22 Paź

Agnieszka Urbanowska: Palce Julianne Moore

1.
Dominika Bruś, szeregowa pracownica popularnego portalu internetowego, wrzuciła ostatni news na swojej dzisiejszej zmianie (dotyczący monstrualnych palców u stóp Julianne Moore) i zaczęła się zbierać do domu. Ma do kogo?
W tym czasie kolega przy biurku obok rozważał – redaktor taki rozważny – czy w następnej kolejności powinien pójść kontent o przewidywanym rozwodzie najpopularniejszej pary w Hollywood, czy jednak zdjęcia (DUŻO ZDJĘĆ) wyłapujące w niemal mikroskopowym zbliżeniu niewydepilowaną pachę rodzimej piosenkarki. Szef dosłał mu właśnie zaniedbane stopy Bruce’a Willice’a. Dominika podejrzewała, że naczelny musi mieć jakiś związany z tym fetysz, bo newsy o stopach (nie dalej jak tydzień temu ze zdjęć wylewały się opuchnięte kostki ciężarnej zwyciężczyni muzycznego talent show) zajmowały wśród tematów czołowe miejsce. Ręce były nieco niżej, prowadziły oczywiście piersi, ale piersi to osobna sprawa, część ciała taka wyjątkowa.
Wyszła z biura wprost na ruchliwą ulicę pełną śpieszących się ludzi. Po drodze do domu wstąpiła do Rossmanna, bo potrzebowała kremu pod oczy i szczoteczki do brwi. Mijając rzędy tubek na półkach, zaczęła rozważać bazę pod cienie do powiek. Warto? W końcu zrezygnowała, bo wydatków w tym miesiącu miało ją jeszcze trochę czekać: kończy się podkład, a mieszkanie w kamienicy zimą jest droższe, nawet jeśli dzieli się je, wciąż na studencką modłę, z dwojgiem współlokatorów. Dominika marzy o urodzie Skandynawek (uszanowanko), idealnej cerze i tryskających zdrowiem policzkach, które nie potrzebują wspomagania. Tymczasem jednak gdy wychodzi z domu bez makijażu, ludzie pytają, czy jest chora lub informują współczująco, że „WYGLĄDA NA ZMĘCZONĄ”. Wow.
Zagospodarowawszy twarz, poczuła niespodziewane znużenie. Obok niej piegowata nastolatka z oddaniem i nieskończoną, właściwą swojemu wiekowi, wytrwałością testowała korektory do twarzy. Dominika pamiętała nieźle czasy, gdy drogerie ją samą napełniały adrenaliną, tyle możliwości autokreacji, uwypuklanie zalet, nowe propozycje, wow. A teraz, czy powinna czuć się winna, odrzucając balsam antycellulitowy, pielęgnację dedykowaną dekoltowi, skazując swoją skórę na łokciach na lawinę wolnych rodników? Zaniedbała pięty. Czy wkrótce będzie wyglądać jak Bruce Willice? Dużo pięt.
W życiu, generalnie, Dominika usiłuje zachować równowagę między śmiercią pod stosem preparatów a pragnieniem, by się spodobać miłemu mężczyźnie, stworzyć partnerski związek oparty na zaufaniu (a w przyszłości, być może, rodzinę). Wie, że terror urody, filozofia konsumpcjonizmu, szkoła frankfurcka, Foucault, Friedgood, Faludi. Skończyła przecież polonistykę (praca magisterska: Blask nieczysty. Doświadczenie metafizyczne w twórczości Czesława Miłosza na wybranych przykładach, pod kierownictwem samego profesora Halta). Dużo uszanowanka. Ale wie też, że badania nad zachowaniami ewolucyjnymi wykazały, iż mężczyzn pociąga gładka skóra, wysyłająca sygnał o płodności. Systemowi walki raczej nie wypowie, ale odkłada krem pod oczy. Rozsądnie?…

2.
