tej drogi nie przebędę, natomiast stacja Politechnika, do której dotarłem, miała pewien wpływ na moją twórczość. Niech mi będzie wolno nieskromnie stwierdzić, że najsilniejszą stroną mojego pisania jest konstrukcja, czyli zaplatanie fabuły, która jest pewnym zbiorem matematycznych równań z wieloma niewiadomymi. To nie jest dokładnie tak jak w matematyce, że istnieje tylko jedno rozwiązanie. Czasem jest ich wiele, ale sprawność składania maszyn ze stalowych klocków oraz budowanie powieści to są umiejętności, które poza dziedziczeniem można w pewnym stopniu kształcić. Mam wrażenie, że w humanistycznym dziele techniczne studia i prace inżynierskie mogą być przydatne. Dzięki temu moje pisanie próbuje być w jakiś sposób konsekwentne fabularnie. Zawsze staram się pamiętać, że maszyna nie powinna tylko poruszać częściami. Musi coś produkować. Analogicznie, żadne zdanie ani słowo, jak śrubka i koło zębate, nie powinno być zbędne. Oczywiście, to się nie udaje, ale trzeba się starać. Może wtedy uda się zdobyć następny patent.

A „gdybym miał młotek” to co? [śmiech]
Czyli kończymy rozmowę, rozumiem? Dobrze. A więc strzelba, która zawisa na ścianie w pierwszym akcie, musi wystrzelić. Młotek przyniosłem po to, aby ocalić od zapomnienia oryginalny zamysł plastyczny Katarzyny Borkowskiej, autorki okładki Marynarki. Kiedy dotarł do mnie pierwotny projekt, zobaczyłem w zarysie tej czarnej postaci, o którą pytałaś na początku, małą białą plamkę. Wydawała mi się błędem, a po chwili zastanowienia stało się jasne, że ta plamka-otwór to ślad po kuli, która przeszła na wylot przez marynarkę, w jakiś tajemniczy sposób wtargnęła do wnętrza powieści i tkwi w niej, bo w tylnej okładce wylotu już nie ma. W ostatecznej wersji ten piękny znak plastyczny został wyretuszowany. Na okładkę nie miałem żadnego wpływu, ale nawet nie rościłem sobie do tego prawa, więc przyjąłem to z dobrodziejstwem inwentarza. Postanowiłem jednak ocalić od zapomnienia pracę Katarzyny Borkowskiej i przywrócić namalowany przez nią ślad wystrzału, od którego kiedyś wszystko się zaczęło.

Na wszystkich egzemplarzach uczestników spotkania, którzy przysłuchują się naszej rozmowie?
Wszystkim, którzy zechcą przywrócenia śladu po kuli mogę wybić otwór. Czy mam zrobić to w twoim egzemplarzu?

Bardzo proszę. To jest właśnie odpowiedź na pytanie „gdybym miał młotek”… [śmiech]. Tylko nie na wylot, nie przez całą książkę.
I jak ci się podoba?

Za mały.
To najmniejszy wybijak jaki znalazłem. Średnica mniej więcej odpowiada temu, co było na początku. Tym razem nie było to słowo tylko strzał.

Publiczna rozmowa Krystyny Chwin z Mirosławem Tomaszewskim o powieści Marynarka odbyła się w Gdańsku 20 grudnia 2013 roku, w Nadbałtyckim Centrum Kultury. Andrzej Biernacki i Mariusz Sobczyk, na których pytania odpowiedział autor, byli uczestnikami tego spotkania.