Oczy Aleksandry (praca w sklepie wszystko po 4 złote, w małżeństwie od 20 lat, nastoletnia córka i dwóch małych synów) zlustrowały pobieżnie monstrualne palce Julianne Moore, po czym zupełnie już nieuważnie prześlizgnęły się po nagłówku o niewydepilowanych pachach oraz czyjejś ciąży. Ciemne, bardzo banalne przygnębienie, które od rana czaiło się w niej niczym mokre pisklę, odrywające niepewnie od tułowia lepkie skrzydła, nieco się przykurczyło. Nawet te wszystkie luksusowe kobiety, myślała, wyłączywszy komputer i machinalnie zbierając torbę na zakupy, portfel i klucze, nie są tak naprawdę idealne. Gdy zobaczy się je bez retuszu, wcale nie wyglądają lepiej od niej – kobiety bez zawodowych perspektyw, życia erotycznego, wymęczonej codziennością i opieką nad niedołężnym ojcem. Przed wyjściem z domu Aleksandra popatrzyła przez moment na własne odbicie w lustrze w przedpokoju: nadwaga, trochę siwych nitek w krótkich włosach, podkrążone oczy.
Ponieważ dziś miała wolny dzień, ruszyła do osiedlowych delikatesów, żeby po drodze zrobić małe zakupy. Kobieta stojąca przed nią w kolejce do kasy wyłożyła na taśmę nogi kurczaka, worki na śmieci i jakieś słodycze.
– Dwadzieścia jeden osiemdziesiąt sześć za pani przyjemności – oznajmiła kasjerka.
Przyszła kolej na produkty Aleksandry. Cytryna, kilo cukru, sok, owoce.
– Piętnaście pięćdziesiąt za pani rozkosze – poinformowała pani, wyraźnie akcentując „ę” i „ć”.
– Może kabanos w promocji? – upewnił się ze zblazowaniem profesjonalisty śmiertelnie smutny młody człowiek, który wychynął zza kasy.
Aleksandra nie dała się skusić na kabanosa i ruszyła spacerem przez osiedle. Zwykłe stare bloki (niektóre jeszcze szare i chropowate jak wielkie skamieliny, inne już ocieplone i ożywione bardzo, bardzo wesołymi kolorami), ale dużo tu zieleni, to ważne; kiedyś wiedzieli jak projektować takie miejsca: na każdym była szkoła, przedszkole, przychodnia, dużo drzew. Te nowe osiedla, szkoda gadać, ścisnąć jak najwięcej budynków na betonowym  placu, nie ma nic poza portierem i ogrodzeniem. Bez samochodu ani rusz.
Dotarła do pawilonów usługowych, może niezbyt pięknych, ale bardzo funkcjonalnych, a funkcjonalność jest tym, co Aleksandra ceni. Filia banku, apteka, punkt naprawy sprzętu elektronicznego, alkohole i fryzjer – kolejny przystanek na jej dzisiejszej trasie. Aleksandra recytowała sobie w głowie, co powie do pani Władzi: „Poproszę z tyłu krótko, można podgolić, z przodu dłużej”. Ciekawe, czy Władzia będzie chciała się zająć tym sama, czy zleci zadanie którejś z przestraszonych uczennic, otwierających szeroko oblepione sztucznymi rzęsami oczy.
Kilka kroków przed wejściem Aleksandra stanęła zaskoczona. Salon pani Władzi zniknął jakby podczas jednej nocy. Oczywiście nie była to prawda, od jakiegoś czasu coś się tam działo, ale można było sądzić, że właścicielka robiła mały remont. Tymczasem nad witryną błyszczał nowością napis: „DELICES”. Przez szybę – Aleksandra wpatrywała się ostrożnie – widać było wyraźnie, że w środku nie ma ani jednej paprotki i że co do jednego zniknęły zarówno gumowe główki manekinów z lśniącymi perukami, jak czarno-białe portrety kobiet na ścianach. Widać było za to wielkie lustra w niezwykłych ramach, nowiutkie fotele fryzjerskie i przedziwne lampy, a w końcu – dywan! Kto widział dywan u fryzjera?
Aleksandra po prostu by się wycofała, bo tak najczęściej robiła, gdy jakaś sytuacja napawała ją nieufnością. Pech chciał jednak, że jej sylwetkę stojącą w pełnej wahania pozie uchwycił w jednym z luster młody człowiek ze środka. Zanim zdążyła zareagować, wystrzelił jak petarda i ku konfuzji Aleksandry otworzył drzwi:
– Zapraszam, serdecznie zapraszam! Wyglądał trochę jak prezenter telewizyjny, a giął się wpół niczym kelner starej daty.
– Jestem Oliwier – przedstawił się.
Zbita z tropu Aleksandra wstydziła się spytać o cenę strzyżenia, więc zamiast tego wymamrotała coś o tym, że z przodu dłużej. Co więcej – dała się posadzić w królewskim fotelu.
Oliwier pogłaskał ją po włosach, trochę zniszczone, powiedział empatycznie. A potem Aleksandra dowiaduje się, iż jest właścicielką fryzury „pixie cut”, która doskonale podkreśla piękny kształt jej twarzy, a po odświeżeniu i wystylizowaniu będzie to robić jeszcze piękniej. – Dołożymy gratis kurację, przetestuje pani. – Oszołomiona, godzi się niemal bezwolnie na wszystko.
I zaczyna się: ciepła woda, Oliwier skacze wokoło i komponuje jakieś pachnące mikstury, Aleksandra najpierw próbuje zerkać, co tam się dzieje, potem z przyjemnością odpuszcza, zamyka oczy. Okazuje się, że młodzieniec jest z tych, z którymi można pogawędzić, ale na szczęście można i pomilczeć. Masaż, kolejne balsamy, teraz przejdziemy do stylizacji, w tym wszystkim uświadamia sobie zaskoczona, że czuje się mniej skrępowana i spięta niż przypuszczała. Stopniowo ogarnia ją obezwładniające odprężenie; Oliwier; piękne imię, brzmi jak parę kropel eliksiru Macadamian Oil Ultra Glow, który reklamują w telewizji. W pełnym oddaniu się tej nieco wstydliwej przyjemności przeszkadza jej jedynie natrętna myśl o wysokości rachunku.
Okazuje się on faktycznie wysoki, a Aleksandra dokłada jeszcze napiwek. Żegna się z Oliwierem, łapie swój autobus, który wiezie ją do ojca do szpitala. Wchodzi tam wciąż jeszcze trochę nieobecna. Zapach środków dezynfekcyjnych walczy wokół niej z zapachem fryzjera, ale ten drugi ma większą moc.
Zostawia ojcu owoce, odbiera rzeczy do prania, odciąga jego uwagę od jęków nowego pacjenta, którego właśnie wwieźli do 124. Wreszcie organizuje jednorazową miednicę z grubego papieru (że też coś takiego nie przepuszcza wody, myśli) i myje mu nogi, czerwone, nabrzmiałe i twarde, obrzękłe od niewydolności serca. Nie może znaleźć ręcznika. Gdy szuka czegoś, czym mogłaby go zastąpić, nachodzi ją nie wiadomo skąd myśl o tym, że ktoś kiedyś wycierał stopy włosami. Dalej czuje się ciężka, nieco senna, szczęśliwa; i gdyby nie krótka fryzura, z entuzjastycznej wdzięczności wobec Oliwiera byłaby niemal w stanie zrujnować całą jego pracę, uciekając się do podobnego gestu. Decyduje się jednak na jednorazowe ręczniki znad umywalki. Podobne ekstrawagancje nie byłyby na miejscu w szpitalnym otoczeniu.
Aleksandra nie ma pojęcia, że wczoraj do salonu „DELICES” trafił jej mąż Aleksander. Ostatnio nie rozmawiają zresztą zbyt dużo.

3.
– Czy mogę wejść przed panią? Potrzebuję tylko recepty – kilka godzin wcześniej zacharczał pokornie profesor Halt w przyszpitalnej poradni kardiologicznej. PRL nie nauczył go wygrywać w kolejkach. Każdy wyraz raził profesora w gardle jak ziarnko gryki.
– Tu, proszę pana, każdy tylko po receptę – wypluła wrogo czterdziestoparolatka bez brwi. Profesor był tylko przypadkową ofiarą skumulowanej frustracji. Kolejka nabrzmiała do ogromnych rozmiarów. Przeorani systemem ludzie wiercili się nerwowo lub trwali w kamiennym marazmie. Halt był tego świadom. Przeczekał paroksyzm bólu, który strzyknął go w udzie i podreptał karnie na koniec drewnianej ławki. Warknięcie czterdziestoparolatki uruchomiło szmerek, w większości zrozumienia.
– O czwartej trzydzieści, busem z Rzeszotar.
– Tu już nie czas na uprzejmości.
– Niby mówi po receptę, a siedzi kwadrans.
– Niektórym nie brak zimnej krwi.
Szmerek przeszedł potem w monotonny rytm wyliczanki – to staruszki przerzucały się tym, co która ma sztuczne.
– Biodro.
– Rzepka.
– Szczęka.
– Staw.
– Biodro.
– Rzepka.
– Szczęka.
– Staw.
– Biodro.
– Rzepka.
– Szczęka.
– Staw.
Jedynie drzwi oddzielały proletariat w poczekalni od raju, który składał się z przedsionka- sekretariatu oraz gabinetu lekarskiego. Dobiegał zza nich właśnie głos rezydującej w sekretariacie pani Grażyny, klarującej zaprzyjaźnionej pielęgniarce, że jęczmień na oku najlepiej potrzeć złotem. Grażyna może jej na jutro przynieść pierścionek, jeśli Marzenka nie ma.
Halt przeważnie starał się radzić sobie sam. Opierał się w ten sposób nieuchronnie zbliżającej się fali starczych upokorzeń. Córkę wołał w ostateczności, jak na przykład w grudniu, gdy przyszedł i okazało się, że termin ma owszem na czternastego, ale grudnia 2015. Godzina trzynasta czterdzieści pięć, dostał od pani Grażyny karteczkę. Córka zapisała go wtedy na przyszły tydzień prywatnie. I kazała wcześniej zabrać dokumentację. Słusznie, lekarz powinien mieć badania na papierze. Przyszedł więc znów do pani Grażyny.
– Dzień dobry, chciałbym się zwrócić o kopię dokumentacji medycznej – rzekł i z odrazą złapał się na tym, że dyga. Spojrzał porozumiewawczo w stronę przepastnych szuflad za biurkiem Grażyny. Literki G-H, tam leży jego plik.
Grażyna złapała jego wzrok i surowo strzepnęła spojrzenie profesora z szuflad, niczym krnąbrną muchę z jedzenia.
– Pójdzie do działu administracji – skierowała wzrok Halta za okno, na sąsiedni budynek – i złoży podanie. Poczeka 30 dni i dostanie do ręki albo pocztą.
– Nie da się wcześniej? – pyta błagalnie Halt, jak zawsze zapominając, że płaszczenie się nic nie da.
– Jeśli do ZUS-u, to można się zwrócić na piśmie, żeby szybciej.
– A jeśli nie do ZUS-u?
– No to proszę pana, to nie jest tak, że pan sobie wyciągnie i pan ma. Są procedury – obraziła się Grażyna.
Zgaszony Halt wywlókł się z gabinetu. Jednak i tak czuł się wtedy mniej bezradny niż tego dnia, gdy przyszedł na umówiony zabieg, a jego lekarz pojechał na urlop. Ponieważ zabieg był umawiany prywatnie, nikt inny go nie przyjął i trzeba było czekać kolejny miesiąc. Halt wraz z kapciami, torbą sportową, wytartym szlafrokiem i piżamą wrócił posłusznie do domu.
Teraz siedział przed progiem trzecią godzinę, a gdy nadeszła czwarta, poczuł, że ziarno gryki z gardła zeszło mu do krtani i zaczyna go dławić. Szarpnął desperacko drzwi do pani Grażyny.
– Proszę czekać, doktor ma pacjentów – zagrzmiała.
Halt zatrzepotał rękami, chciał zakrzyknąć, ale złapał się tylko za klatkę piersiową i rozejrzał niepewnie.
– No i czego się denerwuje, jeszcze zawału dostanie – Grażyna nie straciła zimnej krwi, lecz wstała zza biurka. – Marzenka, chodź tu, bo mi pacjent schodzi, nerwowy taki. Marzenka wtargnęła do pokoju, ale wtedy już podłoga stała się grząska i Haltowi rozmyło się wszystko oprócz wyraźnego jak nożem kroił uczucia, że coś zadzierzga mu się na grdyce. Zanim stracił przytomność, słyszał krótkie jak węzły wyrazy: RTG, serce, EKG, elektrolity. Zatrzymano go w pokoju 124.

4.
Najważniejszym przedmiotem badań profesora Halta był Kazimierz Trzmulski – nazywany nieco przesadnie czwartym (sporadycznie piątym, z uwagi na Norwida) polskim wieszczem. Ten wybitny prozaik i eseista, laureat literackiego Nobla w roku 1919, urodzony w chłopskiej rodzinie, wykształcony w Petersburgu, zawdzięczał Haltowi imponująco szczegółową monografię swojego życia i twórczości. Pierwszą – i miałoby się ochotę napisać, że na długie lata ostatnią, nie sposób bowiem wskazać aspektu, którego naukowiec nie naświetlił w swoim 6-tomowym opus vitae.
Halt nie robił jednak teraz podsumowań. Otrzeźwił go ból, promienisty jak trylion strzał. Na nogach miał kołdrę, pod skórą mrok Mordoru. Miał wrażenie, że kołdra udziergana jest z pokrzyw. Dejanira, zadrwił w przebłysku trzeźwości. Grzmot skurczu przetoczył mu się przez piersi. Kołdra wżarła się w uda. Kolano po betonie na szkolnym podwórku. Udo, granitowy słup. Brzuch, supeł cierpienia. Profesor wyprężył ręce do góry, by uciec na sznur, dopadł go jednak duszący grad. Uciekłby, wył, ale nie miał na to energii. Oda wyczerpania, przypomniał mu się rozdział książki Trzmulskiego. Gdyby ból mógł rozrywać, pękłby nie tylko Halt, ale i wszystko, co ze szkła w promieniu czterech metrów.

W warszawskim okresie swojego życia Trzmulski wstawał o siódmej. Jadł śniadanie, które przygotowała gosposia, Jadzia Bielska spod Gorzowa (przykładowe menu zob. ryc. 16), pisał przez dwie godziny w pokoju wschodnim, przy mahoniowym biurku, które można oglądać do dzisiaj w muzeum jego imienia. Potem szedł na spacer z dziećmi. Najstarsza córka, Helenka, była jego ulubienicą – przypominała bardzo pierwszą żonę Trzmulskiego (por. ryc. 10 i 21). Anna, jego druga żona, miewała pisarzowi za złe, że faworyzuje dziewczynkę. Na rękopisach z tego czasu zauważyć można zagięcia rogów, małe rozdarcia, plamy po brunatnym płynie, który mógł być herbatą1. Są one pełne skreśleń, nerwowe. Jedną z przyczyn mogła być choroba, która uprzykrzała życie Trzmulskiego. Cierpiał on na zmiany skórne (prawdopodobnie atopowe zapalenie skóry – objawy wymieniał w liście do Maszy Domańskiej z 12 września 1918) i skarżył się, że przeszkadzają mu znacznie w skupieniu (list do Franciszka Fic-Roga z 7 lipca 1918 – Archiwum KT 198655/23a/IX/4).

Gdy profesor Halt z porwanych myśli zszył już dobrych kilka modlitw o śmierć, pochylił się nad nim lekarz. Miał znajomą twarz. A może sanitariusz. Trzymał strzykawkę.
Była to twarz Kazimierza Trzmulskiego.

Porównanie brulionów powieści przynosi ciekawe odkrycia. Pierwsze szkice zawierały dużo więcej wątków osobistych. Pisarz nie zawahał się nawiązywać w nich do swoich wczesnych doświadczeń erotycznych (ze służącą w domu rodziców, Karolką, zob. rozdz. 5), homoerotycznej fascynacji szkolnym kolegą Tadeuszem Hercenem (zob. zdjęcie – ryc. 4). Ich język był kwiecisty, momentami ocierający się o sformułowania grafomańskie.
Dopiero później ewoluował w większą lapidarność i surowość stylu. W brulionach pojawiają się pewne błędy rzeczowe, skorygowane później dzięki pomocy bibliofila i historyka Edmunda Frankiewicza. Informacje przekazane przez niego w liście z 5 marca pisarz włączył do powieści w nieznacznie tylko zmienionej formie.

Ból odpuścił nieznacznie, kołdra zsunęła się trochę, a raczej została uniesiona.
– A KUKU! UHUHUHUHU! – ucieszył się jak dziecko Kazimierz Trzmulski i przestudiował dokładnie jajka profesora.

5.
Od tamtego dnia w salonie „DELICES” rozpoczyna się u A. sekretne szaleństwo. Bywa u Oliwiera z częstotliwością hamowaną jedynie przez obawę kompletnej kompromitacji. Uwielbia moment, gdy bierze on w palce kosmyki po obu stronach twarzy, badając ich długość, tę chwilę napiętego poszukiwania symetrii; uwielbia szczypanie maszynki na karku i to, gdy na dłoniach kula pianki jak biała pomarańcza, za oknem ulica, pas lukrecji, i A., co nią nie jedzie, ręce Oliwiera jak błogosławieństwo z cukru. A. wyobraża sobie przez chwilę, że jest Julianne Moore, która staje przed fotoreporterami i oddaje im się cała, niech biorą co chcą. Odchyla się i spada, powieki opadają złocistą kaskadą, sekwencja pawich oczu.
A. marzy o znalezieniu fryzjera, który ogoliłby go brzytwą, co niestety okazuje się niewykonalne. Są tylko maszynki, a to znaczy, że nie ma pędzla do golenia, piany na twarzy, uważnych, krótkich ruchów ostrza, zespolenia śmiertelnego niebezpieczeństwa poderżnięcia gardła i komfortu pewności, że nic się nie stanie.
Zaczyna więc oglądać w sieci filmy o goleniu, marzy o podróży do tureckiego Hammamu. Pochłania to coraz więcej czasu, więc kupuje córce osobny komputer, by tam w spokoju mogła wylewać swoją duszę na portalach społecznościowych i blogu.
Wymyka się do drogerii i sklepów, by szukać muśnięć pędzli do makijażu, im bardziej luksusowych, tym lepiej. Ma wtedy nadzieję, że sprawia wrażenie męża kupującego drobiazgi dla żony, zdradzają go jednak przymknięte oczy, z jakimi wdycha, szuka i czuje. Pytanie ekspedientki przywraca A. do świata. Nie na długo jednak, bo kolejnego wieczoru znów przemierza chyłkiem ulice miasta, czai się za drzewami, umykając przed popłuczynami światła z telewizorów za oknami parterowych mieszkań. Wkrótce ta sylwetka była już dość znana, zwłaszcza ochroniarzom i ekspedientkom, które nie miały wątpliwości co do zboczonej natury tych zachowań.

6.
Dominika Bruś wróciła do domu, czyli pokoju w starej kamienicy, do której wyprowadziła się tamtego roku, gdy wszystko się posypało. Do dziś nie wiedziała, co było przyczyną czego: czy jej postępujące wypalenie w agencji reklamowej, czy problemy z narzeczonym, czy kredyt, czy jeszcze coś innego. Spędziła wtedy dwa tygodnie w łóżku, grając na komórce w kulki, jakby chciała nie dać swojemu zbombardowanemu mózgowi szansy na myślenie. Pamięta, jak połączone kolorami grupy kulek rozbryzgiwały się kolejno, pyk, pyk, pyk, pyk, pyk. A potem długie szukanie pracy, w trakcie którego przejadła pożegnalną premię za swoje niegdysiejsze, najlepsze hasło reklamowe (dla proszku As: „As – czysty blask”), używane zresztą do dzisiaj. I w końcu trafiła do kamienicy pod św. Wincentym.
„Swoją drogą, dlaczego akurat Wincentym?” – naszło ją przy otwieraniu drzwi wejściowych.  Zamknęła je i zrobiła krok do tyłu. Popatrzyła w górę. Nad drzwiami było małe okienko, od zawsze czarne i pokryte tłustym kurzem. Nigdy właściwie nie poświęciła mu dłuższej uwagi. Jednak gdy wytężyło się wzrok, na oknie rysowały się nieokreślone linie i kształty. Wiedziona nagłym impulsem, zeszła do piwnicy po stojącą tam zwykle drabinę, być może przez kogoś porzuconą, może zostawianą dla wygody przez dozorcę. Wdrapała się, wyciągnęła chusteczkę higieniczną i przetarła okno. Nie uzyskała jednak oczekiwanego przejaśnienia, bo brud był tak gruby, że tylko się rozmazał. Dominika wróciła z miską wody, mydłem, szmatą i kupionymi dziś razem ze szczoteczką do brwi wacikami. Powoli wydobyła spod kurzu maleńki kawałek rubinowego szkła. Stopniowo przed jej oczami zaczęła się odkrywać poszatkowana ołowiem szata świętego.
Praca wciąga ją, więc Dominika na przemian szoruje i delikatnie poleruje, w niewygodnej pozycji, w zapamiętaniu, spocona („Plamy potu pod pachami Bruś: ZDJĘCIA” – odgania tę myśl). Wyłaniają się stopy, dłonie, twarz, którą Dominika gładzi z zaskakującą dla siebie czułością. Spędza nad tym długie minuty, nieoczekiwanie szczęśliwa, utraciwszy poczucie czasu, ciesząc się, że obok nie ma nikogo, z kim musi rozmawiać, coś mu udowadniać; że może machać patyczkiem źle, czyścić nierówno, odpoczywać, kiedy tego pragnie, wyzuta z myśli, i nie zaspokajać żadnej ambicji poza tą, by witraż wyłonił się cały: czysty i pokawałkowany żyłkami ołowiu.
„Vincentius Ferrerius” – widnieje w końcu na dole. (Dominika przeczyta potem na którejś ze stron, że w ikonografii przedstawia się go w habicie dominikańskim, jako anioła Apokalipsy z trąbą i płomieniem na czole. Rozbawi ją trochę makabryczna legenda o wskrzeszeniu przez świętego dziecka, które szalona matka miała pokroić i ugotować). Nagle Dominika czuje się jak przyłapana na gorącym uczynku, bo oto po schodach schodzi jej współlokatorka:
– Aha – reaguje, widząc drabinę. – Nie, no czyść sobie witrażyk. Spoko – mówi tolerancyjnie.

7.
Tej nocy Dominice śni się Rossmann, w którym po kolei, niczym w grze w kulki, pękają wszystkie opakowania. Po kolei tryskają fontanny szamponów, płynów micelarnych, zmywaczy do paznokci, balsamów, mgiełek, toników, olejków; i nagle nie ma już wód i kremów, aerozoli i płukanek, jest tylko jedna wzbierająca fala, która ogarnia wszystko.
Profesor Halt nie wie, co mu dali, czy to morfina, amfetamina, a może śpiew ptaka, ale kłębki rozwijają się, węzły rozsnuwają, ścięgna są harmonią. Widmo Trzmulskiego, zaglądające mu pod bieliznę, do ust i uszu, siedzące z nim w toalecie, zniknęło szczęśliwie, kołdra jest lekka i niepalna. Jedzie na operację, wózek sunie gładko, sala jasna tak samo jak twarz anestezjologa. Halt patrzy mu w oczy ufny jak dziecko, niech go bierze, zabiera i oddaje.
A. odchyla się z przyjemnością, tonie w ciepłej wodzie, wodzie jak huczący wodospad, bezwładna, senny, bezpieczna. Rozkosz wypełnia jego ciało, które staje się na chwilę bezwładną materią, rozpływającą się z braku naczynia wyznaczającego mu ramy. Niemal się zatacza, ktoś głośno zastanawia się, czy to nie alkohol, ona mówi jednak nie, nie upiłam się winem ani sycerą, jestem szczęśliwą nieszczęśliwą kobietą.
Dominice śni się paw, który płacze, patrząc na swoje stopy. Czy mięso pawia gnije?
Córka A. demontuje profil na Facebooku, wszyscy w klasie patrzą się tylko na jej niezgrabne kończyny, trzeba zniknąć, to musi się skończyć. Opada żałobny płaszcz z piór, powieki A., wachlarz zasłania przed fleszem, a Halt w majakach wysadza w powietrze szpital.